De omnibus dubitandum est. Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.

kaleką matematyką obliczamy swoją wartość (Emily Dickinson)

sobota, 30 marca 2013

radości


Tym obchodzącym i świętującym, i tym, którzy nie obchodzą, bo nie, i tym którzy chcieliby obchodzić, ale nie obchodzą, bo coś, życzę teraz i po świętach, przez okrągły rok, spokoju, miłego spędzenia czasu w gronie bliskich lub samotnie, realizowania pasji i zainteresowań, bez zawieszania ich na czas świętowania, nieustającego zdrowia i uśmiechu i pogody ducha, i akceptowania tej za oknem takiej jaką jest i radości na co dzień, ot tak, po prostu. I tolerancji, dużo dużo tolerancji.



piątek, 29 marca 2013

"Metamorfozy"





Sms od koleżanki, nie melomanki, ale pracuję nad tym, włącz Kulturę, leci na żywo wielkanocny festiwal beethovenowski. Włączam Kulturę, no coś tam leci z Filharmonii Narodowej. Słucham jednym uchem Brahmsa, ale jakoś nie mogę przestać i wrócić do lektury dość głupawej książki, którą czytam przez przypadek i chyba przez pomyłkę. Zaczyna się kolejny utwór, drugi koncert skrzypcowy "Metamorfozy" Krzysztofa Pendereckiego, na skrzypcach młody jeszcze, niezbyt znany Jarosław Nadrzycki. Orkiestra z Lipska, MDR, dyryguje Estończyk Kristjan Järvi, brat słynnego Paavo. Nie lubię skrzypiec, nie słucham muzyki współczesnej, nie przepadam za Pendereckim. Ale od "Metamorfoz" nie mogę się oderwać, młody skrzypek snuje spod smyczka takie piękno, że podążam jak w transie, w obłoku dziwnych dźwięków wydawanych przez instrumenty muzyków ze sceny. Summa summarum - zaczarowali mnie.

Penderecki skomponował "Metamorfozy" w 1995 roku dla Sophie Anne Mutter. Może dlatego tak chętnie wysłuchałam, bo akurat Sophie Anne Mutter bardzo lubię, wyjątek. Wykazuję się dosyć słaba tolerancją jeśli chodzi o skrzypce, stanowczo wolę fortepian. Kiedyś słuchałam romantyków rosyjskich, potem Mozarta, jeszcze później Rachmaninowa, po nim Chopina. Muzykę współczesną zawsze uważałam za skrajne szaleństwo żywcem wyjęte z głowy obłąkanego melomana, narastający niepokój  nie do wytrzymania. Przy "Metamorfozach" przełamałam się jak Lewandowski w meczu z San Marino. Zaczynam iść szerokim pasmem obejmującym powoluteńku muzykę dwudziestego wieku. A najważniejsze pozostaje wykonanie.

Kristjanowi opadała ciągle grzywka (zaleta transmisji tv, w sali koncertowej widać tylko plecy dyrygenta), poprawiał ją sobie co chwilę, a ja cała w strachu, że ktoś z orkiestry niewłaściwie zrozumie gest i zafałszuje.





czwartek, 28 marca 2013

o pietruszkę


Nie będzie nas w Brazylii. Zrobiłam sobie małą symulację, sama. Wyszło mi, że zajmiemy 4 miejsce w grupie, a przy gorszej dyspozycji przeciwników mamy szanse na miejsce 3. O pierwszym lub drugim nie ma mowy bez kilku cudownych zbiegów okoliczności. A przecież to nie ta dziedzina, w której oczekujemy cudów. I gdyby oni tak całkiem nie potrafili grać, to nie mielibyśmy prawa od nich wymagać, z pustego i Salomon nie naleje (nie mylić z Salamonem, Bartoszem). Ale nie, mają momenty, mają przebłyski, zdarza się, że tworzą cudowną, zgraną drużynę, strzelają bramki, stawiają się lepszym, przeprowadzają błyskotliwe odważne akcje. Więc potrafią. Skoro głaskanie po główkach i klepanie po pupciach nie pomaga, to może trzeba zmienić metodę. Marcinek to, Kubuś tamto, Adrianek jeszcze coś innego. Może, dla odmiany, jakaś szkoła przetrwania? Co z tego, że na razie wyprzedzamy Ukraińców w grupie, ale oni mają jeszcze przed sobą dwa (wygrane) mecze z San Marino, a my tylko jeden, więc pewne tylko +3, podczas kiedy oni mają pewne +6. Ostrożna strategia gry na remisy niczego nam nie daje, teraz już trzeba wygrywać WSZYSTKO.

W czerwcu, dziewięć miesięcy temu w rankingu FIFA Anglia była 6., Czarnogóra 50., Ukraina 52., Polska 62., Mołdawia 140. a San Marino 206. Dzisiaj Anglia wspięła się o dwa oczka, o co na szczycie nie jest łatwo, Czarnogóra jest 28 (!), Ukraina 48, Mołdawia 131, tylko Polska i San Marino jakby w miejscu, bo my oczko w górę, oni oczko w dół.

A może by tak powołania z samej Ekstraklasy? Dwa ostatnie mecze towarzyskie skończyły się wynikiem 4:1 dla nas, w tym z 33 w rankingu FIFA Rumunią, mimo przeprowadzonych przez ich trenera siedmiu zmian.

Nigdy jeszcze nie widziałam tak bladych i wściekłych dziennikarzy sportowych, jak po pamiętnych siedmiu minutach w meczu z Ukrainą, które nam pozamiatały, przepraszam, które naszym przeciwnikom pozamiatały łatwą ścieżkę do sukcesu, jak w curlingu.

poniedziałek, 25 marca 2013

Zamek w Lublinie





Adam Leure - Zamek w Lublinie, 1860

litografia




jak zdołować czterdziestomilionowy naród


Jak? Bardzo łatwo, tracąc orientację na własnym boisku, na 7 minut, wystarczy. Przejeżdżałam wczoraj obok Narodowego, Stadionu. Taki im wybudowali okazały, a oni nawet biegać po nim nie chcieli, tylko się snuli zrezygnowani. Jeden nawet pokazał, gdzie ich możemy pocałować. Niechcący i niezamierzenie, a wyszło symbolicznie. Czarno widzę te dalsze eliminacje. Niby to dopiero pierwsza przegrana, ta z Ukrainą w piątek, wcześniej było zwycięstwo z Mołdawią i dwa remisy, z Czarnogórą i Anglią. Na razie czwarte miejsce w grupie i skromne pięć punkcików, jeszcze nie koniec świata, ale blisko. Anglicy już mają 20 bramek na plusie, Czarnogórcy 13, my dopiero 6 i tyleż "w plecy". San Marino ma bilans 0-24, ale nie wiem, czy nie uda im się jutro strzelić pierwszego gola eliminacyjnego właśnie nam. Straciłam pasję, ile można dać się tak poniżać, basta. Zawieszam emocje, przenoszę na obiekty bardziej warte mojego czasu i energii. Dosyć, dosyć, po trzykroć dosyć. Nie przypuszczałam, że dojdzie do tego, że będę wolała obejrzeć meczyk ekstraklasy niż tzw. reprezentacji narodowej. Nadal będę podglądała co słychać u asów piłki, ale już neutralnie. Nadal dobrze im życzę i kibicuję, ale na spokojnie, z bardzo dużej odległości dystansem nazywanej.

Dla odreagowania eteryczne dźwięki - Jan Garbarek.




środa, 20 marca 2013

"by móc żyć w świecie rzeczywistym"


"Opowiadamy sobie historyjki, stwarzamy świat fikcji, po to, by móc żyć w świecie rzeczywistym... Szukamy pouczenia w samobójstwie, społecznych lub moralnych przestróg w bezsensownym morderstwie tamtych pięciorga.*

To, co widzimy, przekładamy na nasz subiektywny język, dobierając najbardziej dla nas znośny do przyjęcia wariant tłumaczenia. Szczególnie jeśli jesteśmy pisarzami, możemy żyć poprzez nakładanie narracji na chaos otaczających nas, w żaden sposób nie związanych ze sobą obrazów, poprzez nakładanie idei na zmienne fantasmagorie, będące naszym rzeczywistym doświadczeniem.



Joan Didion
"The White Album"

*Chodzi tu prawdopodobnie o morderstwo popełnione przez bandę Charlesa Mansona w willi Romana Polańskiego w Los Angeles w sierpniu 1969 roku (przyp. tłum.)."


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Powyżej cytat cytatu z "Wszystko za Everest" (Into Thin Air) Jona Krakauera.

Tak właśnie kończy się cytowanie. Wyobrażacie sobie, że będziecie chcieli powiedzieć komuś o tym fragmencie tekstu? "Wiesz, u takiej jednej xbw czytałem/czytałam, że ona czytała Krakauera, który czytał Didion i ta Didion pisała, że ...". Jakie to męczące. Niektórzy więc pójdą na skróty i powiedzą "Wiesz, u Didion wyczytałem/wyczytałam, że...".

Chyba zacznę dodawać "ścieżkę dostępu" ;)

poniedziałek, 18 marca 2013

Maj Sjöwall & Per Wahlöö - "Zamknięty pokoj"






Znowu zanurzamy się w szwedzkie wczesne lata siedemdziesiąte, znów północnoeuropejski dobrobyt. Serii część ósma.


W pokoju zamkniętym od wewnątrz znaleziono martwego człowieka. Zastrzelony. Oczywiste jest, że odebrał sobie życie, aż do czasu, kiedy okazuje się, że w pokoju nie ma żadnej broni. Martin Beck, po długiej rekonwalescencji, rozplątuje supełki i dociera do jedynego możliwego wyjaśnienia. W tle napad na bank, do którego podejrzany absolutnie się nie przyznaje. Następuje komedia omyłek i przypadków, nagromadzenie zbiegów okoliczności. Polecam gorąco i namiętnie scenę zajęcia przez policję pewnego mieszkania, z użyciem psa oraz gazu łzawiącego. Nie zrozumiem tych, którzy nie popłaczą się ze śmiechu. Ale po otarciu łez nadchodzi smutna refleksja...

Książka dobrze napisana, trzyma poziom całego cyklu, narracja nie męczy. Duet Maj i Per dokuczają rządowi, strukturom policyjnym, wytykają absurdy, pokazują szwedzki dom starców - niezbyt piękny wizerunek kraju raju.


Ale pojawia się promyczek radosny wśród tej ponurej rzeczywistości :) Umęczony zołzowatą małżonką rozwiedziony Martin Beck poznaje zwykłą fajną mądrą kobietę Rheę.



Maj Sjöwall & Per Wahlöö
Zamknięty pokój
(Det slutna rummet)
rok wydania: 1972
wydanie polskie:
1980 (tłum. Maria Olszańska)
2011 (tłum. Halina Thylwe)

Maj Sjöwall & Per Wahlöö - "Twardziel z Säffle"














"W ostatnich dziesięciu latach centrum Sztokholmu padło ofiarą gruntownych, radykalnych przeobrażeń. Całe kwartały zrównano z ziemią i zastąpiono innymi. Zmieniła się infrastruktura, system komunikacyjny coraz bardziej się rozrastał, nowe budowle zaspokajały wyłącznie eksploatatorskie zapędy właścicieli, którzy nie mieli żadnych ambicji kreowania osiedli przyjaznych ludziom. W sercu miasta nie zadowolono się wyburzeniem dziewięćdziesięciu procent zabudowy i unicestwieniem dotychczasowej sieci ulic - zniszczono także naturalną topografię terenu

Sztokholmczycy ze smutkiem i goryczą patrzyli na rozbiórkę funkcjonalnych, niezastąpionych starych czynszówek, które musiały ustąpić miejsca sterylnym biurowcom, a lokatorzy musieli się wynieść do odległych przedmieść sypialni. Ich urokliwe, tętniące życiem dzielnice, gdzie mieszkali i pracowali, obrócono w gruzy. Centrum stało się trudno przejezdnym, zgiełkliwym placem budowy, na którym powoli, acz nieubłaganie wyrastało nowe city: szerokie hałaśliwe arterie komunikacyjne, błyszczące fasady ze szkła i metalu, martwe betonowe płaszczyzny, chłód i pustka."

Gdzie wojny nie było, tam sami sobie stolice wyburzają...

Przenoszę się mimowolnie do Ratyzbony, w której spędziłam kiedyś uroczy dzień wędrując po zamkniętym dla ruchu ulicznego zabytkowym starutkim centrum miasta, niech żyją mądrzy decydenci jak najdłużej i oby ród ich nie wyginął.

"Twardziel z Säffle" to numer siedem cyklu. Pewnemu policjantowi zamknięto w celi żonę, Finkę, chorą na cukrzycę, sądząc, że jest pijana. Zmarła. Samotnemu ojcu odebrano córkę. Po latach skutkiem tamtych wydarzeń dochodzi do zemsty, a główny bohater Martin Beck zostaje ciężko ranny. Maj Sjöwall i Per Wahlöö coraz ostrzej krytykują państwo dobrobytu.

***
Znalazłam fajne długie słowo w przypisach - Medborgarrättsrörelsen (MRR), Szwedzki Ruch Praw Obywatelskich, powstały w 1974.


Maj Sjöwall & Per Wahlöö
Twardziel z Säffle
(Den vedervärdige mannen från Säffle)
rok wydania: 1971
wydanie polskie:
1976 (Człowiek z Säffle)
2011 (Twardziel z Säffle)

niedziela, 17 marca 2013

wpływowy człowiek



13.03.2013
środa

Jorge.
Jezuita.
Argentyna.
Franciszek.
Buona sera.

Przecież słuchają WSZYSCY, nie tylko katolicy, bardzo rozsądnie.
Jeden z najbardziej wpływowych ludzi na świecie.

Do katedry na rowerze.
Nie wskoczył do limuzyny i nie odział się w purpurę.
Mówił o ruchu, budowaniu i przekuwaniu mieczy na lemiesze, w tle przepiękne wnętrze Kaplicy Sykstyńskiej, transmisja telewizyjna na cały świat.

Kibic!

I trudna przeszłość, nie dla wszystkich jednoznaczna.

W sumie wygląda dobrze. Zapowiedź zmian.
Tak czy inaczej, w konwencji przecież.
Jestem ciekawa. Czekam.

czwartek, 14 marca 2013

najpiękniejsze dźwięki - KV 626


Od lat uważam Requiem Mozarta za najpiękniejszą muzykę, jaka została dotychczas skomponowana. I choć na co dzień wolę fortepian, więc romantyków rosyjskich, Chopina i koncerty fortepianowe, to od czasu do czasu miewam "napad" na najsłynniejszą mszę żałobną d-moll, często, kiedy patrzę na góry, w albumie albo na ekranie, bo w realu dawno nie byłam. A ostatnio Requiem odtwarza się w mojej głowie automatycznie, kiedy czytam relacje z górskich wypraw.

Wielokrotnie chciałam posłuchać na żywo, ale bałam się swojej reakcji. Odważyłam się dopiero w czasie ubiegłorocznej akcji (link1) Warszawskiej Opery Kameralnej (link2) pod Ministerstwem Kultury na Krakowskim Przedmieściu (link 3), de facto pod Pałacem Prezydenckim, jako że budynki stoją vis-à-vis. W letni słoneczny dzień i w kulturalnej atmosferze obywatelskiego nieposłuszeństwa w słusznej sprawie ;)

Nie przeszkadza mi świadomość, że utwór nie jest w całości autorstwa Wolfganga Amadeusza, że sporo dołożył Süssmayr, ponieważ zrobił to według ścisłych wskazówek mistrza. Zawsze też można posłuchać Requiem w wersji okrojonej do fragmentów wyłącznie mozartowskich.

Mozart po KV 626 nie skomponował już niczego, chyba, że w niebiesiech. 

Szukałam najpełniej brzmiącej wersji. Dyryguje John Eliot Gardiner, wykonuje The Monteverdi Choir and The English Baroque Soloists.




I jeszcze, dzięki internetowym "wtykom", od najlepszego mozartologa wśród moich znajomych z forum wersja oryginalna niedokończona: [1/3] - [2/3] - [3/3]


środa, 13 marca 2013

"Góry rosną niepostrzeżenie"




Góry - rosną niepostrzeżenie -
Ich Fiolet wznosi się w Lazur
Bez Planów - Prób - Znużenia -
Pomocy - lub Aplauzu -

W Ich Wieczne Twarze - Słońce
Z lubością zagląda - szukając
Ostatnim - długo się złocącym
Spojrzeniem - towarzystwa - na noc


*******

The Mountains - grow unnoticed -
Their Purple figures rise
Without attempt - Exhaustion -
Assistance - or Applause - 


In Their Eternal Faces
The Sun - with just delight
Looks long - and last - and golden -
For fellowship - at night -



Emily Dickinson



wtorek, 12 marca 2013

pustka przeplatana




"Jak woda świat przez ciebie przepływa
i na jakiś czas użycza ci swoich kolorów.
Potem się cofa i znów cię zostawia samego
z tą pustką, którą nosisz w sobie."


Napisał Mariusz Wilk, nie, nie w Wołoce ;) ale w Domu nad Oniego, cytując Nicolasa Bouviera.


Dzisiaj znowu słuchamy. Smutna pieśń Mieczysława Karłowicza do słów Kazimierza Przerwy-Tetmajera. (op.1/6) 

Ostrzeżenie: tylko dla słuchaczy o silnej psychice, nie chcę, by ktoś przeze mnie wpadł w otchłanie rozpaczy. Generalnie nie trawię organicznie pieśni wszelkich, no nie i już, ale ta należy do nielicznych wyjątków. Najważniejsze, że nie działa na mnie ani trochę negatywnie, wręcz przeciwnie. Jeśli i na Was podziała na plus, bardzo mnie to ucieszy.

Któren to Karłowicz zginął w wieku 32 lat pod lawiną w Tatrach

uprzednio popularyzując wspinaczki górskie, fotografując góry i komponując.

Jeszcze jeden akcent, bardziej górski i tekstowy niż muzyczny, ale nie będę się czepiała, w sumie dobra robota, niech tam.
Lady Pank - Wspinaczka


poniedziałek, 11 marca 2013

"czerwona książeczka"





Czas nadszedł, aby pokazać coś niecoś z mojej osobistej biblioteczki. Prezentuję moją ulubioną czerwona książeczkę, którą lubię wertować w chwilach napadów tęsknoty za górami, które następują dość często.


Dowiedziałam się z niej, na przykład, o istnieniu KKH, Karakoram Highway, najwyżej na świecie położonej drogi o utwardzonej nawierzchni.

I o istnieniu mostu wiszącego nad rzeką Hunza.

I o wielu innych tajemnicach najbliższego otoczenia najbardziej majestatycznych gór świata.

Książeczka zdjęta z półki i znowu pod ręką.


sobota, 9 marca 2013

gdzieś na szczycie góry


Weszło czterech, pierwsze zimowe poskromienie nieprzystępnego ośmiotysięcznika. Radocha dzika, udało się, potwierdzili wielkość i nieprzeciętne możliwości naszych polskich wpinaczy. I dezorientacja następnego dnia, cieszyć się czy denerwować. Ale zeszło tylko dwóch.

Tomek to kuzyn i przyjaciel mojego kolegi, więc wiedziałam o wyprawie od lutego i trzymałam kciuki za powodzenie jeszcze bardziej, tym bardziej, szczególnie mocno mocno. Potem już tylko wierzyłam, nawet w Yeti. Dostałam kopa i aż się boję dokąd po nim dolecę. 

Kiedy miałam czternaście lat, braciszek przyniósł mi książkę "Lhotse - czwarta góra ziemi". I jestem w tej dziedzinie "wierząca" niepraktykująca od dziecka. Całym sercem i duszą przebywam na wysokościach, wraz z bohaterami książek, filmów fabularnych i dokumentalnych i oczywiście podczas takich wypraw w realu jak ta ostatnia w Karakorum.




Tomek i Maciej



piątek, 8 marca 2013

2301 m n.p.m.


Dziecięciem będąc pojechałam z rodzicami w Tatry. Rejestrowałam niewielką przestrzeń wokół siebie. Pewnie to były Kalatówki, bawiłam się w najlepsze ale jednego razu podniosłam głowę i zobaczyłam Wielką Górę. Miałam pewnie ze trzy latka, ale górę pamiętam wyraźnie. 

Kiedy w 1980 roku Polacy dokonali pierwszego zimowego wejścia na ośmiotysięcznik i to od razu na najwyższą górę świata, wymalowałam na plastyce plakat (temat dowolny). Pamiętam jak pracowicie wykreskowywałam napisy Leszek Cichy i Moun Everest i Czomolungma, i te napisy układały się w wielkie góry. Wszystko z prostych kresek. Plakat długo wisiał na szkolnej wystawie w korytarzu.

Potem jeździłam do rodziny w Góry Sowie, zdobyłam Wielką Sowę (1015 m n.p.m.), rozpoczęłam nawet zdobywanie Górskiej Odznaki Turystycznej, miałam książeczkę, zbierałam w niej z dumą pieczątki. A potem długo długo nic, i dopiero po maturze, z ludźmi z roku wybraliśmy się w Tatry, chyba w październiku. Ja z kondycją zdobytą na szkolnych lekcjach wuefu (cha cha cha) i góry wysokie. No dobrze, codziennie rano na szlak, grupką, wszyscy razem. Umęczyłam się straszliwie, nie mogłam za nimi nadążyć. I tak przez trzy dzionki. Kolejnego dnia grupa poszła beze mnie. Pomarudziłam trochę i wyszłam, udając się w stronę gór, z Zakopanego. I tak sobie szłam przed siebie, doszłam do Kuźnic, jakoś tak znalazłam się w schronisku na Hali Kondratowej. Spotkałam w nim dwóch chłopaków, z którymi zderzyłam się w drzwiach do Murowańca dzień wcześniej. Szli na Giewont, no to poszłam z nimi. Po wspięciu się na Rycerza Śpiącego szkoda nam było wracać, pogoda jest, dzień trwa choć już stanowczo nie poranek. Poszliśmy w stronę granicy na Kopę Kondracką (2005 m n.p.m.), wiało, ja chuchro, powkładałam sobie kamienie do kieszeni kurtki. Odziana byłam prawidłowo, buty też miałam idealne. A potem podreptaliśmy granią wzdłuż granicy na Kasprowy Wierch. Po drodze dołączył do nas jeszcze jeden chłopaczek, jakoś tak poprzyciągaliśmy się jak drobiny rtęci. I zgraną paczką powędrowaliśmy dalej, na Świnicę (2301 m n.p.m.). Było już późne popołudnie, turyści schodzili raczej niż wchodzili. Ale być tak blisko i nie wejść? Przy takiej niespodziewanej dyspozycji organizmu? Łatwo nie było, powiem nawet, że resztką sił, o zejściu tuż pod samym szczytem się po prostu nie myśli. Człowiek jest w transie, staje się jednym wielkim pragnieniem pokonania góry, poskromienia jej, pokonania siebie. Na taka małą skalę, bo tylko na dwóch tysiącach metrów, ale bez przygotowania i doświadczenia. Mogę powiedzieć, że wtedy wzniosłam się na wyżyny w każdym znaczeniu. Chłopaki mieli aparat, porobiliśmy zdjęcia, jest dowód :) Widoczności już nie było, ale nie chciało się schodzić, przyjemnie mieć świadomość jak wysoko się siedzi. Ale jak mus to mus, nikt nas nie zniesie. Dowlokłam się do Kasprowego, towarzysze chyba byli w ciut lepszej kondycji. Nie było już mowy o dalszym schodzeniu, i ciemno się robiło i zmęczenie zbyt duże. Udało nam się załapać na ostatni zjazd kolejką, już taki zwożący na dół pracowników.

Byłam potem parę razy w górach, jakieś Morskie Oko, znowu Giewont, na Słowacji wjechałam kolejką na Chopok (jednak nie weszłam na sam szczyt, zimno i gęsta mgła), wędrowałam, ale to już z synem wokół Śnieżnych Kotłów w Karkonoszach, byliśmy też w Beskidach i malutkich Górach Świętokrzyskich. Ale ta Świnica, póki co, to najbardziejsza górska frajda jaką PRZEŻYŁAM.





czwartek, 7 marca 2013

Powrót



40

Powrót jest zaczynem Drogi,
Dokąd wiedzie słabość.
Z tego, co jest,
Świat rzeczy się zrodził,
A to, co jest, rośnie,
Odwracając się ku temu,
Czego nie ma.  



Lao-Tsy "Droga"

środa, 6 marca 2013

Rrr


Rehabilitacja, rentgen, rezonans, oRtopeda, neuRolog, a mnie plecki jak bolały, tak bolą. Rrr, wrr. Trochę zła zaczęłam być. I nikt mi, oprócz garści proszków przeciwbólowych, których najzwyczajniej nie brałam, nawet na długi koncert w filharmonii (znieczuliło mnie przednie towarzystwo i muzyka), niczego konstruktywnego nie zaproponował. Aż do teraz. Seria zastrzyków z alternatywą doustną. Z nadzieją, że żołądek wytrzyma, wybrałam opcję bez strzykawek. Zadowolona, że coś się w temacie dziać zaczyna i może wreszcie pomoże, pobiegłam (prawdę mówiąc pokuśtykałam) do apteki, oddalonej od przychodni kilka kilometrów. Babsztyl w aptece powiedział, że druk recepty jest wadliwy i nie chce się zeskanować i odesłała mnie z powrotem do przychodni. A że był późny wieczór, ja byłam ostatnią pacjentką, to w przychodni zastałabym panie sprzątające, li i jedynie. A wystawicielka recepty kolejny dyżur ma za tydzień. O basta. Znów nie mogłam rozpocząć naprawiania patologii fragmentu szkieletu, znów kolejna doba bólu. Może trzeba było zdecydować się na zastrzyki?

Następnego dnia udałam się do tej samej apteki, tyle, że do innego okienka. Miła pani naszykowała dla mnie zestaw trzech pozycji z druczku, podliczyła i trzykrotnie podjęła próbę zeskanowania kodu z recepty, uśmiechnęła się, i wstukała kod ręcznie, co zajęło jej jakieś 20 sekund. Dodatkowo podała dokładnie, jak co i kiedy przyjmować (nie wiedziałam, że jeden specyfik muszę łykać na czczo). Od razu poczułam się lepiej. Przemknęła mi myśl o złożeniu na babsztyla skargi, ale szkoda cennego czasu. Jeśli ktoś jest wredny i złośliwy, to takie zażalenie tylko uczyni go bardziej nieprzyjaznym dla otoczenia. Pomyślałam sobie o tych wszystkich starszych schorowanych ludziach przeganianych od okienek aptecznych z powodu nieprawidłowości w wystawieniu tak istotnego dla nich kwitka. Albo się jest człowiekiem, albo jakimś człekokształtnym erzacem. I od tych drugich, proszę Opatrzności, jak najdalej.

Żeby nie kończyć ponuro, scenka z wizyty u wystawicielki recepty.
- Ma pani jakieś nałogi?
- Tak, czytanie książek (odpowiedziałam z poważną miną, mając nadzieję na rozruszanie nieco drętwej pani doktorrr).

Lecę Leczyć pLecki, pa!

wtorek, 5 marca 2013

Mika Waltari - "Kto zabił panią Skrof?"





Natenczas chwila nastała, wzięłam się za osławionego Waltari, ale wdrapuję się kuchennymi schodami. Zaczęłam od kryminałków, jeszcze dwa przede mną (Błąd komisarza Palmu i Tak mówią gwiazdy, panie komisarzu), a potem, wierzę w to nieustająco, co najmniej te dwie bardzo znane i polecane, Obcy przyszedł na farmę i Egipcjanin Sinuhe

W Kuka murhasi... (czytałam w tłumaczeniu współczesnym Sebastiana Musielaka z 2011 roku), fiński komisarz Frans Palmu rozszyfrowuje zagadkę zejścia z tego świata starszej niezbyt lubianej Almy Skrof oraz jej psa, jamnika o imieniu Baron. Ciekawa galeria postaci: dozorca, jego żona, listonosz, posterunkowy, lekarz, mecenas, sąsiadka - pani Hallamaa, rodzina zmarłej (pasierbica i bratanek), ekscentryczny malarz Kurt Kuurna, niejaka Megajra, Kokki, kaznodzieja Mustapää. Dobrze się czyta, napisane i przetłumaczone przyzwoicie, trochę jak powieść dla młodzieży, ale jako młoda duchem akceptuję. I rozwiązanie faktycznie zaskakuje, zwłaszcza MOTYW...

Mika Waltari
Kto zabił panią Skrof?
(Kuka murhasi rouva Skrofin?)
rok wydania: 1939
wydanie polskie: 1968 (pod tytułem Krwawy ślad)

piątek, 1 marca 2013

kółeczko i do bramki


Nastało fajne pasmo zwycięstw i sukcesów "naszych" w sportach różnych, można kręcić nosem, że mało, ale ja nie kręcę, ja się cieszę! Dać kobicie kwiaty, a będzie się radowała, dać jej bombonierkę, to rozpłynie się w uśmiechach. A ja nie wiem, co ja jestem, kto ja jestem. Bo kiedy widzę, jak Waldemar Sobota w meczu ekstraklasy Śląska z Widzewem robi pod bramką kółeczko i zdobywa zwycięskiego gola, na 2:1, lepiej mi niż z tuzinem bombonierek (ile cukru, brr..) i jakimiś martwymi wiechciami. Nietypowa znaczy jestem. I Krysia Pałka zdobyła srebrny medal w biathlonie, który zaczęłam oglądać ze względu na duet komentatorski Tomasz Jaroński - Krzysztof Wyrzykowski. I Monika Hojnisz w tymże biathlonie zdobyła kolejno brąz, brąz, brąz i złoto. No i wczorajszy Kamil Stoch ze złotym medalem mistrzowskim. Wykrzyczałam mu to złoto dwa lata temu, kiedy wygrał konkurs w Pucharze Świata, falstart z mojej strony, ale jakaś prekognicja była ;) A i w turnieju tenisowym w Acapulco, na czerwono-brązowych kortach ziemnych, Łukasz Kubot doszedł (na razie?) do półfinału, co prawda w deblu z Hiszpanem Davidem Merrero, ale jednak. No i jak tu nie radować się z tych sukcesów?

I jeszcze rozśmieszająca drobnostka ze spisu wiadomości sportowych:

RAFAEL NADAL JEDNAK ZAGRA W USA

WENTA NADAL TRENEREM VIVE TARGÓW

:)