De omnibus dubitandum est. Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.

kaleką matematyką obliczamy swoją wartość (Emily Dickinson)

poniedziałek, 27 sierpnia 2007

Zauważyłam Ginsberga na zakurzonej półce w zapomnianym kącie nieodwiedzanego domu...


Zauważyłem trawę, zauważyłem wzgórza, zauważyłem autostrady,

Zauważyłem brudną drogę, zauważyłem samochody na drogach na parkingu,

Zauważyłem sprzedających bilety, zauważyłem gotówkę i czeki i karty kredytowe,

Zauważyłem autobusy, zauważyłem płaczki, zauważyłem ich dzieci w czerwonych sukienkach,

Zauważyłem autostradę, zauważyłem domy odosobnienia, zauważyłem flagi-

Zauważyłem wyznawców, zauważyłem ich ciężarówki i autobusy, zauważyłem ich ochronę w uniformach Khaki

Zauważyłem tłumy, zauważyłem zamglone niebo, zauważyłem przenikające przez wszystko uśmiechy i puste spojrzenia

Zauważyłem poduszki, czerwonej i żółtej barwy, poduszki kwadratowe i okrągłe-

Zauważyłem Bramę, zauważyłem ukłony, zauważyłem pochód mężczyzn i kobiet

Zauważyłem kondukt, zauważyłem trąby, zauważyłem bębny, rogi, zauważyłem wysokie do szyi suknie, zauważyłem trzyczęściowe garnitury-

Zauważyłem palankin, zauważyłem parasol, zauważyłem stupę

Zauważyłem namalowane klejnoty, barwy czterech kierunków

Zauważyłem Bursztyn dla szczodrości, zauważyłem zieleń dla karmicznych Prac,

Zauważyłem biel dla Buddy, zauważyłem czerwień dla Serca-

Zauważyłem trzynaście światów na zwieńczeniu stupy, zauważyłem uchwyt dzwonka i parasol, zauważyłem pusty kielich dzwonu

Zauważyłem ciało które wkładano do kielicha dzwonu

Zauważyłem mnisi zaśpiew, rogi w naszych uszach, dym unoszący się ze szczytu wyłożonego cegłami pustego dzwonu

Zauważyłem spokój tłumów, zauważyłem chilijskiego poetę, zauważyłem Tęczę

Zauważyłem że Guru umarł, zauważyłem jak jego nauczyciel obserwował ciało płonące w stupie, zauważyłem lamentujących uczniów siedzących ze skrzyżowanymi nogami za swymi księgami, intonujących z oddaniem mantry,

Zauważyłem jak wykonują swymi palcami tajemne gesty, zauważyłem w ich dłoniach dzwonki i mosiężne pioruny

Zauważyłem płomień unoszący się ponad flagami i druty i parasole i pomalowane na pomarańczowo słupy

Zauważyłem niebo, zauważyłem słońce, wokół słońca tęczę

Zauważyłem jasne zamglone chmury dryfujące wokół słońca-

Zauważyłem że serce mi bije, oddech uchodzi przez nozdrza
moja stopa idzie, moje oczy widzą, mój mózg zauważa dym z ciała palonego na monumencie

Zauważyłem ścieżkę w dół wzgórza, zauważyłem tłum idący w kierunku autobusów

Zauważyłem jedzenie, sałatę, zauważyłem że brakuje Nauczyciela,

Zauważyłem moich przyjaciół, zauważyłem muzykę, zauważyłem tańczyć

Zauważyłem morze, zauważyłem nasz samochód niebieskie Volvo, zauważyłem młodego chłopca, który trzymał mnie za rękę

Zauważyłem nasz klucz w drzwiach motelu, zauważyłem ciemność, zauważyłem sen

i zapomniałbym, zauważyłem pomarańcze, cytryny i kawior na śniadanie

Zauważyłem autostradę, moją senność, moje myśli o pracy w domu, chłopięca pierś z brodawkami przy podmuchu wiatru kiedy samochód jechał w dół obok wzgórz do wody, mijając zielone drzewa,

Zauważyłem domy, balkony wychodzące na zamglony horyzont, brzeg i stare zniszczone skały w piasku

Zauważyłem morze, zauważyłem muzykę, chciałem tańczyć.




Allen Ginsberg
"Zauważyłem morze, zauważyłem muzykę, chciałem tańczyć"

przekład Jacek Sieradzan

Sens życia wg Gwiezdnych Wojen czyli poproszę życie na próbę



Dopiero po przeżyciu życia wiemy, jakie w ciągu jego trwania popełniliśmy błędy, w jakie ślepe uliczki zabrnęliśmy, co zrobiliśmy kompletnie nie tak. Czasem (często) oceniamy, że calutkie życie było w plecy, że je po prostu zmarnowaliśmy. Wyjście? Życie na próbę. Jeśli istnieje coś takiego jak reinkarnacja, to w zasadzie jest mało przydatna, jako że poprzednich żyć w obecnym nie pamiętamy. Skoro nie można poprosić o próbne kilkanaście czy kilkadziesiąt lat życia, być może usługa taka powinna być dostępna w symulatorze życia na przykład? Interaktywny program a' la Matrix.

Bo przecież cały czas coś tam przeżywamy, losy własne, obcych, znajomych, odbieramy informacje o świecie z mediów, filmów, książek - i jakoś to wszystko spływa po nas jak po, za przeproszeniem, kaczce.... Tak, jakbyśmy nie byli w ogóle zdolni do zapamiętywania i łączenia faktów, o wyciąganiu oczywistych wniosków już nie wspominając. No, to co jest, Doktorku, z Tobą, ze mną, z nami wszystkimi? Obserwuję siebie, obserwuję innych. Strach przed nieznanym, przed niepewnym, żeby tylko gorzej nie było plus GIGANTYCZNA wręcz niewiara w siebie, w swoje możliwości, umiejętności, talenty. Uwierz w swoją moc, Luk :) Czas gigantycznych możliwości przed nami, otwarte granice, wydeptane (wyjeżdżone i wylatane) ścieżki, nie trzeba już z maczetą przez dżunglę drogi wyrąbywać, a za nami zarasta.... Gospodarka do przodu (nie wnikam jakim tempem, grunt, że póki co w zadowalającym). Możliwości nauki języków niemal nieograniczone, dostępne nawet w formie korespondencyjnej w najbardziej zabitym dechami kącie (łącznie z japońskim i nawet FIŃSKIM - odrabia się prace domowe i do kopertki, polecam :). Jest Internet, kablówka, anteny satelitarne.... Ludzie mają w sobie nieograniczony potencjał, czemu z niego nie korzystają? No właśnie, oto je pytanko. Ciężko jest samemu ruszyć z posad bryłę swojego własnego życia. Manna z nieba nie spada, w totolotka znowu nic, na żaden spadek też jakoś liczyć nie można. No to może ktoś z zewnątrz niech mnie ruszy, niech może coś się w końcu stanie. Głos wołającego na puszczy. Receptę podać? No, każdy by tak chciał :) Niemal na co dzień toczę ze sobą okrutne boje, ze swoimi lękami, obawami, ograniczeniami wrodzonymi i nabytymi, żeby jak najlepiej funkcjonować, być i żyć coraz lepiej, sama ze sobą a także dla świata, dla ludzi... I jedyne, co mogę poradzić: najpierw trzeba w ogóle chcieć, potem trzeba wiedzieć czego się chce. Potem to już wystarczy chcieć coraz bardziej, tak szczerze i uczciwie. I starać się w miarę możliwości nie przeszkadzać sobie w realizacji (tak, właśnie, NIE PRZESZKADZAĆ). W końcu sprawy zaczną się dziać:) I jeszcze jedno, ostrzeżenie. Uważaj czego pragniesz, bo możesz to otrzymać:) Rozważ zawczasu potencjalne konsekwencje spełnienia pragnień, bo nigdy nic nie jest za darmo, zawsze coś za coś. I tyle na ten temat.

peugot i amerykanizacja



Koleżanka autko nabyła, peugocika. Strasznie się cieszę, strasznie. Męczyła się do tej pory w maluszku, a że słusznego wzrostu jest (laska, szczupła, wysoka), to i wyglądało niepolitycznie, no aż zgrzytało na sam widok. A teraz pełna harmonia. Pierwszy raz zauważyłam zjawisko zespolenia właściciela z samochodem, no jak kochankowie, jak brat i siostra, nawet jakoś tak kolorystycznie. Lubię, jak się u znajomych dzieje lepsze :) (wyrodziłam się, wszak naród nasz cechuje raczej zazdrość i zawiść o to, że komuś lepiej, jak zauważyłam...).

Właśnie nakryłam się na tym, że do posążku buddy stojącego na parapecie obok łóżka powiedziałam: cześć Buddy. Co za cholerna wszędzie panosząca się rozpleniona amerykanizacja... :) A podobno amerykańskie imiona gówno znaczą, zaraz zaraz, gdzie ja to już słyszałam   oczko3 ?

piątek, 24 sierpnia 2007

W Drodze



Ale się ostatnio porobiło, tak zupełnie samo.

Zaczęło się od tego, że jakoś kiepski humor razu pewnego miałam, w pracy siedziałam, telefon zadzwonił i okazało się, że mam jechać do Gdańska. No i humor lepszy od razu się zrobił. Potem wyszło, że nie Gdańsk a Poznań. Trudno się mówi i jedzie się do Poznania.

Ukasz na szczęście pojechał na Mazury, potem w Tatry, pozaliczał kilka dwutysięczników, między innymi Czerwone Wierchy i Granaty i mam nadzieję, że pokochał moje wieczne i od zawsze i na zawsze ukochane GÓRY....



Poznań okazał się być całkiem przyjaźnie do mnie nastawiony po kilkunastu latach od porzucenia go, co przejawiało się zarówno w postawie ludzi, jak i jawieniu się "przedmiotów" wszelkich dużych i małych, takich jak budynki, ulice, skrzynki na listy czy tramwaje. Po prostu było mi tam dobrze, co mnie właściwie zdziwiło. Pod koniec pierwszego tygodnia okazało się, że pobędę tam dłużej nieco, co już z zadowoleniem przyjęłam. Po drugim tygodniu okazało się, że zostałam oddelegowana na urlop :) No i dobrze, bo tak sama z siebie do Bożego Narodzenia pewnie nie wpadłabym na to, żeby wziąć wolne dni w ilości dłuższej niż jeden dzień....


Sytuacja ułożyła się idealnie, bo akurat wtedy "Dużuś" zaczął wymiękać z lekka na tych dwutysięcznikach, nie kondycyjnie, ale trochę miał za dużo na jeden raz, i musiałam po niego pojechać. I znów się tak złożyło, że wtedy akurat rodzina jechała autem, z Poznania, dokładnie tam, gdzie mój Dużuś. Okazało się, że to Słowacja. Gór nie widziałam, bo jechaliśmy nocą. Gdzie jestem, zobaczyłam dopiero rano, ale to też nie dokładnie, bo wszystko tonęło w oparach mgieł..... Wtedy to właśnie postanowiliśmy zwiedzić jaskinię, ale Słowacy w poniedziałki nie chcą zarabiać na turystach, nie wiedzieć czemu. Moje nadzieje na pobuszowanie po podziemnych zakamarkach musiałam złożyć w kosteczkę i schować do kieszonki, niczym chusteczkę do nosa.... Zamiast w jaskini wylądowaliśmy na kolejce na słowacki dwutysięcznik Chopok.


Pierwszy raz, nie licząc Kasprowego, jechałam takim dziwnym ustrojstwem aż tak wysoko... Nawet nie pamiętam czy się bałam, tak było zimno.... Na samej górze okazało się, że jesteśmy dopiero na wysokości 1800 z groszami i do szczytu jeszcze troszkę trzeba po kamionkach w górę popomykać, we mgle, zimno i wietrznie. A ludzie w sandałkach i krótkich spodenkach, zdarzały się, jak zwykle, panie w klapeczkach i małe dziewczynki w letnich sukieneczkach z gołymi nóżkami...... Jakieś pół godziny pieszkom w górę to już było za dużo dla nieprzygotowanych. W czasie odwrotu myśleliśmy o kubku gorącej czekolady...


Następnym pomysłem było wykąpanie się w ciepłym basenie, wybór padł na kompleks w Besenowej. Najfajniejsze były tam sauny, jedna za drugą, każda inna, była tez tradycyjna sauna FIŃSKA. Nie przypuszczałam, że można tyle czasu przesiedzieć w saunie, łącznie chyba z godzinę spędziłam w kabinach, oczywiście przeplatając wejścia chłodnym prysznicem i wypijając litry wód źródlanych bezpośrednio lecących z kraników w ścianach. Następnego dnia byłam już w Zakopanem, przez kilka godzin zaledwie, a wieczorkiem w domeczku, jak dobrze :))) Jak to miło po takiej włóczędze przespać wreszcie noc we własnym łóżku. 


Dużuś wybył znowu, tym razem do Dziadka, ja jeszcze raz do Poznania. W końcu trzeba było się z Poznaniem pożegnać, co w miłym nastroju oraz uroczym towarzystwie czyniłam do 4 rano.... Ale to już poza mną, impreza odespana, moja osoba do dom wróciła. Ale że ruch i przemieszczanie wchodzi w krew, to dziś znów wyjeżdżam, i za tydzień też, i za dwa też..... Jeden z tych wyjazdów ma być w kasku motocyklowym, o ile pogoda pozwoli. Mam nadzieję, że będę się dobrze bawiła, czego i Wam Wszystkim Czytającym życzę:))


 

zdjęcie by xbw

niedziela, 19 sierpnia 2007

Maratonka



I znowu mnie z domu na noc poniosło, do kina, na filmy, trzy filmy. Dwie mocne kawy i jakoś to było. Stanowczo jednak preferuję oglądanie filmów pojedynczo, na nośniku z replayem :) Na przykład nadzwyczaj chętnie obejrzałabym sobie jeszcze raz Adriena Brody i  posłuchała w spokoju po raz drugi dialogów z Hollywoodlandu, który tak do końca jasny dla mnie nie był, zwłaszcza że nie rozpoczęłam jeszcze kofeinowego wspomagania i kilku linijek nie doczytałam spod przymykających się ciągle powiek i z powodu koniecznie chcącego się zdrzemnąć ośrodka czuwania w mózgu. Kto kazał się biednemu Adrienowi ubierać w te koszmarne ciuchy, ło matko! Ale cóż, film oparty na faktach, zapewne nie dało rady inaczej.



Mulholland Drive wystarczyło obejrzeć raz, z górką, jako że wiedziałam dobrze, że klasycznego zakończenia się u Lyncha nie doczekam :) Mistrzowsko dopracowany klimat, napięcie rosło, dobra muzyka - Angelo Badalamenti, było wszystko, co powinien mieć dobry film.



Czarna Dalia - dość ciekawy, najlepszy z cyklu, Brian De Palma ciągle w formie. Najbardziej zapadająca w pamięć rola ciotki Harrego Pottera, niejakiej Petunii, czyli Fiony Shaw, irlandzkiej doskonałej aktorki, jej nadzwyczaj ekspresyjna rola - no zatkało mnie po prostu.



Wszystkie filmy były w fajny sposób spójne tematycznie, w każdym z nich np. była mowa o Ricie Hayworth.



Z rozpędu filmowego przypomniałam dziś sobie Bezimienną królową (La Reina Anonima) Gonzalo Suareza, dziwnym trafem dziś sporo fajnych filmów w TV. A te hiszpańskie, nie wiem czemu, mają w sobie to coś niepowtarzalnego, wspólnego tylko produkcjom hiszpańskim, taką podskórną iskierkę, specyficzny komizm występujący równolegle z dramatem. Np. zostaje zastrzelony policjant żujący gumę, po upadku, najwyraźniej już nieżywy, nadal żuje gumę, jeszcze przez jakąś chwilę. Widz przeżywa konsternację, co odczuwać, smutek, żal, przecież człowiek nie żyje, morderstwo, zbrodnia, a tu samo się chichocze, mimowolnie... O co najwyraźniej twórcom chodziło.

Jeśli ktoś ma dziś ochotę na dobry film w TV, to mogę śmiało polecić - Billy Elliot o 20.35, Szklane serce Herzoga - 1 w nocy lub Raising Arizona Braci Coen z Nicolasem Cagem o 1.05.



Kończąc temat pochwalę się dzisiejszą zdobyczą, mianowicie upolowałam na zawsze jeden z najlepszych filmów w moim prywatnym rankingu - Himalaya. Właśnie wróciłam z gór polskich najwyższych i coś mnie już tęsknota ogarnia, coby znowu sobie móc choć trochę popatrzeć, choćby tylko na ekranie, Alpy, Himalaje, Tatry czy insza inszość, byleby GÓRY...




zdjęcie by xbw



czwartek, 16 sierpnia 2007

Romanie, będę tęsknić ...



Jadę sobie błogo przez Słowację, jest poniedziałek 13 sierpnia, wybija południe. Rodzina szuka programu pierwszego Polskiego Radia, łapiemy zasięg. Słuchamy hejnału. Za oknem kamieniołomy, bezkresne lasy, niesamowicie wysokie drzewa i szczyty mgłami osnute, gdzieniegdzie słoneczko przebłyskuje, jest tak pięknie i dobrze, jedziemy zwiedzać Demianowską Jaskinię Wolności. Zaczynają się wiadomości - Roman już nie jest ministrem edukacji. Życie jest piękne.


 

zdjęcie: Paweł Supernak/PAP, podczas konferencji prasowej w Zespole Szkół Katolickich w Białymstoku

poniedziałek, 6 sierpnia 2007

międzypoznanie



Siedziałam sobie tydzień w Poznaniu, weekenduję w domku, ale zaraz znowu wio z powrotem do Poznania. Ukasz rozpoznaje Tatry i okolice. Posiedzenia w pociągach zaskutkowały zapoznaniem się ze sporą ilością inspirującego słowa pisanego. A co ciekawego usłyszałam i przeczytałam, o tym częściowo poniżej.


Jest w Polsce piramida. To grobowiec rodzinny rodu von Fahrenheid z 1811 roku zbudowany w mazurskiej wsi Rapa. Znajduje się w tzw. miejscu mocy. Można obejrzeć zmumifikowane zwłoki, jeśli ktoś lubi. Podobno piramida ma regenerujące właściwości. W planach mam odwiedzenie tego miejsca, czego i Wam życzę.




piramida - grobowiec w Rapie, zdjęcie z Wikipedii


A w Poznaniu jest góra, ma 154 metry n.p.m. Nazywa się Góra Moraska i znajduje się w rezerwacie przyrody Meteoryt Morasko. W tymże rezerwacie znajduje się siedem kraterów powstałych najprawdopodobniej po uderzeniu meteorytu, które to zdarzenie ponoć miało miejsce około 5 tysięcy lat temu. Jeśli się zbiorę w sobie :) to wkrótce własną osobą rezerwat pozwiedzam i będzie temat na następny post. A teraz łapię graty i lecę na pociąg. Pa.


niedziela, 5 sierpnia 2007

Sano se suomeksi



Od pewnego czasu zbieram się i zbieram do napisania czegoś o moim ulubionym temacie czyli o Finlandii. No i jest szansa, że się zbiorę w końcu, może nawet jeszcze w tym roku :)) A póki co - małe co nieco.



Po fińsku na @ nie mówi się małpa ale kotek czyli miuku mauku.

Miś Uszatek to Nalle Luppakorva.

A Czerwony Kapturek to Punahilkka

Tytuł posta znaczy : "Powiedz to po fińsku".



Moi moi (cześć:)