De omnibus dubitandum est. Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.

kaleką matematyką obliczamy swoją wartość (Emily Dickinson)

Comic Con 2017

Comic Con 2017
24-26.11.2017

katalog filmów online

15 WJFF 2017

sobota, 30 czerwca 2012

kobiety w natarciu


Obejrzałam wczoraj fragmenty finałowego meczu Niemcy-Francja, transmisja na żywo ze Szwajcarii.  Mistrzostwa Europy w piłce nożnej kobiet do lat 17. Panny z Francji pierwsze zdobyły bramkę, po dość długim czasie Niemki wyrównały. Ponieważ to młodzież, mecz trwał 2 x 40 i nie było dogrywki, od razu rzuty karne. Ale w jakim wykonaniu! Ostatecznie w karnych 4:3 wygrały Niemki zdobywając mistrzostwo Europy.

Mało kto wie, że właśnie trwają eliminacje do Mistrzostw Europy 2013 w piłce nożnej kobiet. Polki nadal w grze. Dziewuszki czekają jeszcze dwa kwalifikacyjne mecze we wrześniu, z Włoszkami i Rosjankami. Na razie zajmujemy 3 miejsce w grupie ze sporą ilością punktów, a nasza "Lewandowska" Anna Żelazko zajmuje trzecie miejsce wśród najlepszych strzelczyń bramek tych kwalifikacji (6 goli). Kobiety awansując wywinęłyby chłopakom niezły numer. Do tego gdyby jeszcze wyszły z grupy. Czekam niecierpliwie. Jeśli dojdą do ćwierćfinałów zostanę feministką.

piątek, 29 czerwca 2012

nie uśmiechnę


Kiedyś Piter Pendragon próbował mnie rozśmieszyć, a ja nie chciałam, bo nie, i już. Nasze małe dzieci się bawiły (czytaj: tłukły) obok. Chodził z tym aparatem fotograficznym dokoła, ale ja się uparłam. Potem przysłał mi filmik zatytułowany "Nie uśmiechnę", na którym utrwalił moją niedającą się rozśmieszyć twarz (ale kąciki ust drgały :) i dialog: 
- Uśmiechnij się. 
- Nie uśmiechnę.
Tak mi się przypomniało patrząc na Balotelliego, który od niechcenia, na pełnym luzie, pyknął Niemcom dwie brameczki, ani się obejrzeli. Nie powiem, żebym była z tego powodu szczęśliwa, pewnie dziś też się "nie uśmiechnę". To już czwarta "żałoba". Pierwsza po meczu naszych z Grekami, druga z Czechami, trzecia po Anglikach. Finału nie oglądam, mam dosyć. No, chyba że będą karne. Włosi grali lepiej. Buffon dobrze bronił. Trochę się dziwiłam, że nie nakopali trzech, czterech, a może i jeszcze więcej. Niemcy -  porażka, jak mogli się tak z meczu na mecz rozsypać? Jeszcze kilka dni temu wyszli na pierwszą połowę w mocnym składzie i zdobyli 4 bramki z dość dużą łatwością. Prawie wszyscy zawodnicy spisywali się doskonale, bez zarzutu, niemal bezbłędnie. A to wczoraj - to jakaś farsa. Gdzie się zgrana ekipa podziała? Jeden Özil nie odpuszczał, reszta czasem grywała, trochę Reus, trochę Klose, Khedira. Pozostałych właściwie jakby nie było. Nawet bramkarz był aktywniejszy niż oni. Nie chce mi się o tym meczu więcej pisać.

Do tego denerwował mnie komentator, który tragicznie i z uporem maniaka przekręcał nazwiska. Bierze pieniądze, jest (powinien być) fachowcem, a odstawia fuszerkę. Czy nie jest w stanie opanować wymowy nazwisk zawodników drużyny grającej w meczu półfinałowym ME? BAlotelli, BAlzaretti, BArzagli, ale BOnucci.

Idę prać sprzątać szyć zmywać prasować gotować. Nie ma ktoś ogródka do przekopania może?

wtorek, 26 czerwca 2012

żagiel w łopocie


Pisałam niedawno, że nie będę oglądała olimpiady. Kłamałam. Kobieta zmienną jest. Chociaż... Czy ja na pewno jestem kobietą? Ronaldo mi się nie podoba.

Euro jeszcze tylko jutro, pojutrze i w niedzielę, będzie dziura. Rodzaj pustki. Zapewne w zwolnione miejsce wskoczą znowu książki. Ale na pewno wygospodaruję kącik na olimpiadę. Na bank żeglarstwo i Mateusz Kusznierewicz. Lubię człowieka, nie na zasadzie s13d, ale po prostu, fajny jest, miły, sympatyczny. Zrównoważony. I lubi swoją żonę :)

Węzłów robić nie będę, może komendy trochę dostosuję do codzienności, ale na pewno poszukam patentu mego żeglarskiego, zaginionego w przeprowadzkach, nieużywanego, uuu, albo jeszcze dłużej.

zadyszka


"Lata biegną, ale to my dostajemy zadyszki".

Aleksander Kumor

poniedziałek, 25 czerwca 2012

czwórkami do bramki Anglicy szli


Nie będzie Rooneya w Warszawie. Znów ciężkie godziny "po", ja trochę zła, trochę wściekła, trochę smutna, ale w sumie to już pogodzona. Chciałam, żeby Anglicy odpadli, ale pogonieni przez Niemców, w półfinale dopiero. Ale co tam, będzie mi łatwiej kibicować w czwartek, bez lekkiego rozdarcia, zdecydowany faworyt, od początku.

To był mecz! Piękny, porywający, emocjonujący, na najwyższych obrotach, zwłaszcza przez pierwszą godzinę i po dogrywce. Chłopaki obu drużyn tak skutecznie bronili, że nie padła ani jedna bramka i wszystko wyraźnie zmierzało ku karnym. Wczorajsze starcie to głównie blokady, blokady i blokady. Plus, od czasu do czasu, przedarcia się, jak słupek dla Włochów w 4. minucie czy atak Anglików minutę później, który Buffon wybronił lewą ręką, jakimś cudem. Poziom w zasadzie wyrównany, ale Włosi o wiele częściej przy piłce i chyba ciut więcej akcji na bramkę. I tak aż do przerwy i trochę po, nie było prawie wcale czasu, by sobie chociaż pomrugać, tyle się działo. Realizatorzy nie mieli kiedy wcisnąć Replay z najgorętszych momentów, bo już piłkarze aranżowali następne podnoszące ciśnienie akcje. 

Anglicy w biało-czerwonych barwach, w momentach dopingu "wszyscy jesteśmy Anglikami" :) Przypomniał mi się pobyt w Yorku i chwila, kiedy stałam w zadartą głową przed monumentalną katedrą i wczułam się. Trzymałam kciuki, jak za swoich.

Ale karne znów przyciągnęły chmurę gradową, Ashleye dwaj bidaki wymiękli, i Young, i Cole, jeden w poprzeczkę, drugi w bramkarza i stanęło na 4:2. Trudno się mówi i żyje się dalej. 

Mała zagwozdka na koniec. Nie pojmuję, ale może Wy mnie oświecicie, czemu komentatorzy tak dziwnie mówią: "Wydaje mi się, że Rooney między nogami próbował obsłużyć Welbecka". Autentyk z wczorajszej relacji TVP.

niedziela, 24 czerwca 2012

grecka noc świastaka


Przetrwałam jakoś najsmutniejszy w moim życiu dzień ojca. I jak niemal każdego dnia ostatnio, mecz obejrzałam, ale nie do końca, bo usnęłam. Francuzów na boisku w ogóle nie jestem w stanie traktować poważnie, a Hiszpanie, mimo renomy, jakoś się do mojego serca nie przebili. Co to za przyjemność, kiedy nie ma emocji? No jak można nie wystawiać napastnika, no jak?! Kiedy wszedł Torres, to ja już przysypiałam i nie dało się mnie zawrócić z przedsionka królestwa Morfeusza. W zawiązki  snów wplotło się słowo "karny". Wynik był dla mnie oczywisty od kilku dni, to znaczy nie cyferki po obu stronach dwukropka, ale fakt, że to Hiszpanie pójdą dalej. 

Doskonale za to oglądało mi się meczyk przedwczorajszy, Greków z Niemcami. Pomijając konsekwencję w postaci "Dnia świstaka" w jaki zamieniła się moja pomeczowa noc. Nie wiedzieć czemu calutką bożą nockę śnił mi się mecz z Grekami, nie wiadomo, z kim grali. Nie dało rady się przekwalifikować na inny rodzaj czy gatunek, grecki mecz trwał i trwał, apiać dwadcat piat. Aż do ostatniej sekundy. Może to przez poduszkę, nie "pobiłam" jej przed snem. Ale za to Niemcy pobili Greków, powiedziałabym, że z mozołem, przynajmniej na początku. Bramek padło w meczu siedem!!! Pierwsza nieuznana, ze spalonego, dla drużyny niemieckiej. Wynik zmienił się "dopiero" w 39 minucie, kapitan i OBROŃCA Philipp Lahm, ważący zaledwie 61 kg, strzelił pierwszego uznanego gola. Po przerwie Grecy wyrównali, Joachim machał łapskami jak szalony, zaczęłam się nawet o niego martwić, wyglądało na to, że stracił nad sobą panowanie, biedak. Ale festiwal bramek trwał, w drugiej połowie "gooool" padał co 6-7 minut. Skutecznie wbijali nogami i głowami Khedira, Klose i Reus. Na koniec sędzia położył wisienkę na czubek tortu, miał fantazję, odgwizdał karnego dla Greków, nie bardzo wiadomo jak, gdzie, kiedy, skąd, dokąd, po co i dlaczego. I padł ten siódmy w meczu gol i malutkie już napięcie do ostatniego gwizdka, z tymi Grekami to nigdy nic nie wiadomo, a nuż jeszcze dwa znienacka wyprowadzą i będzie remis, dogrywka i karne. A jak malutki Lahm po zdobyciu bramki utonął w czarnych przepastnych objęciach uradowanego Boatenga - cudny obrazek :) Fajnie się takie widowiska ogląda. 


Żeby nie było monotematycznie. Znalazłam w moich krzyżówkach przepiękną nazwę motyla, szkodnika na dodatek. Powiedzcie to sobie "na głos": tantniś krzyżowiaczek.

czwartek, 21 czerwca 2012

chcę na stadion


Synowi memu Ukaszowi zazdroszczę. Nie dość, że był w Barcelonie, to jeszcze stał sobie, jakby nigdy nic, na stadionie Barcy. Był na Camp Nou. Fakt udokumentowany, jest zdjęcie. Podczas Euro aktywowała mi się chętka na odwiedzenie paru fajnych stadionów europejskich, niekoniecznie w trakcie trwającego meczu, może być turystycznie. Dopisuję niniejszym do litanii próśb/życzeń/pragnień/marzeń/wyobrażeń/planów? San Siro, Old Trafford, Wembley, Santiago Bernabéu, brzmi doskonale :D Ależ tam musi wisieć w powietrzu skumulowana energia i duch bojowy. Kiedy wchodzi się do starego gmachu niemal słychać szepty bywałych w nim przez wieki ludzi. Taka, na przykład, Poczta Główna w Warszawie, może być ciekawszym miejscem niż teatr. Ciekawe co słychać na stadionach. Ja pewnie usłyszałabym stłumione śpiewy kibiców :) Może się kiedyś przekonam.

A dziś CR7 (nie ogarniam tematu pseudonimów piłkarzy, Mały Książę, Mały Mozart, Ox, Lewy...) w Warszawie. Kibicuję Portugalii, niedobra ze mnie sąsiadka. Ale do boskiego Ronaldo mam stosunek mocno neutralny. Jak można spóźniać się na treningi?

A w finale Niemcy wygrają z Hiszpanią, oczywiście :)

Dziś pierwszy dzień lata, niekończącego się LATA.



środa, 20 czerwca 2012

ku kolejnym mistrzostwom powolutku


Upłynął termin zwrotu wypożyczonych książek, a ja nadal uważam Euro i czytanie za mało kompatybilne. Książki do biblioteki oddam nieprzeczytane, po futbolowym szaleństwie zamówię jeszcze raz, olimpiady nie zamierzam oglądać, ani ciut ciut.


Nie byłabym sobą, gdybym przy meczyku nie robiła niczego innego, tylko oglądała. Zaatakowałam więc stos mocno zakurzonych krzyżówek, składowanych na kupkę od 2002 roku. Ile tam Jolek! :D

Dziecię me dorosłe, zupełnie podświadomie, wyciągnęło stare sudoku i rozwiązuje, co prawda nie podczas meczu, bo on kiedy ogląda, to ogląda, nie to co ja. Jaki fajny mechanizm zachodzi między osobami często ze sobą przebywającymi, przejmują od siebie zachowania zupełnie tego nie zauważając. 

Oglądając to co się dzieje na naszym Euro myślami przemieszczam się do 7 września, wtedy gramy pierwszy mecz eliminacyjny do Mistrzostw Świata, z Czarnogórą.

Nasza grupa w rankingu FIFA:

Anglia - miejsce 6
Czarnogóra - miejsce 50
Ukraina - miejsce 52
Polska - miejsce 62
Mołdawia - miejsce 140
San Marino - miejsce 206

Zważywszy, że z 53 drużyn w 9 grupach (8x6 + 1x5) awansuje tylko 13, to jakie mamy szanse? Wystarczyło popatrzeć, jak grała wczoraj Ukraina. Nawet jeśli sędziowie nie uznają ewidentnie strzelonego gola (co woła o pomstę do nieba, w takich momentach to mi się odechciewa, nie tylko oglądania zmagań na boiskach).

13 drużyn - 9 z nich to najlepsza drużyna każdej grupy, a o resztę miejsc walka, 8 najlepszych drugich miejsc w grupie rywalizuje pomiędzy sobą, co nosi cudną nazwę dwumeczy barażowych.


 7 września 2012  
Czarnogóra - Polska

11 września 2012  
Polska - Mołdawia

16 października 2012  
Polska - Anglia

22 marca 2013  
Polska - Ukraina

26 marca 2013
Polska - San Marino

7 czerwca 2013
Mołdawia - Polska

6 września 2013
Polska - Czarnogóra

10 września 2013
San Marino - Polska

11 października 2013
Ukraina - Polska

15 października 2013
Anglia - Polska


Wpiszcie sobie te daty do kalendarza.
Ciekawa jestem czy będzie ogólnokrajowe pospolite ruszenie podobne do tego z początku Euro. Mam nadzieję, wszak kilka z tych meczów powinniśmy wygrać :)

W każdym razie, z nami czy bez nas, Mundial 2014 warto będzie obejrzeć. I czekamy na następne Euro 2016, już z Polakami co najmniej w ćwierćfinałach. Szybko zleci, po drodze kolejny konkurs chopinowski. 

wtorek, 19 czerwca 2012

tot ziens "van"


Holendrzy odpadli. Nawet z grupy nie wyszli. Dziwne, bo to wicemistrzowie świata (Mundial 2010). Ale na Mistrzostwach Europy coś im nie idzie. Ostatnio (2008) w ćwierćfinałach niby zremisowali z Rosją, ale w dogrywce ulegli i pojechali do domu. Miejsce 4 w rankingu FIFA. Hm. 

Niby nie żal, ale jednak przyzwyczaiłam się i będzie mi brakowało głosu komentatorów powtarzających co chwilę "van". Van Bommel, van Persie. Wszystkie obie bramki strzelili właśnie "van", mianowicie van Persie i van der Vaart. Strzelali tak jak my, też mamy +2. Ale za to my mamy dwa punkty i -3 (trzy stracone bramki), a Holendrzy punktów ZERO i -5. 

Ale to po naszych zawodnikach "się jeździ". Na szczęście, nie wszyscy :) A ci nasi biedacy ze skóry wyłazili, siódme poty wylewali, nikt się nie snuł po zielonej trawce jak biała dama, zasuwali, aż im para uszami wychodziła. Dopiero druga połowa ostatniego meczu, kiedy załamali się, stracili wiarę i beznadziejne położenie odebrało im siły, była naprawdę kiepska. Ale łomot na początku meczu z Czechami był, taktyka wg planu, tylko skutek odmienny od założonego. Potem się okopali na pozycjach, też wg planu, tyle, że nie było czego bronić.

Weszliśmy jako organizator, bez eliminacji. Jakoś nie bierze się tego faktu zbyt często pod uwagę. Sprytnie usuwa się też ze świadomości, że Grecja 8 lat temu została mistrzem Europy.

Aktualny ranking FIFA:
Rosja - miejsce 13
Grecja - miejsce 15
Czechy - miejsce 27
Polska - miejsce 62

Chłopaki, wielkie dzięki, i tak było PIĘKNIE :)

Po tym solidarnym odpadnięciu pewnie nadal będą nas w świecie mylić: Holand - Poland :)

No i kto powiedział, że nie można łączyć pasji?! :D



Zdjęcie: https://www.facebook.com/trombonesrco  za wiedzą i zgodą :)

Trombones Royal Concertgebouw Orchestra 



niedziela, 17 czerwca 2012

jednak Krecik


Prawdziwa żałoba narodowa. Trochę w nią wczoraj weszłam, przeszłam i wychodzę powoli, nie zwyciężyliśmy. Przegraną zasadniczo "odchorowałam" po meczu z Grecją, teraz porażkę zniosłam spokojnie.

Bardzo jestem zadowolona, bo.

* Mamy Euro, u nas, za oknem, w tv i komputerze na okrągło, jest radośnie, biało-czerwono, wszędzie czysto, ładnie, przyjaźnie, twarze uśmiechnięte, gościnność i uczynność na porządku dziennym. Świat się kręci wokół piłki i w zasadzie tylko, piła nam słoneczko zastąpiła, została pępkiem, centrum i tematem numer jeden. Choć na chwilę. Wznieść piłce nożnej pomnik.

* Drużyna polska, okazało się, istnieje. Co prawda okresowo, czasem blednie i zanika, ale z tendencją do ponownego wyraźnego zaistnienia. W meczu z Grecją pojawiła się na pół meczu, potem powoli zaczęła znikać. W meczu z Rosją jaśniała jak żarówa, zgodnie z wytycznymi Polanskiego rozpoczęła nawet mecz z Czechami, ale w drugiej połowie zniknęli całkiem. Ale na pewno się jeszcze pojawią :)

* Znam skład polskiej reprezentacji, nareszcie lepiej niż niemieckiej, łącznie z rezerwowymi, kojarzę twarze z nazwiskami i wiem, który biegający punkcik na ekranie jak się nazywa, bo wiem nawet, na jakich pozycjach grają, jakiego są wzrostu, prawie pamiętam numery na koszulkach i znam fryzury i tatuaże. Tak stanowczo łatwiej kibicować. Trochę także pogłębiła się moja wiedza o zawodnikach innych drużyn.

* Poznałam trochę wnikliwiej regulaminy mistrzostw. Coraz bardziej kumam co jest konsekwencją czego i dlaczego.

* Przeżyłam niesamowite emocje, przedmeczowe, meczowe, okołomeczowe - dotyczy wszystkich drużyn, głównie naszej.

* Mogłam się wyrwać z rutyny codzienności, wejść na kilka (naście, dziesiąt) dni w inny wszechświat, zająć myśli tylko jednym tematem, odsunąć resztę i cieszyć się jak dziecko na super wakacjach, na maksa.

Bardzo jestem niezadowolona, bo.


* Smuda trener zrobił z gęby cholewę i nie wystawił do ostatniego meczu Wojtka Szczęsnego. Bu.

* Liczyłam na Maćka Rybusa, a on zniknął i tyle.

* Nie bardzo wiemy co się stało, że przegraliśmy i odpadliśmy. Dach, deszcz, zawodnicy, trener, taktyka, przygotowania, kto zawinił, co przeszkodziło? 


Stanowczo będę oglądała teraz z większą pasją pozostałe mecze, także po Euro. I, pomimo małych naszych szans, od 7 września, kiedy gramy z Czarnogórą, będę obserwowała eliminacje do Mistrzostw Świata. Stanowczo piłka jest najfajniejszym sportem. Obyśmy wreszcie pozyskali mądrego skutecznego trenera i pozwolili mu spokojnie robić swoje. Dołączmy tę pozycję do codziennych wieczornych próśb w paciorku, amen.




sobota, 16 czerwca 2012

migawki z Euro


Wszystko się wymieszało, nadmiar wrażeń mimo ograniczenia bodźców. Nie czytam książek (!), nie oglądam filmów, nie słucham muzyki, od ponad tygodnia. Oglądam mecze, wysłuchuję dziesiątki komentarzy.

Dowiedziałam się, że hymn hiszpański nie ma słów.

Wydaje mi się, że pojęłam już z grubsza, co znaczy "tiki-taka".

Ani jeden mecz na Euro 2012 nie zakończył się dotychczas bezbramkowo, wczoraj w obu meczach padło siedem bramek, w tym jedna tyłem :)

Gola tyłem zdobył dla Anglików Danny Welbeck we wczorajszym meczu ze Szwecją.

Przedwczoraj jako pierwsza drużyna odpadła Irlandia, kibice stanęli na wysokości zadania i cud piękności wykonali chórem na stadionie w ostatnich minutach meczu "The Fields of Athenry". Trener Irlandczyków Giovanni Trapattoni ma 73 lata. Jest najstarszym trenerem na Euro 2012. 

Wczoraj odpadła druga drużyna, Szwedzi. Uwielbienie szwedzkiej literatury, języka i kraju nie przekłada się w moim przypadku na Trzy Korony. Już wiem, że tak nazywana jest reprezentacja szwedzka (Szwedzi mają w herbie trzy żółte korony na niebieskim tle).

Zachwyciła mnie bramka Andrei (czy tak odmienia się włoskie męskie imię Andrea?) Pirlo. Strzelił ją z rzutu wolnego, kop, lot nad głowami "murujących" Chorwatów i piłka wpada prościutko do bramki, tuż obok wyciągniętych dłoni bramkarza.

Jeszcze nie wiem czemu na Francuzów mówi się Koguty.

A wczoraj była burza nad stadionem w Doniecku, sędzia po pierwszym piorunie, w strugach deszczu przerwał mecz już w 4. minucie. Reprezentacje Ukrainy i Francji skryły się na godzinę pod dach, kibice mimo potopu doskonale się bawili.

"Prawy do lewego". Jeśli "Lewy" to Lewandowski, to kto jest "Prawy"?

Eugen Polanski nadal swojsko przeklina, tym razem na konferencji prasowej. "Piękną" polszczyzną wyraził najtrafniej jak umiał, co powinniśmy zrobić by dziś wygrać, rozśmieszając nawet Smudę o kamiennej twarzy. "N.........ć".

Dziś wieczorem najwyższe emocje. Trzeba się im poddać :) Jak powiedział Tomasz Zimoch: "dajmy się zwariować" :D

Nie pamiętam, kto tak błyskotliwie ujął myśl w słowa: "Nie widzę innego wyjścia jak wyjście z grupy". 

Flaga 52 x 30 uszyta, kibice trenują szybki "rozwój" "zwoju", nie wiem tylko, czemu z dołu go góry zamiast z góry na dół.

Wygramy, wygramy, wygramy!

Dziś wieczorem.

czwartek, 14 czerwca 2012

Kibicem byłaś czy świeżo zostałaś?


Kibicem zostałam w 1974, podczas Mundialu. To były moje pierwsze obejrzane i kibicowane mistrzostwa świata w piłce nożnej. Ojciec i starszy brat siedzieli i oglądali, no to i ja z nimi. Braciszek dodatkowo prowadził taki duży gruby zeszyt z wycinkami w gazet i czasopism, zapisywał wyniki, składy, gole, karne, kartki, minuty, wynik do przerwy. Były tam też wszystkie reprezentacje na zdjęciach i miniplakatach. Kolorowe. Czytać umiałam już od trzech lat. Mniej więcej wtedy nauczyłam się też prowadzic samochód. "Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci." Rowerem nauczyłam się jeździć o wiele później. Początek był zachęcający, bo to właśnie wtedy reprezentacja Polski zajęła 3. miejsce pokonując Brazylię. Nic dziwnego, że połknęłam bakcyla dożywotnio. Pamiętam jeszcze, że wygraliśmy z Haiti 7:0.

Piłkę nożną za młodu uprawiałam także czynnie. Kiedy do brata przychodzili koledzy i graliśmy na podwórku, to ja zawsze stałam na bramce. Może stąd mój sentyment do bramkarzy.

W moim życiu wiele długich lat upłynęło bez posiadania i kontaktu z telewizorem, na mecze także nie chodziłam, więc jakoś mi to kibicowanie zanikało i pojawiało się, ostatnio dwa lata temu oglądałam właściwie calutkie mistrzostwa w RPA. Kibicowałam zawzięcie Niemcom i Urugwajowi, dość skutecznie, bo zajęli 3. i 4. miejsce. A Diego Forlan (Urugwaj) to mój ulubiony piłkarz.

Ileś tam lat temu kolega zaprosił mnie do teatru na balet i uparł się zawieźć i przywieźć mnie taksówką. Były to mocno minione czasy najwyższych obcasów i takich tam najróżniejszych ekstremalnych kobiecych akcesoriów. Po spektaklu wsiadam pod teatrem do taksówki, taka "całkiem kobieca" od stóp do głów i natarczywie pytam taksówkarza o wynik meczu, już nie pamiętam, jakiego. Jego mina - bezcenna.

Teraz, z Vademecum kibica pod ręką, oglądam wszystkie mecze Euro, na takim "zastępczym" sprzęcie, małym monitorku komputerowym, niewiele widać, ale zawsze to coś. Mecze Polaków i Niemców oglądam z zoomem, to znaczy przybliżam się do ekranu do około jednego metra, wtedy z grubsza widzę co się dzieje na boisku. Marzy mi się plazma, ale i tak się cieszę, że mam czas i mogę go poświęcić na to wielkie sportowe święto. Słucham dużo komentarzy, uzupełniają to czego nie dojrzałam :)




Góra od lewej: Sebastian Boenisch, Robert Lewandowski, Damien Perquis, Wojciech Szczęsny, Eugen Polanski, Jakub Błaszczykowski. 

Dół od lewej: Łukasz Piszczek, Marcin Wasilewski, Ludovic Obraniak, Rafał Murawski, Maciej Rybus.


zdjęcie z Wikipedii


środa, 13 czerwca 2012

"zachód słońca gdzieś nad Warszawą"


Był wtorek, dwunastego czerwca. Nad Stadionem Narodowym zachodziło słońce. Polska drużyna wybiegła na murawę. Chłopaki zagrali na poziomie, mądrze, zadziwili kibiców remisując z potencjalnie silniejszym przeciwnikiem. Robili swoje, każdy z osobna i wszyscy razem. Bramkarz jak Inspektor Gadżet, "dalej, dalej, ręce Tytonia", Obraniak dośrodkowywał niemal wzorcowo, Wasilewski hamował i pilnował, Boenisch był wszędzie i tam gdzie trzeba, Piszczek wypracowywał, Kuba strzelał, no każdy z nich dawał z siebie, co miał najlepszego. Polanski strzelił bramkę, wydarł ryk najwyższego zachwytu z gardeł Polaków na całym świecie, nie szkodzi, że był spalony, prawie się udało. I kiedy Boguś Eugenem zwany zaklął całkiem nie po niemiecku, nie trzeba było eksperta, by odczytał z ruchu jego warg nasze swojskie "k.... m..". Wszak to chłopak z Sosnowca, co z tego, że potem przysposobiony.
Dobrze wiedzieć, że mamy skuteczną, bojową, odważną, zgraną drużynę tworzącą jeden organizm. Nasi nie grali perfekcyjnie, do ideału im jeszcze odrobinę brakuje, robili błędy, tracili piłkę. To był chyba największy mankament, ale jeśli nad nim popracują, to jeszcze może być kosmos :)

Z fletu szkolnego najprostszego przysposobionego na wuwuzelę udało mi się wydobyć w czasie meczu charakterystyczną dopingującą piłkarzy sekwencję odgłosów.

Szkoda, że Lewandowski nie odpalił.

Szkoda, że w sobotę nie możemy mieć dwóch bramkarzy, bo serce już oddałam obu ;) Ale chętnie w sobotę popatrzę sobie na Wojciecha.

Sborna smutna.
Ciekawe czy matki kibicki   Arszawinem dzieci będą straszyły.

niedziela, 10 czerwca 2012

Euro 2012 - dzień drugi. Löw na Arenie Lwów


- No ale Tytoń przecież obronił karnego.
- To nie Tytoń bronił tylko aniołowie i wszyscy święci. Klękał i modlił się i znak krzyża zrobił, załatwił sobie wsparcie. Akurat bardzo było mu potrzebne. A jak kto w potrzebie i wie jak poprosić o pomoc, to ją dostanie.

Dzień pierwszy.
Polska - Grecja 1:1
Rosja - Czechy 4:1

Dzień drugi.
Holandia - Dania 0:1
Niemcy - Portugalia 1:0

To już czwarty dzień bez książek, nie mogę czytać. Ani jednej linijki. Ciekawe, kiedy mi przejdzie, nie przewiduję bym mogła długo pociągnąć nie dokarmiając się słowem czytanym.

Wczorajszy popołudniowy mecz Holendrów z Duńczykami ani mnie ziębił ani grzał. Nie kibicowałam żadnej z drużyn, oglądałam z pozycji neutralnej. Ale takiego bombardowania i zmasowanego ciągłego ataku na bramkę dawno nie oglądałam. A Duńczycy z tego zamieszania na chwilę myk zrobili, potem drugi i nie wiadomo kiedy zdobyli bramkę. Holendrzy biegali, strzelali, atakowali, dwoili się, troili, a w tym czasie Dania spokojnie dowiozła sobie zwycięstwo do końca drugiej połowy, niezbyt się "szarpiąc". Dziwny to był mecz, ale szacunek dla zwycięzców.

Wieczorem "mój" mecz. Na Arenie Lwów :D Z niemieckiej drużyny znam więcej zawodników, niż z polskiej. Bardzo trzymałam za chłopaków kciuki i pomogło! Byli lepsi w grze, ale ostatnio jakoś tak się dzieje, że nie zawsze lepszy wygrywa. Trzeba zdobyć bramkę. Ale Niemcom udało się jedno i drugie. Obrońcy byli niepokonani, razem z bramkarzem stworzyli zaporę nie do przebicia. Z przodka też było dobrze a i w środku i po bokach :) Drużyna kompletna. Jednak czegoś mi w ich grze brakowało. Podolski jakiś taki niemrawy, Müller też jakoś nieskuteczny, choć pracowity jak mróweczka. Özil mokry już od początku meczu, ganiał jak nawiedzony, komentatorzy mówią, że był najlepszy. Nie podobało mi się, kiedy Pepe, który wcześniej troskliwie pomagał wstać właśnie Mesutowi Özilowi, koledze z Realu Madryt, staranował bezczelnie Klosego, kiedy ten zasuwał lewą stroną pod portugalską bramkę, a sędzie nawet tego nie odgwizdał. Ostatnie dziesięć minut niby byłam spokojna, ale serducho mi waliło z emocji. Portugalczycy wyczyniali cuda by strzelić bramkę i mogło im się udać. Ale obrońcy i bramkarz do samego końca zachowali mega czujność. A Joachim Löw jak zwykle dłubał w nosie.  

W bardzo dobrym nastroju pomyślałam sobie, że jeśli wyjdziemy  z grupy - to na drugim miejscu. Niemcy zapewne wyjdą ze swojej na pierwszym. I wtedy w ćwierćfinale zagramy z nimi i oczywiście wygramy i tak oto znajdziemy się w półfinale. Czemu nie? :D

sobota, 9 czerwca 2012

Oczekiwania źródłem cierpień


Buddyści mają rację. Na pewno w odniesieniu do piłki nożnej. Tyle radości wczoraj unosiło się w powietrzu, mniej więcej przez pierwszą połowę meczu otwarcia. Euforia, coraz większe nadzieje i oczekiwania. Zanosiło się na jakieś 3:0. Piękna siedemnasta minuta, Lewandowski strzelił gola, polska drużyna grała jak natchniona. Kibice przecierali oczy ze zdumienia, że nasi w ogóle tak potrafią. Kiedy hiszpański temperamentny sędzia wyrwał ze swojej książeczki z papierem kolorowym czerwoną stronę i Grekom ubył jeden zawodnik, wydawało się, że już pozamiatane. Nastała druga połowa, po chwili remis, obrońcy, stoperami zwani, nawalili, Szczęsny ratował sytuację, rzucił się na Greka niczym Rejtan, no pasaran, a właściwie no pasara (pasara, pasaras, pasara, pasaramos, pasarais, pasaran, si, de acuerdo :). I sędzia wyrwał kolejną kartkę z bloczku, znowu czerwoną. Bramkarz otrzymał urlop okolicznościowy. Wszedł, boso niemal, po drodze w biegu buty sznurując, rezerwowy Tytoń i z marszu, bez rozgrzewki, wziął i obronił karnego, którego mu Wojciech w spadku zostawił. Naród odetchnął zbiorowo. Trener Smuda zastygł i tak mu już zostało, zapomniał, że zawodnicy po kilkunastu minutach maksymalnego wysiłku fizycznego i psychicznego mają prawo być odrobinę zmęczeni. Świeża krew nie napłynęła do organizmu naszej drużyny narodowej. Coraz bardziej anemicznie dotrwaliśmy w jedynkowym remisie do końca. Kibice z głupimi minami odchodzili od telewizorów. Nie wiadomo, mamy się cieszyć czy mamy się nie cieszyć. Totalna dezorientacja.


Nad moją głowę nadciągnęła chmura, ciężka, gradowa, nastała jesień, konkretnie listopad. Nawet ja sama siebie nie lubię. Stoicyzm gdzieś się zapodział. Umiar i zrównoważenie też wybyły. Mecz wieczorny dołożył do pieca, Rosjanie roznieśli Czechów w proch i pył, 4:1. Biedny Petr Czech.

Niedługo Holendrzy zetrą się na Ukrainie z Duńczykami. A ja czekam niecierpliwie na Niemców. Może ten mecz poprawi mój nastrój.


piątek, 8 czerwca 2012

Wboliwaj :)


Euro 2012 już dziś, pierwszy mecz Polska-Grecja za kilka godzin. Przyłapałam się na tym, że mam nastawienie niemal jak przed Bożym Narodzeniem, jeszcze jedno święto w roku, trochę szkoda, że jednorazowe. Ukasz przyniósł przed chwilą z kiosku Vademecum kibica, terminy, składy drużyn. Chcę wiedzieć. Lepiej się ogląda, kiedy rozpoznanie tematu pełniejsze. Obym po meczu miała równie dobry nastrój jak przed :)



środa, 6 czerwca 2012

Nex-Ex i stany


Juliusz Machulski ma się dobrze. Obejrzałam niedawno jego komedię "Next-Ex", niestety w teatrze tv, sztuka ok, obsada nieco mniej ok. Czemuż, ach, czemuż, obsadzono aktorów grających w popularnych serialach? Miałam wrażenie, że oglądam kolejny z odcinków Julii, M jak Miłość czy Na dobre i na złe. Albo inaczej, czemu aktorzy teatralni muszą być równocześnie aktorami serialowymi... :(

Tekst Machulskiego dość fajny, niestety zakończenie przewidywalne. Szkoda, że nie obejrzałam w teatrze, jakiś czas temu grano ją w Łodzi. Najbardziej utkwił mi w pamięci test na znajomość stanów amerykańskich, jaki ojciec przeprowadził na jednym z byłych chłopaków córki. Młodzieniec, nota bene, studiujący amerykanistykę, potrafił tych stanów wymienić 26. Kilka lat temu chodziłam na wykłady z kultury amerykańskiej, pewna siebie wzięłam ołóweczek i karteczkę i zaczęłam swój własny test. Utknęłam na 22. Pamięć mam dobrą, ale krótką. Przed chwilą test powtórzyłam, już lepiej, z biegu około 40, a po przypomnieniu niemal wszystkie. Macie ochotę na test ze znajomości stanów Stanów? :)