De omnibus dubitandum est. Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.

kaleką matematyką obliczamy swoją wartość (Emily Dickinson)

czwartek, 23 grudnia 2010

tak sobie siedzę i myślę


Nie rozumiem. Siebie nie rozumiem. Byłam wczoraj pod budynkiem Filharmonii Narodowej, przed głównym wejściem, tuż po 19.00, chwilę przed rozpoczęciem koncertu, wykonanie na wysokim poziomie, kompozytor też w porządku, nawet bardzo, no i repertuar prima sort. VI i VII Symfonia Beethovena w wykonaniu orkiestry Sinfonia Varsovia pod dyrekcją Marca Minkowskiego. I ja nie weszłam do środka, przeszłam, minęłam i udałam się krokiem spacerowym na przystanek tramwajowy, wsiadłam i pojechałam do dom. A dziś czytam, że 30% miejsc świeciło PUSTKĄ. Czy ktoś mnie wytłumaczy mnie samej?


Może dlatego, że grała orkiestra, że nie było solisty grającego na fortepianie, na dodatek ten solista, którego nie było, nie był Trifonowem? No i Beethoven nie jest Chopinem. Czyżbym się zawęziła aż tak bardzo? Tragedia, muszę się odwęzić, bo będę tak do sierpnia czekała (dopiero wtedy Trifonow do Warszawy zjedzie). No, może do lutego, bo na Kultyszewa (finalista tegorocznego konkursu chopinowskiego, otrzymał wyróżnienie, no i też Rosjanin :) to się chyba zbiorę, tym bardziej, że w Studio Lutosławskiego znowu.


Już w poniedziałek marudziłam, że może i na Trifonowa nie pójdę, bo przecież i tak w radiu transmisja na żywo całego koncertu leciała. Wzięłam się jednak i wyprowadziłam, i dobrze, bo znowu chemia się w organizmie zmieniła, ja się zmieniłam. Każda wizyta w filharmonii, operze, sali koncertowej - zmienia, mnie przynajmniej. O wiele silniej, niż posłuchanie muzyki odtworzonej.

Wczoraj pod FN poczułam się jak auto z blokadą na kole. Muszę coś z tym zrobić. Chyba mi się tu jakieś postanowienie noworoczne wyłania..

 
 

A jutro Wigilia i już Boże Narodzenie. Zupełnie nie wprawiłam się w nastrój świąteczny i już chyba nie zdążę w tym roku, może za rok, za dwa? Ale jutro jednak pojadę po choinkę, Ukasz ją ustroi. Kapusta wigilijna ugotowana, zaraz będę pichciła barszczyk :) Uszka i pierogi będą, ze z góry upatrzonego zaufanego sklepu, no i podobnie kutia. Jutro spędzę parę godzin w kuchni, może przy dźwięku kolęd. Brakuje mi pianina, zdarzało mi się brzdąkać kiedyś jednym palcem jakieś kolędy i chętnie bym to powtórzyła, bo fortepian nadal za mną chodzi, jak wierny pies. Czuję tu kolejne postanowienie noworoczne, nawet je widzę, mimo że próbuje się skrywać za jakimiś śnieżnymi pagórkami. Siedmioma.

Mój komputer padł wczoraj nieruchomo i ja teraz na występach gościnnych, więc mocno czasem ograniczona i już MUSZĘ kończyć. Czemu padł akurat teraz? No, ok, głupie pytanie. 

Składam więc w pośpiechu Wszystkim Szanownym Czytelnikom Tego Bloga serdeczne życzenia szczęścia i zdrowia, wielu mądrych i ciekawych ludzi wokół i muzyki na co dzień. Niech w święta brzmią kolędy, zewsząd promienieją uśmiechy, niech Was otacza ciepło pozytywnych i radosnych uczuć. I mądrej miłości.


wtorek, 21 grudnia 2010

koncert


Już trzy dni temu pojechałam pod Studio Koncertowe Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego, nie wiem czemu, same nogi poniosły. A wczoraj byłam na koncercie z okazji Jubileuszu 85-lecia Polskiego Radia oraz 75-lecia Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach, w tymże studio. Głównym i jedynym powodem był występ Daniiła Trifonowa.

Nie można było nabyć biletu wcześniej, jedyną możliwością była rezerwacja telefoniczna i odbiór w kasie na godzinę przed koncertem. Już pół godziny wcześniej ludzie zaczęli się powoli zbierać przed okienkiem w radosnej atmosferze oczekiwania na MUZYKĘ oraz jej WYKONAWCÓW :) Fajne uczucie być w takim zgromadzeniu, wszyscy zupełnie sobie obcy, ale przecież tak podobni, w pewnym sensie.

Na początku NOSPR pod dyrekcją Jacka Kasprzyka zagrała "Małe requiem dla pewnej polki" Henryka Mikołaja Góreckiego, niedawno zmarłego. Było to dla mnie coś nowego, fortepian i 13 instrumentów, w tym dzwony. I dużo ciszy. Bałam się, że jeśli przeleci mucha, to będzie ją słychać i rozproszy muzyków i atmosferę, no i akurat przeleciała, chyba ją przyciągnęłam myślami, na szczęście bezszelestnie.

Nie mogę chodzić na koncerty skrzypcowe, niedawno na jednym byłam i musiałam wyjść po pierwszej części. Brzmienie skrzypiec albo mnie drażni albo zachwyca. Wczoraj mnie zachwyciło. Kiedy rozległo się pierwsze po dzwonach cichuteńkie nieśmiałe posunięcie smyczka pierwszych skrzypiec trochę mnie zatkało, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu. H.M. Górecki nie będzie pewnie moim ulubionym kompozytorem, ale cieszę się, że mogłam posłuchać takiego doskonałego wykonania. Dodam jeszcze, że w fortepian waliła Anna Górecka, za co ją potem dyrygent serdecznie uściskał. No waliła, tak popadło, nie była to subtelna szemraninka, ta dopiero po przerwie :)

Po niewielkim przemeblowaniu (zjechał Steinway, doszły krzesełka i pulpity dla kolejnych muzyków) z pełną parą na scenę wkroczył Prokofiew w wyborze suit z baletu "Romeo i Julia". NOSPR dał czadu, a i owszem, można było się zachwycać.

Na szczęście Prokofiewa bardzo lubię i mogę słuchać "na okrągło", zwłaszcza, że zima teraz i tuż przed świętami, a mnie jego muzyka się właśnie ze śniegiem kojarzy, może przez te dzwoneczki? Ale już w połowie "Romea i Julii" zaczęłam myśleć tylko o drugiej części koncertu. Jak zagra po powrocie z Ameryki, miał taki długi moment oderwania od konkursu i Chopina, przebywał w innym świecie, studia, prace domowe. A może pójść po autograf? Ale po co, nie zbieram przecież autografów. Zresztą na czym ten autograf. Ok, pójdę po ten autograf, co mi szkodzi. No i znów wróciłam na salę i usłyszałam dźwięki, wyłączenie na szczęście trwało krótko... Jacek Kasprzyk dyrygował niesamowicie, szczupły, przygarbiony, przywołując mi na myśl ekspresjonizm niemiecki...

W przerwie koncertu - dotoczenie Steinwaya - rozmowa z dyrygentem i wywiad z Daniiłem Trifonowem z głośników radiowych, jako że całość transmitowała bezpośrednio Dwójka. Z tego co pamiętam, Trifonow wybiera się teraz do Gdańska, będzie nagrywał płytę z orkiestrą tamtejszą. W Warszawie pokaże się niestety dopiero w sierpniu (uwzględnię w planach wakacyjnych, nie ma inaczej). Kiedy zaczął wyliczać jakie ma muzyczne plany, przestałam nadążać, i dobrze, młody jest, cała kariera przed nim. Ucieszyło mnie najbardziej, że przymierza się do III koncertu Rachmaninowa :))

No i nadejszła wiekopomna chwila, orkiestra się rozsiadła dostojnie i weszli mistrzowie. Zabrzmiał koncert e-moll Chopina. Trifonow zagrał delikatnie, pięknie, cieniując na Steinwayu ile się dało i szkoda, że nie było Fazioli, do którego nas przyzwyczaił. Jestem wrażliwa szczególnie na dwa momenty tego koncertu, ale gra młodego Rosjanina wydobyła takich momentów więcej i miałam ścieżki małych potoczków na pudrze w kremie spływające aż do szyi. No i trochę mnie potrzęsło z emocji. I parę razy zapomniałam o oddychaniu. Sąsiad obok zaczął kichać, może z emocji, a może z przeciągu, na szczęście robił to bezgłośnie, gratulacje :) Trochę głośno, zbyt głośno może grała orkiestra, ale siedziałam blisko, bliziutko i dlatego miałam takie wrażenie. W każdym razie Trifonow nie uciszał dyrygenta, jak w finale konkursu. Po e-mollu był tak uszczęśliwiony, radosny, uśmiechnięty, jakby właśnie wygrał. Może i wygrał ze strachem, bo widziałam jak ręce mu się trzęsły kiedy je spocone wycierał pomiędzy częściami koncertu. To było dopiero drugie po konkursie chopinowskim publiczne wykonanie e-moll (pierwsze miało miejsce w Poznaniu). Nie było owacji na stojąco, ale były trzy bisy, mazurki Chopina i tarantella. Ciekawe ile razy bisowałby nam, gdyby nie orkiestra, która nadal pozostawała na scenie. Bo brawa nie milkły, Daniił wychodził, kłania się i uśmiechał radośnie, promiennie, szczerze. Tarantellę zagrał tak szybko, że nie nadążałam ze słyszeniem dźwięków, a mazurki (bo to chyba były mazurki? mam problemy z odróżnianiem utworów...) delikatnie, on je wypieścił po prostu. I to był już niestety koniec, mało, jeszcze, niedosyt, brak, pustka. Stanowczo za mało, stanowczo za krótko.

No to może po ten autograf... Oj, chłopak przystojny, fajny, młody, utalentowany - będzie się teraz miał z wielbicielkami. Nie było problemu, żeby porozmawiać, a nawet uściskać.

Nie wiem, po co mi, ale mam ten autograf :)

czwartek, 16 grudnia 2010