De omnibus dubitandum est. Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.

kaleką matematyką obliczamy swoją wartość (Emily Dickinson)

czwartek, 31 grudnia 2009

Onnellista Uutta Vuotta :)




Żeby wszystkim było ze soba tak dobrze, jak tym dwojgu... :))))

Szczęśliwego Nowego Roku !!!!




Steffi Graf i Andre Agassi   

     

piątek, 4 grudnia 2009

Studio in Montparnasse

 

A Studio in Montparnasse, Christopher Richard Wynne Nevinson, 1926

zdjęcie przypadkowe


 


zdjęcie: xbw


Złapałam bakcyla, coraz silniej mnie ciągnie w świat, chcę iść, jechać, nawet lecieć i przywieźć następną kolekcję przypadkowo "łapanych" zdjęć, podobnych do tego z Birmingham, zrobionego w czasie jazdy autokarem, przez szybę, z zaskoczenia.

środa, 2 grudnia 2009

wtorek, 1 grudnia 2009

droga na Belfast


video

Jedna wyspa, jeden naród, dwie religie. Dwa kraje. Droga taka sama, nie widać, kiedy granica. Nadal ruch lewostronny. Kilometry zmieniają się w mile. Znikają podwójne nazwy na znakach informacyjnych. Drzewa tak samo piękne, pagórki zwane drumlinami, góry i słońce - identyczne. No, więc DLACZEGO?
Jeden rzut oka na zdjęcia i filmy STAMTĄD - wraca tęsknota, pragnienie powrotu TAM, ZARAZ, NATYCHMIAST.


Zaczarowało mnie :) Czego i Wam życzę.

środa, 25 listopada 2009

the day after


Się dzieje. Smutek z powodu bycia znowu w tym kraju, w tym mieście - zrównoważony, co więcej, przeważony. Zaskoczyło mnie to. Przewidywałam lekki zjazd psychiczny, zespół odstawienia...

Ukasz spokorniał chyba trochę, zrobione przez niego osobiście pranie dumnie manifestowało dorosłość mojego syna. Ale równocześnie widzę, jak bardzo tęsknił, jak samotny był tu sam, beze mnie. Dobra lekcja dla nas obojga.

Ukasz załatwił też temat naprawy dvd, poprosił naszego znajomego o pomoc, w związku z czym trochę ponadrabiam filmowe zaległości, NARESZCIE !!!

Znajomy z promu dzwonił, to trochę tak, jakby część mojej podróży była tu, w Warszawie, nadal w zasięgu ręki. Wydaje się być pomostem między tym, co przez trzy tygodnie fascynowało mnie tam daleko, a tym, co tu, szarą tutejszą rzeczywistością. Niesamowite.

Mam ze sobą klucze do mieszkania w Edynburgu, mieszkanie jest puste, do wynajęcia. Vis a vis parku, z ogródkiem, w dobrej spokojnej dzielnicy, z miejscem do parkowania, wysokie, z kominkiem i wielkimi oknami, urocze, przytulne, przestrzenne. Czułam się w nim u siebie, bardzo, jakbym przytulała się do ukochanego :)

Nie pojechałam do Edynburga, poczułam się już trochę zmęczona tą fala uderzeniową pierwszego dłuższego wyjazdu do obcego wcześniej i fascynująco pociągającego świata zachodu. Tęskniłam do syna. Tęskniłam do jeepa wranglera :) Zostawiłam sprawy do załatwienia. Chciałam wrócić. Nie wiedziałam jeszcze, że to przeznaczenie było, właśnie tak i właśnie tego dnia miałam wracać. W noc poprzedzającą mój powrót do Polski śniła mi się ta podróż, autokar na promie, teraz już wiem, czemu. Dziwna sprawa, ale wygląda na to, że miewam prekognicyjne sny. W coraz większych ilościach.

Pokonałam mnostwo barier, lęków, uprzedzeń. Pojechałam do Belfastu, mimo wielkich obaw, w Belfaście wsiadłam do Big Wheel i nie wysiadłam po pierwszym okrążeniu ;), pokonałam wszelkie fizyczne bóle, ciągłe marznięcie, nawet pod dwoma kołdrami i w swetrach. Odważyłam się na samodzielną podróż pociągiem z Edynburga do Yorku. Jakimś cudem znalazłam właściwy peron i wsiadłam do właściwego pociągu, nawet jechał we właściwą stronę ;) Odważyłam się na samodzielną wyprawę autokarową z Yorku do Dublina, z przesiadką w Leeds. Odważyłam się mówić do ludzi po angielsku i odkryłam, że jestem w stanie zrozumieć, co oni do mnie mówią. Nie wpadłam w panikę, kiedy okazało się, że jestem jedyną Polką na całym gigantycznym promie z Holyhead do Dublina, w środku nocy, zagubiona niemal jak na Titaniku :)

Teraz nie boję się już niczego. Wszystko się może zdarzyć. Wystarczy chcieć, tak bardzo, jak to tylko możliwe. I wtedy życie się odmienia, sprawy zaczynają biegnąć właściwymi torami. Tak, to takie proste. Just do it. Now.


wtorek, 24 listopada 2009

:(( wróciłam :))


Wróciłam do Polski. Ból rozłąki z Wyspami oraz długie godziny jazdy autokarem osłodził mi przypadkowy znajomy, tak jak i ja wracający z Irlandii. Poznaliśmy się na promie i miło spędziliśmy wspólnie czas, niemal całkowicie bez snu, aż do Warszawy. Zdarza się czasami, że zaczynamy z kimś rozmawiac i okazuje się, że rozmowa toczy się sama i absolutnie bez wysiłku i aż dziwne, że poznaliśmy się "dopiero co"...

Idę do wanny calutkiej wypełnionej gorącą pachnącą wodą, rozkosz w czystej postaci po dwudniowym korzystaniu z przykibelkowych umywalek na stacjach benzynowych :)

A potem będę gotowała ZUPĘ :) Na pewno nie będzie to CHŁODNIK.

Nie do wiary - ta cała wyprawa. I jeszcze na dodatek tak ciekawie zakończona.


Od jutra, bo dziś aklimatyzacja, zaczynam planowac szczegóły następnego wyjazdu.


sobota, 21 listopada 2009

Belfast Belfast


Wrócilim - śmy z Belfastu. Chcę się tam znaleźć znowu.... Miasto, mimo skrajnej dziwności, mną zawładnęło. Jest równocześnie po przejściach i zwykłe. W centrum życie toczy się, jak w każdej innej europejskiej stolicy. Do 20.00. O tej godzinie wszystko, oprócz pubów, zostaje zamknięte, ulice pustoszeją. Pod hostelem, w którym spaliśmy, 18 lat temu wybuchła bomba. Pub, w którym zatrzymaliśmy się na krótką przerwę w zwiedzaniu chodzonym, został zamieciony w części od wybuchu bomby w hotelu naprzeciwko, także dość dawno temu. Na ulicy, tuż po pierwszym wyjściu z hostelu, stał nadzwyczaj mocno opancerzony radiowóz policyjny. Do dzielnicy protestanckiej lepiej nie wjeżdżać autem z rejestracją z Irlandii. Zrobiliśmy to jednak, wjechaliśmy do tej mniej niebezpiecznej części Belfastu, gdzie wszędzie, bez żadnej specjalnej okazji, wiszą flagi brytyjskie, drzwi, słupki i krawężniki pomalowane są na biało - niebiesko - czerwono, gdzieniegdzie charakterystyczne graffiti na murach. Zatrzymaliśmy się na światłach, kiedy zza rogu wyszedł typ o nieprzyjemnej twarzy, rzucił długie spojrzenie na tablicę rejestracyjną, a potem na nas... Byłam za ruszeniem, bez czekania na zielone.... Nie była to miła chwila...


Po powrocie po raz kolejny "przeładowałam" zawartość portfela, euro --> funty, funty --> euro.... W UK, moim zdaniem, jest TANIEJ :)

Granica między Irlandią a Irlandią Północną niemal niezauważalna, tyle, że kilometry zmieniają się na mile i znikają podwójne napisy (angielski/gaelic). Droga jest niezwykle urocza, zwłaszcza w słoneczny dzień, prawie cały czas widać na horyzoncie piękne góry.

Tęsknię do Ukasza... Co z tego, że rozmawiamy przez Skype. Przed chwilą przy mojej asyście wstawiał pranie :))) Chcę do domu! Przynajmniej na chwilę. A potem, mocium panie... Nad OCEAN jakiś pobliski by może?

piątek, 20 listopada 2009

zza mórz i rzek


Wieści z ostatnich dni :)

Wczorajszy dzień, hm, tak, owszem, PRZESPAŁAM. Taki mały czterdziestogodzinny maratonik snu. Wieczorkiem jeno na rosołek z KURY czy KARY zostałam wybudzona, w każdym razie smaczny był, pożywny i niewątpliwie WEGETARIAŃSKI. W nielicznych przebłyskach świadomości próbowałam czytać nabytą za 50 centów bestsellerową powieść Debbie Macomber "Thursdays at Eight", ale jakoś mi nie szło za dobrze, utknęłam w chapter one :) Przynajmniej już wiem, o czym jest, zapowiada się ciekawie, cztery różne kobitki po rozmaitych przejściach zaprzyjaźniają się i wspierają w trudnej sztuce życia dalej. Ale wracając do mojego maratonu snu - śnił mi się Bóg :) Sen w większości  pamiętam. Bóg był spersonifikowany, był mężczyzną, miał żonę, co w najmniejszym stopniu nie umniejszało jego boskości. No i tak właśnie się kończy mega spanie na potęgę...


Dziś już się przecknęłam, co prawda bliżej południa było... No cóż, organizm musiał się po tych trzech tygodniach trudów podróży zregenerować, toż to szok wielki dla osoby tak stacjonarnej, przynajmniej ostatnio. Ale, że ziemia irlandzka woła, a zew to zew, zlekceważyć go nijak się nie da, trza było wyruszyć przed siebie. Nu i my wyruszyli :)))

Najpierw tankowanie do pełna, potem jakieś przydrożne ruiny jedne i drugie, utrwalone przelotem na zdjęciach. A potem zaskoczenie, starutki, bo pięć tysięcy lat mu stuknęło, grobowiec Fourknocks mym oczom się ukazał przy gasnącym już świetle dnia. Światła wystarczyło na zrobienie kilku zdjęć a potem P. wyciąga skądś klucz i wchodzimy do środka. Tam P. wyciąga termos, kanapki, kubeczki, napełnia je śmierdzącą, ale jakże pyszną herbatką Lapsang Souchong :) Piknik w grobowcu! Po czym robimy trochę zdjęć. Z lampą  i bez, tylko przy świetle latareczki..... Parę dreszczy po pleckach, wyobrażenie, co by było gdyby, np.  nie było tu P...... Brrr, tak trochę :) Generalnie chyba wyobraźnia mi trochę przysnęła, inaczej czmychnęłabym stamtąd czem prędzej..


Ok, wsiadamy do auta i ruszamy zwiedzać dalej. Osiągamy nieoświetlony, czym zyskał na tajemniczości i atrakcyjności, niewielki port z wyraźnie jednak widocznym odpływem. 
Zahaczamy o najstarszy irlandzki pub - "Oldest Pub in Ireland". W środku zagaduje nas drinkujący tubylec, pokazuje ciekawostki, m.in. 5 euro przyklejone do sufitu. W toalecie "Ladies" czyszczę buty z ubłoconych traw i suszę włosy pod suszarką do rąk, ciekawe kiedy zmokły, pamiętam, że zakładałam kaptur... Ale ale, lecim dalej. Nadszedł czas na opuszczony, co nie dziwne, bo mu się doszczętnie spłonęło - hotel. Grozą wieje, jeszcze bardziej niż parę chwil temu, kiedy na licznych rondach i zawrotkach okazało się, że my jednak pod prąd od jakiegoś czasu jedziemy... Hotel gorszy od grobowca, momentalnie uruchamia moją bujną wyobraźnię i nalegam na oddalenie się.... Buty znowu w błotku, a jakże (standard). Nadszedł czas morze z bliska obejrzeć, nieistotne, że już nic nie widać. Wjeżdżamy w kamienie, lekkie zakopanie się auta, ale na wstecznym wydobywamy się i przemieszczamy w inne, lepsze miejsce do oglądania morza. P. zostaje na brzegu w aucie, a ja z maluteńką latarenką, wystarczającą w niewielkiej komorze grobowca, wyruszam na spotkanie morzu, widząc przed sobą ciemność i słysząc chlupotanie stóp po wodzie. Gdzie to morze ??? Napotykam barierę w postaci kilkumetrowej zatoczki, wygląda na płytką, ale sprawdzać nie zamierzam. Podjeżdża P. O kilka centymetrów za blisko morza. Zakopuje się. Niemal do połowy przedniego koła, tylne też trochę zagłębione. O wyjechaniu bez pomocy mowy nie ma.... Zgaduj zgadula, będzie odpływ czy przypływ? Morze przed nami, zaledwie kilka centymetrów niżej. Hmmm. Tu nie ma co myśleć, trzeba gnać po ratunek. Szybko, Szybko!!! Przejeżdża duże auto, widać, że dałoby radę. Zatrzymujemy. Facet zgadza się pomóc. Lina na szczęście jest, dwa haki na miejscach. Za trzecią nieudaną próbą zaczyna mi być dziwnie. W końcu udaje się, auto wydobyte, wznoszę dziki okrzyk radości, wizje zalewanego coraz bardziej samochodu rozpływają się w niebycie. Ściskamy sobie dłonie z kierowcą-ratownikiem z wyraźną ulgą, facet ma satysfakcję, że mógł skutecznie i błyskawicznie pomóc. Na uspokojenie nerwów Drogheda nocą i do domku. Po drodze jeszcze mały rodzynek :) Rzeka zalała drogę, da radę przejechać? Nadjeżdża  jakaś terenówka, zatrzymuje się za nami, panowie wysiadają, oglądają, szacują potencjalną głębokość. Terenówka wjeżdża w rzekę przepływającą przez drogę, nie jest tak źle, wcale nie głęboko, tylko tak strasznie wyglądało. My za nią. No i nareszcie home sweet home, bezpieczny ciepły pokoik, łóżeczko i komputer!

wtorek, 17 listopada 2009

zagraniczne gotowanie


Robiłam dziś obiad, z użyciem warzyw irlandzkich, te same składniki co zawsze, tyle, że jakoś inaczej smakował. Dodałam zatem podwójną dawkę przypraw... Reklamacji nie było, uff..


Zwiedzałam dziś Loughcrew i Castlekeeran. Po niebie latała ptasia "szarańcza", czyżby to reklama filmu 2012 ;) ? Kładę się zaraz do łoża mego nadzwyczaj wygodnego, świtem bladym wyruszamy na kolejną irlandzką ścieżkę. Pewne jest, że trochę mnie wywieje i na pewno zdołam się umorusać w błotku. Czuję się zjednoczona ze światem natury, niestety nie całodobowo, ale wystarczająco, jak wędrujące drzewo. Zachciało mi się zostać na noc w grobowcu, całkiem przytulny był i tak stary, że już nic a nic nie straszny :) Ale miękkość łóżeczka wygrała, może, gdyby trochę noce cieplejsze były. Żartuję, gdyby ktoś miał wątpliwości.


Po zamknięciu oczu widzę przefiltrowane przeze mnie całą obrazy katedr, kościołów, układy chmur, ornamenty, formują się w dzieła idealne i absolutnie doskonałe, mają jedną wadę, są nieprawdopodobnie ulotne, znikają w momencie powstania.


Zdjęcia, zdjęcia, robią "tup tup tup". Jeszcze trochę, cierpliwości (mówię sama do siebie).


niedziela, 15 listopada 2009

Sunday Bloody Sunday


W Irlandii jestem od przedwczoraj od szóstej rano. Wczoraj przejeżdżałam przez Dublin, nocowałam w Athy (bardzo sympatyczna, choć przypadkowa, gościna :), zobaczyłam góry Wicklow, wypiłam Guinnessa w pubie, przespacerowałam się przez Grafton Street w Dublinie. I  dopiero na Temple Bar coś mnie tknęło, poczułam się niezwykle zadowolona, że tam mnie zawiało. Jakiś koleś śpiewał U2 w jednym z pubów, weszliśmy tam na chwilę przyciągnięci, a właściwie zawróceni dźwiękami "Sunday Bloody Sunday". I tam właśnie, dopiero wtedy, POCZUŁAM, ŻE JESTEM NAPRAWDĘ W IRLANDII :)


Trochę późno, ale polubiłam U2 :)


A Temple Bar to, póki co, moje ulubione miejsce w Irlandii :D


sobota, 14 listopada 2009

Irelandia


Ja sem w Ireland.
                              :)
                                   Główny cel podrózy, cel fizyczny, osiągnięty.

Czuję sie jak po zdobyciu Everestu. I, jak to bywa, teraz mam ochotę na inne ośmiotysięczniki.


Siedzę zaspana, zeszłej nocy położyłam się DZIŚ o 11.00. No bo jak mogłabym spać, skoro mam przesiadkę w Leeds, potem przejazdem przez Manchester, piękne miasto!, potem Liverpool (hm...) i Walia z przedziwnymi nazwami miejscowości pisanymi na tablicach informacyjnych w dwóch językach. Kierowca, Walijczyk, Alberth, robi mi zdjęcia moim aparatem na dworcu i przy busie. Numerant :) Zdejmuje tablicę znad szyby w autokarze, daje mi i znowu robi zdjęcie. Gadamy sobie. Do Albertha co chwilę ktoś dzwoni, rozmawia po walijsku, albo to angielsko-walijski. Brzmi jak szwedzki. Alberth straszliwie przeklina. Za Leeds obserwuję obie strony drogi, usiane milionami świateł mijanych miast i miasteczek, tak gęsto oświetlonych terenów jeszcze nie widziałam, jak chmary świetlików. Docieramy do Holyhead, odprawa paszportowa, bagażowa, zmiana autokaru i wjazd na PROM, "olbrzymie bydlę", prom gigant, z dużą ilością punktów sprzedaży napojów i jedzonka, z kinem, salą zabaw dla dzieci, livingiem z TV, z punktami widokowymi do obserwacji Irish Sea. Przyklejam sie jak zaczarowana do szybki i usiłuję zobaczyć jak najwięcej, niestety ciemności nieprzeniknione. Jedyne co widać, to portowe światełka przy wypłynięciu z portu i przy zawijaniu do celu. I jeszcze fale wywołane przez prom, dzięki temu w ogóle widzę, że płyniemy i w którą stronę. Po ponad 3 godzinach można schodzić na poziom 5 zielonymi schodkami, autokar jak dom :) Nie ma już Albertha, inny, ale także sympatyczny kierowca odwozi nas na dworzec do Dublina, gdzie od razu przesiadam się i jadę dalej.


Teraz siedzę sama w uroczym pokoiku, znowu czuję się tu jak u siebie :) Ależ mi dobrze, czuję się mocno rozpieszczana przez los. Czego i Wam życzę :)


Jutro wyruszamy dalej, lekko nie będzie.

Jestem w Irlandii !!! Jak zwykle, jeszcze to  mnie nie dociera :)


czwartek, 12 listopada 2009

przez granicę


Hallo there.

Prowadzona niemal cały czas za rączkę z jednych gościnnych objęć w kolejne nie mam za bardzo okazji mówić tubylczym językiem. Ale dziś jestem już samodzielna w stu procentach, żadnego prowadzącego. Kupować potrafię :D


Do katedry mnie nie wpuścili, dwa dni bez zwiedzania. Pech. Dobrze, że wczoraj byłam w środku na chwilę... 
Do domku za katedrą mnie nie wpuścili, tylko dla grup. Ale pozwiedzałam sobie dookołakatedrze, na samą katedralę gapiłam się, dopóki mój kark wytrzymywał nietypowe przechylenie głowy. Aż zmarzłam. Ale łup w postaci zdjęć solidny, ciekawam efektu.

Rozgrzewam się właśnie gorącą herbatą, pałeczkami lukrecji, i suszonym mango :) Za chwilę pakuję manatki, zatrzaskuję drzwi i wsiadam w autobus który zawiezie mnie, z dwiema przesiadkami (przebóg...) do innego, na razie obcego i nieznanego kraju...

Szkocję polubiłam bardzo, Anglię polubiłam, jak bardzo, nie wiem, jestem tu od wczoraj i już ją opuszczam. Wiem, że woła mnie z powrotem, w każdym razie York, no bo katedrala nie zwiedzona, muzeum wikingów i kolejnictwa i milions inszych tutejszych inszości czeka...

Cieszę się, bo przekroczyłam swoją wielką i potężniejszą chyba od muru berlińskiego granicę niemożności. Nie ma, że się nie da, że nie można, że się boję, że warunki niesprzyjające, że nie ma pieniędzy. NIE MA !!! Wszystko można. Tylko chcieć trzeba. Spałam dziś na materacyku na podłodze w klitce 2x3, w jakimś hostelu u kolegi, ekran komputera i klawiatura miniaturowe, bez myszowatej, nawet zdjęć z aparatu nie mogłam ściągnąć. Ale nie narzekam, wręcz przeciwnie, jestem przeszczęśliwa, że mogę tu być :))) Że mogę dzielić się z Wami wrażeniami na gorąco.

Lecę, bo nie wiem którędy do dworca, jeszcze mi ten międzynarodowy nawieje i będzie kolejny klops. Jeden już uszykowałam, zabrałam ze sobą klucze do mieszkania w Edynburgu, tego w którym mieszkałam. Chyba moja podświadomość specjalnie mi to zrobiła, żebym mogła tam wrócić...

Tu też marna pogoda, ale nie ma co, i tak PIKNIE JEST :))


środa, 11 listopada 2009

katedra


Dziś wsiadłam do brytyjskiego pociągu i przemieściłam się ze Szkocji do Anglii.


Za całe 70,5 funtów nabyłam wczoraj bilet i dziś odważnie wkroczyłam na dworzec kolejowy w poszukiwaniu Platform 7. Była, w końcu się znalazła, ale przez moment czułam się jak Harry Potter, który szukał Platform 9 3/4.... Wsiadłam, pociąg ruszył. Widoki przepiękne, do pierwszej stacji jazda prawie non stop wzdłuż morskiego brzegu, czasem kilka dosłownie metrów od wody, aż się trochę wystraszyłam widząc prawie pod sobą niewielkie urwisko.... Ale przygoda, polecam tę trasę (Edynburg - Alnmouth for Alnwick), idealna na piękny słoneczny dzień. W pewnym momencie za oknem gwałtownie wyrosła przepiękna duża tęcza, nie padał żaden deszcz... Chwilę potem, równie nagle, zniknęła, a niebo pokryły gęste chmury, które pojawiły się nie wiadomo skąd. 


No i teraz jestem w York, nie, jeszcze nie New :)))
Miasteczko małe, ale z pięknymi wąskimi uliczkami, z ciekawym marketem, z niewielką ilością strasznie starej cegły, no i z gigantyczną katedrą. Zadne zdjęcia nie są w stanie oddać jej wielkości, szerokości, urody, potęgi, moc i chwała alleluja :) Katedra powala na kolana. Mam ochotę przy niej trwać na posterunku, mogłabym zostać jej strażniczką czy coś na kształt... Miałam ochotę ją objąć, przytulić i zabrać ze sobą :)))

uwaga, pisze w biegu, post niedokończony ale go publikuję :)
dokończę następnym razem

pozdrowienia z ANGLII :)
czego i Wam życzę, jak najbardziej


wtorek, 10 listopada 2009

god idea?


Tak tu sobie siedze i mysle....


Koty mrucza, mialcza lub milcza, poscielilam juz sobie lozeczko na noc do spania, ogladam itv3, teraz leci Herkules Poirot wg Agathy, z napisami po angielsku. Z dzisiejszych zakupow w Sainsbury's zupa zjedzona, oczywiscie z dodatkiem IMBIRU na rozgrzanie, cudowna owsianka z GOLDEN SYRUP smakujacym jak ambrozja, spakowana. Od dzisiaj na kazde sniadanie do konca swiata chce spozywac wlasnie taka owsianke i tylko ja ;)

Wpadlam na pomysl, zeby tu zostac i juz stad nie wyjezdzac.
Tak mi tu dobrze.
BARDZO MI TU  DOBRZE.
Dobrze mi tu w dzien i w nocy, od pierwszych minut w tym miescie.

Kupic auto? Z kierownica z tej drugiej strony? I jezdzic nim tutaj?
:))) Yes! No problem. Pierwszego dnia, owszem, bylo mi nieswojo siedzac w aucie nie w tym miejscu, w ktorym wg mojego mozgu powinnam miec kierownice przed nosem i prowadzic to auto. Drugiego dnia nie bylo tak strasznie, a trzeciego pomyslalam, ze to chyba nic takiego, zmiana zwrotnicy w glowie.

Kazda rada czy uwaga na w/w temat mile widziana...

Wot zagwozdka :)

No to ja udaje sie w jeszcze bardziej przyjazne miejsce niz to przed komputerem i rozpoczynam tzw. bicie sie z myslami. Mozecie obstawiac :)


z Edzia


Jestem jestem, co by mnie mialo nie byc....
Przytloczona nadmiarem wrazen kontynuuje Wielka Wloczege :)
Moze maly wycinek.


Przedwczoraj na wlasne zyczenie wyladowalam na ponad piec godzin na lotnisku. Bylo mi bardzo milo i nawet czas mi sie nie dluzyl, gdyz umiejetnie go zagospodarowalam dzieki trzem smsujacym ze mna osobom (wymoglam to na nich:), ksiazce Bar McCarthego oraz ilustrowanym przewodnikom po Szkocji i Wielkiej Brytanii. Wspomogl mnie duzy kubek herbaty i cos, czego nigdy nie zapomne, Wasabi Peals, pycha male kuleczki, zielone, o smaku, miedzy innymi, chrzanu :)


O godzinie 22.30 na lotnisku pojawila sie A. Przejechalysmy jeden przystanek bezplatnym autobusem i juz siedzialysmy w jej oszronionym samochodzie. Temperatura 0 stopni. Zimno, obie zmeczone, w zwiazku z czym A postanawia pokazac mi Edynburg noca. Jezdzilysmy 2 godziny, odbylam niezapomniana nocna wycieczke po wszystkich niemal wazniejszych i piekniejszych miejscach Ediego. Niestety nie wszystko zapamietalam a notowac zapomnialam ;( Wracajac zobaczylysmy na ulicy lisa, w miescie, podobno to nic dziwnego tutaj.


Doszlam do wniosku, ze Edynburg jest jednym z miejsc na ziemi, w ktorych moglabym mieszkac, czemu nie. Najbardziej, oprocz zapierajacej dech w piersiach architektury i naturalnego uksztaltowania terenu (gorki w srodku miasta, morze, zatoki, pagorki i wzniesienia) podobalo mi sie miasteczko Queensferry i pobliskie Two Bridges, a w samym Edynburgu centrum, Krowie Wrota, The Scott Monument, Arthur's Seat i plaza Portobello. Podobaly mi sie tez ceny nizsze niz w moim kraju rodzimym oraz niesamowity wybor produktow, ich bardzo wysoka jakosc. Nastepnym razem przyjade tu, miedzy innymi, na zakupy :) No i jeszcze pierwszy raz w zyciu mialam do czynienia z funtami, bardzo ladne pieniazki :)


Edynburg do tego jest takim miastem, ze z niemal kazdego miejsca mozna zrobic od reki co najmniej kilka roznych zdjec, to autentyczny raj dla fotografow...


Na razie tyle impresji, bo na kolana wrzepil mi sie kot, domaga sie glaskania i mruczy z zadowolenia niczym agregat pradotworczy. Zamierzam przetransferowac sie na kanape i zawrzec blizsza znajomosc z tutejsza tv, w oczekiwaniu na A i wyjazd na dworzec kolejowy po bilet do Yorku :)


Dla pelnej jasnosci, nie lecialam jeszcze zadnym samolotem, poruszam sie na kolach :) Zaluje, ze nie ma juz dylizansow, przydalby mi sie taki do podrozowania, byle mial porzadne resory :)


Pozdrawlaju!

środa, 4 listopada 2009

szkockie emocje


Dotarlam, jestem, przezywam, mokne, marzne, zachwycam sie, robie zdjecia.


Przejechalam przez Eurotunel, przezylam kilka zabawnych momentow, z jednego z postojow autokar odjechal beze mnie, innego dnia zamkneli mnie na cmentarzu. Zachowuje sie jak dziecko w sklepie z zabawkami :) Pierwszy samodzielny pobyt w zaawansowanej zachodniej cywilizacji. Nie wiem kiedy wroce, ale kiedy to nastapi, skrobne (:) troche wiecej, juz z polskimi znakami.

Jedno wiem juz po kilku dniach: zmiana optyki - bezcenna. Czego i Wam zycze.



czwartek, 29 października 2009

nowoczesność w domu i zagrodzie


Dziś poczułam się jak ostatnia "sierota". Wkroczyłam do salonu sieci komórkowej, na szczęście wielkie, z dziecięciem (nie, nie na ręku..). Podchodzę normalnie do okienka, a panienka pyta, czy mam numerek. ??? Jaki znowu numerek ??? O co tu chodzi ??? Ok, poinstruowana robię zawrotkę, podchodzę do ekranu, mam 4 sprawy i nie wiem co nacisnąć, jedną z nich, a jeśli tak, to którą, czy może wszystkie cztery? Pytam, dotykam, nie działa. Okazało się, że mocniej trzeba, z przemocą. Wyszedł papierek. Ok, gdzie wyświetlacz? Jest. Ale co znaczy to co na wyświetlaczu, jakiś szyfr, kod, tajny? Ok, dziecię pomaga. Miałam nosa, żeby go zabrać. Idziemy, jakiś labirynt korytarzy, sala A, sala B. Zaraz, ale co było na tym wyświetlaczu, dokąd mam podejść? Wracam. Ok, już wiem, podchodzę. Problem z wdrapaniem się na wysokie obrotowe krzesełko, o basta la. Pan mówi co i jak, rejestruję ze zrozumieniem co 50 słowo. Parę razy proszę o powtórzenie wolno i drukowanymi literami, tak jak do dziecka albo do idioty. Ale ile razy można prosić o to samo. Próbuję parafrazować, dostaję lekkiej kilkusekundowej kołowacizny, w końcu zaczynam co nieco kumać. Grunt, że syn rozumie. Podpisuję umowę, załatwiam 4 a nawet 5 spraw, płacę złotówkę. Pan prosi o ponowne przyjście w sobotę. Proszę pana, gdyż przebywam już ZAGRANICĄ, w onym czasie, niestety (STETY, STETY !!!! :))))). Pan uprzejmy ofiarowywuje się sam, bez mojego przychodzenia, onej soboty aktywować, co trzeba. Pięknie dziękuję i pędzę dalej, bo ciemno już od kilku godzin i coraz bliżej północy....
Dobranoc.


środa, 28 października 2009

czytając "Zamek..."


Mam grubego Larssona w łóżku, jestem w połowie czytania, znalazłam już 6 literówek. Nie lubię, po sześciokroć, niestaranności. Kupuję za ciężką kasę coś dobrego do czytania na wiele lat - i przyjemność zakłóca co 50 stron średnio błąd. Nie szukam właściwie, same w oczy natrętnie włażą. Czy naprawdę nie dało rady bez błędów, na dodatek tak licznych???


Wrrr.



poniedziałek, 26 października 2009

chaos i harmonia


Natura ludzka nadzwyczaj prosta w obsłudze jest. Wystarczy dobry nastrój i już wszystko idzie lepiej, sprawniej. Lepiej idzie praca, nauka, kontakty międzyludzkie wszelkiego rodzaju, te rodzinne i zewnętrzne, zawodowe i przypadkowe. Nawet samemu ze sobą lepiej jest. Sęk w tym (lub, jak kto woli, pies pogrzebany w Puszczy Białowieszczańskiej), że ten dobry nastrój to humorzasty jest, wałęsa się i szwenda po zakamarkach i nijak się zagnać nie da na miejsce i czas dogodny osobie naszej.

Może własciwe dobranie proporcji harmonii i chaosu byłoby tu pomocne?

Nasuwa mi się pewien wniosek: lubię polski alfabet.

odliczanie


"Dragan Armanski miał pięćdziesiąt sześć lat i pochodził z Chorwacji. Jego ojciec był ormiańskim Żydem z Białorusi. Matka - bośniacką muzułmanką o greckich korzeniach. (...) Urząd Migracyjny zarejestrował go, co osobliwe, jako Serba. Jego paszport zdradzał, że jest obywatelem szwedzkim.
 (...) Nazywano go często Arabem, mimo że nie miał najmniejszej domieszki arabskiej krwi. (...) Od dwudziestu lat był związany z Finką o imieniu Ritva."

Zaraz lecę do księgarni jakiejś po
Zamek.. Larssona, trzeci i ostatni tom cyklu Millennium. Może zdążę jeszcze przeczytać przed wyjazdem w obce kraje.

Obejrzałam wczoraj pół Transylwanii, muszę ten film jeszcze raz koniecznie zobaczyć w całości i POSŁUCHAĆ, muzyka zaskakująco rewelacyjna, sceny we mgle nierzeczywiste, takie jakie lubię najbardziej w filmach. Panna zadziorna, humor specyficzny. To jest to!




środa, 14 października 2009

sobota, 26 września 2009

książka, która wciąga - "Tysiąc dni w Wenecji" - Marlena de Blasi



  

Marlena de Blasi - Tysiąc dni w Wenecji
(A thousand days in Venice)

Wpadła w moje ręce przypadkiem, koleżanka namówiła, poleciała, pożyczyła.
Nie lubię Włochów, kraju, języka, nie pociąga mnie nic, co włoskie, nie odczuwam przyciągania...
Ale uległam, zabrałam książkę do domu z zamiarem dorzucenia do stosu czekających. Nieopatrznie otworzyłam w tramwaju i zaczęłam... No i nie mogę się oderwać...
Jeszcze jej nie skończyłam, dużo się dzieje, a nie chcę czytać w biegu, pospiesznie, bez zastanowienia. Chcę się podelektować :)
Polecam z premedytacją, mimo, że nie znam zakończenia. Jest NIE-SA-MO-WI-TA !!!

Jest wątek kulinarny, o dziwo, podoba mi się, choć ja wegetarianka i większość potraw nawet na jednorazową degustację się nie łapie. Ale ta forma, ten kunszt i prostota zarazem wstawek kulinarnych - ujmująca.

Jest wątek "włoskości", a właściwie "wenecjości", bezpretensjonalnie pokazane stopniowe uleganie magii Księżnej Wenecji.

Jest wątek miłosno-psychologiczny. Pokazuje miłość spadającą nagle, niespodziewanie, jak grom z nieba, dokonującą rewolucji w życiu dwojga dorosłych dojrzałych samotnych ludzi. Podobają mi się stopniowe przemiany dusz, umysłów, mentalności dwojga ludzi pod swoim wzajemnym wpływem, zaskakujące ich samych. Miłość cuda czyni, zmienia ukształtowane charaktery, wyzwala, uwalnia, oczyszcza, uskrzydla... I udowadnia, że nigdy na nią nie za późno. Bez względu na okoliczności, w których się jej doświadcza, choćby cały świat zgodnym chórem (niczym Huutajat:) wykrzykiwał litanię przeciwwskazań.

Powstała kontynuacja, "Tysiąc dni w Toskanii", na razie poza moim zasięgiem.

czwartek, 17 września 2009

70 lat minęło - Orzeł ucieka z Estonii


No, i czy ktoś o tym jeszcze dziś pamięta oprócz nielicznej garstki ludzi?

Kto nie wie, o co kaman, polecam obejrzenie filmu Leonarda Buczkowskiego z 1958 roku pod tytułem "Orzeł" lub poczytanie sobie w sieci. Albo powieść historyczną Michaela Guntona "Orzeł. Tajemnice okrętu podwodnego". Cała sprawa to jedno z ciekawszych wydarzeń w historii Polski, moim skromnym zdaniem.

Po co o tej ucieczce pamiętać? Ano, bo była mistrzostwem świata i dokonaniem niemożliwego, wraz ze wszystkim co działo się z Orłem po ucieczce.
Nie chcę wiedzieć, kto zabił Kennedy'ego, kiedy będzie koniec świata, gdzie ukryto bursztynowa komnatę.

Ale bardzo bardzo chciałabym wiedzieć, jak na prawdę wyglądało zatopienie okrętu podwodnego ORP Orzeł...

Chwała załodze za ucieczkę, chwała i podziw za wszystko, czego dokonali potem, aż do końca. Należy im się szacunek i wieczna pamięć.



środa, 29 lipca 2009

kukuruza


Na Księżycu wylądowali Amerykanie. W czasie przechadzki pokazują plany: tu będzie budynek mieszkalny, tu budynek do badań naukowych, tu będą laboratoria...

Nagle zza górki wychodzi jakiś człowiek i mówi: niet niet towariszczy, tu budiet wsio kukuruza.


piątek, 10 lipca 2009

trochę sztuki











zdjęcia: xbw

Zdjęcia zrobiłam niespełna rok temu w trakcie jednego z nielicznych spacerów. Interesujące miejsce, nieprawdaż?

czwartek, 9 lipca 2009

You Rock My World


Do zaglądających: miło mi, że wpadacie, chociaż nie piszę...


Czemu nie piszę? Dobre pytanie, czasem tak człowieka nachodzi.
Czy naszłoby mnie tu i teraz, gdyby moja czarno-biała gwiazda muzyki pop nadal świeciła?


Raczej nie, pewnie śledziłabym z zachwytem i podziwem wielki londyński come back, może ponownie wybrałabym się na koncert... I cieszyłabym się życiem w stopniu o wiele większym, niż teraz... Moje serce ostatnio bije w rytm bębnów They don't care about us a ramiona same kołyszą się przy You rock my world. Kiedy idę ulicą, przyłapuję się na nieświadomym nuceniu Heal the world lub Earth song.


Przejdzie? Tylko kiedy...






"Życie ukryte w słowach"


Na biurku leży sterta filmów. Znalazłam w nim perełkę, mój bezcenny Ukasz kiedyś kupił i dorzucił. Wczoraj obejrzałam jeden raz, a dziś drugi. I muszę się tym odkryciem oczywiście podzielić. Film nosi tytuł "Życie ukryte w słowach", wyreżyserowała go nieznana mi wcześniej Isabel Coixet. Jest produkcji hiszpańskiej, ale anglojęzyczny. Producentem filmu jest między innymi Pedro Almodóvar.

Opis akcji nic tu nie da, pozornie nie dzieje się zbyt wiele. Sedno sprawy tkwi w tych nielicznych, z rzadka wypowiadanych słowach. Każda z postaci jest samotna, łącznie z gęsią i krzaczkami bazylii. Samotny jest kosz do gry i samotna platforma wiertnicza. Barwą dominującą jest stal falującego morza, pozostałe kolory są w odcieniach smutno szarych. Nawet helikopter jest czarny. I tak to "coś" narasta aż do kulminacji, jak morska fala która płynie łagodnie, z pozoru leniwie, niespiesznie, aż zamienia się w wielką grozę...

Film ma dedykację, przesłanie, misję pamiętania. Jest WSTRZĄSAJĄCY. Z całą pewnością należy do moich ulubionych, niektóre sceny mogłabym oglądać wielokrotnie, są tak wiele mówiące, że kto wie, ile jeszcze można w nich dostrzec. Jest tu trochę symboli i wieloznaczności. I nie ma większego znaczenia, że występuje tu Tim Robbins, tego filmu nie ogląda się dla aktora.

Gorąco polecam, kino nierozrywkowe, ale wysokich lotów. Uprzedzam, że łzy prawie na pewno każdemu popłyną. I gwarantuję, że każdy znajdzie coś, co go głęboko poruszy...


Życie ukryte w słowach
La vida secreta de las palabras
The Secret Life of Words
Reż. Isabel Coixet
Hiszpania 2005

piątek, 26 czerwca 2009

Michael My Michael



Nic nie zmieni faktu, że Michael Jackson przez wiele lat był moim muzycznym idolem, całkowicie niezależnie od mojej dalszej muzycznej edukacji.


Michael Joseph Jackson
29 sierpnia 1958 - 25 czerwca 2009

Michael


Absolutnie nie pamiętam, jak to się stało, że zostałam jego największą fanką w szkole. Cała podstawówka przynosiła mi Jego plakaty, fotosy, wycinki ze zdjęciami. Michael był wtedy sympatycznym, prawdziwie roześmianym od ucha do ucha ciemnoskórym chłopakiem, z niesamowitym, nawet jak na tę rasę, poczuciem rytmu, ruchu. No i ten jego głos... Jako dziewuszka nastoletnia wprost Michaela UWIELBIAŁAM. Dopiero w zeszłym roku, przy okazji koniecznych porządków ostatecznych, wyrzuciłam zbierane latami plakaty, zostawiając sobie dosłownie kilka najbardziej ulubionych zdjęć. Znałam jego wszystkie piosenki, począwszy od albumu Off The Wall z moja ulubioną "Don't Stop 'til You Get Enough".

A dziś rano dostaję sms-a z kondolencjami, od kolegi jeszcze ze szkoły. Myślałam, że sobie żartuje, albo coś z nim nie tak. Ale po włączeniu tv wszystko stało się jasne :(

Michaela Jacksona już nie ma i nigdy nie będzie. Mimo, że już od wielu lat nie FANatykuję, dziś w pracy ogłosiłam, że mam żałobę. No bo mam. Ten człowiek był przez tyle lat intensywnie obecny w moim życiu, że nijak nie potrafię być teraz obojętna. Jeszcze nie było widać cienia jego wielkiej dorosłej sławy (wszak niezbyt często cudowne dzieci zyskują sławę i uznanie jako dorośli), kiedy dla mnie już był Wielki, Najlepszy, Jedyny. Cały czas postrzegałam Go jako radosnego ciemnoskórego śpiewającego tancerza, perfekcyjnie robiącego to, co kocha, co sprawia mu niesamowitą frajdę. Niezależnie od jego późniejszych metamorfoz. Chciał wyglądać jak piękna kobieta? Nie ma sprawy, widocznie takie miał pragnienie. Miał jakąś swoją wizję pięknego wyglądu i do niej dążył, w pełni akceptuję. Że nie wyszło - cóż, nie nad wszystkim można mieć kontrolę. Plotek, pomówień, niedomówień nie słuchałam raczej, były mało wiarygodne. Coś tam człowiekowi zaczęło się w głowie przestawiać w niewłaściwą stronę, ale jak na jego gigantyczną światową sławę, oszałamiające bogactwo - to i tak zachowywał się umiarkowanie. Zastanawia mnie, czemu na swojej życiowej drodze nie spotkał i nie posłuchał jednej z - w końcu dość licznie po świecie rozsianych - mądrych osób. Chyba jednak sława i kasa otaczają człowieka więziennym murem, tak nieprzeniknionym, że nawet mądrości trudno się przedostać...

Tak sobie myślę cały dzień o moim Michaelu, a do tych myśli dołączają inne myślenio-marzenia ze wszystkich lat życia, o świecie fascynującym, na granicy nieosiągalnego, jakaś ulotna nierzeczywista mgiełka unosi się wokół mnie i dobrze mi w niej, a na szczęście już weekend, więc nie muszę jej przeganiać, mogę się w niej umościć oraz rozgościć, co niniejszym czynię...





czwartek, 4 czerwca 2009

"Das Parfum"


(Die Geschichte eines Mörders) 


niebo przez szybę


Nie mogłam się oprzeć, kiedy za szybą, ot tak, po prostu, przepływały chmury, a to ślizgiem, a to szybkim galopem, ale piękny spektakl, darmowe wejściówki rozwiewał na mieście wiatr. Złapałam aparat. Ależ to widowisko było, ilu aktorów, tyle, że trochę mglistych i zwiewnych, a właściwie to nawet rozwianych, przewianych... A jaka scenografia! Po prostu BOSKA:) I nawet mi nie szkoda, że słońca jak na lekarstwo.

poniedziałek, 1 czerwca 2009

Grenouille człowiekiem pachnący - Patrick Süskind - "Pachnidło"





"Olfaktoryczna cisza w eterze" - to i wiele podobnych sformułowań Süskinda, które zamieścił w "Pachnidle", powaliło mnie na kolana. Nie wiem, czemu z przeczytaniem zwlekałam aż tyle lat, może teraz właśnie czas optymalny nastał, bym zrozumiała i doceniła? Ich weiss nicht... Dosadny, z detalami, opis epoki, styl książki, siedem lat w jaskini, w środku góry, skutek zaspokojenia najpotężniejszego z pragnień, przypadkowość, przeznaczenie, geniusz przemieszany z głębokim odczłowieczeniem, znikomość ludzkiej egzystencji, technologia zapachu - co za zestawienie... Nie dziwi mnie, że Tykwer się wziął i porwał, przez co wzbogacił niepomiernie kilka moich ostatnich dni. Bowiem tuż po przeczytaniu książki, dopełniłam ją sobie filmem, bo film to dopełnienie, nie powielenie...

Zazwyczaj kiedy tuż po przeczytaniu oglądam, odczuwam w jakimś sensie deja vu. Ale nie tym razem. Nie jestem Süskindem, nie przeleję tu moich wrażeń, jakie się od kilku dni kłębią po całej mnie, a jest ich masa, nie mieszczą się we mnie, kipią... Sięgam z powrotem po książkę, wracam do dopiero co przeczytanych fragmentów i raz za razem zachwycam się i znów przeżywam. Chyba pierwszy raz traktuję słowo pisane prozą - jak MUZYKĘ. I, co dziwniejsze, ja je WDYCHAM... I próbuję sobie wyobrazić, jak to jest "lękiem niepewności zwalczać lęk przed pewnością". Jestem pełna współczucia - dla postaci fikcyjnej, dla seryjnego mordercy, który sam sobie zadysponował "godzinę śmieci naszej", nie wymierzając sobie bynajmniej kary.

"Jakiego mnie Panie Boże stworzyłeś, takiego mnie masz"??

Jedno jest pewne, idę kupić perfumy...

sobota, 2 maja 2009

Prêt-à-Porter


Czy zdarzało Wam się włączyć sobie TV na kanale Fashion i tak patrzeć i patrzeć, po prostu, dłużej lub krócej, z coraz większym i większym zaciekawieniem? Jeśli tak, to proszę sobie kiedyś pewnego pięknego razu obejrzeć doskonałe, moim zdaniem, dzieło Altmana
Prêt-à-Porter. Co tu znajdziemy? Ano: altmanowską wielowątkowość, prowadzenie tłumu aktorów równocześnie, dowcip i PIĘKNO, gwiazdy w ilości niemal niepoliczalnej, no i te CIUCHY, harmonię, niesamowitą grację...

Na okrasę przez całą akcję przeplatają się psie gówienka i Marcello Mastroianni...

Jedna scena: w tle zieleń, dużo, park, drzewa, trawa, zielona ławka, na niej śpiący Mastroianni w bezbłędnych czarnych "naj z naj" ciuchach i butach, (zobaczy
ć na żywo i umrzeć:), albo sfotografować i nosić jak relikwię), za ławką idzie parami kondukt pogrzebowy...

Takich uję
ć do zapamiętania na zawsze w filmie masa, mogłabym pisać o nich, dopóki synoczek z kina nie wróci, ale szkoda mi "limitowanego" czasu, wolę obejrzeć następny film, cobym mogła Was do jego obejrzenia choć słówkiem zachęcić:) No i nie chcę Wam, Moi Drodzy Czytelnicy, odbierać przyjemności samodzielnego wyłuskiwania "smaczków":))

Dodam tylko, że
Prêt-à-Porter jest naszpikowany, jak nadziewana kaczka (co za porównanie w ustach wegetarianki) przepysznymi -kąskami, za- i prze- oraz itd.

Nigdy nie widziałam tak niesamowicie pięknej B
rk.

Taniec - balet na wybiegu pojawiający się już pod napisami końcowymi przypominał mi scenę ze Scorsese (Kundun - życie Dalaj Lamy, najpiękniejsza scena tańca jaką widziałam w życiu).

Tak mało na co dzień piękna i harmonii, zwłaszcza HARMONII, ten film może by
ć doskonałym uzupełnieniem NIEDOBORU:) Zalecane nabycie na stałe i systematyczne korzystanie, według potrzeb indywidualnych.

Prêt-à-Porter
Reż. Robert Altman
USA 1994

 

In the Valley of Elah


Jak to czasem się zdarza, zapragnęłam obejrzeć sobie Juno, film o problemach nastolatków w wieku, mniej więcej, mojego syna, jednak w realiach kompletnie innego kraju, tak kompletnie, że miałam wrażenie, że to różnica nie tylko kilometrów ale i wielu wielu lat. Przy okazji potwierdzam, że film warto i chyba trzeba obejrzeć, Oscar za scenariusz :)


W wypożyczalni jako promocja została mi zaproponowana druga dowolnie wybrana płytka i tak oto wybrałam sobie, wstępnie oceniając, że czekają mnie nudy, W Dolinie Elah.

Nie nudziałam się na nim, ani trochę. Obejrzałam sobie instrukcję, jak z normalnego przeciętnego fajnego młodego Amerykanina wyprodukować potwora. To proste. Należy wysłać go na wojnę do Iraku. Rozpieszczony amerykańskim dobrobytem i demokracją koleś leci sobie postrzelać do "złych", kompletnie psychicznie nieprzygotowany na to, jak będzie TAM, na miejscu. "Welcome to the real world" lub, jeśli kto woli, "Welcome to the jungle". To nie jest film antywojenny, to film antywojskowy. Z odwrotnie zawieszoną flagą amerykańską w tle. Z przesłaniem "For children". Po cichutku wstrząsający. Ciekawe jak został odebrany w Stanach...

W Dolinie Elah
(In the Valley of Elah)
Reż. Paul Haggis
USA 2007


czwartek, 16 kwietnia 2009

The Station Agent


Zaległość nadrobiona :))

 
Ciągnęło mnie do tego filmu od miesięcy, ale jakoś tak nie dało się wcześniej, na wszystko widocznie musi nadejść właściwa chwila. I stało się, obejrzałam Dróżnika. Coś tam sobie wyobrażałam, miałam własną projekcję na podstawie opisu. Ale to wszystko już nieważne, nieważne czego się oczekiwało. Ważne co się otrzymało i co się z tego przyswoi.


Chociaż to nie komedia, bawiłam się przednio, pokochałam jedną z głównych bohaterek jak najlepszą przyjaciółkę, Olivia po prostu rozłożyła mnie na łopatki. 


Rola karła Fina grana przez karła aktora Petera Dinklage to odrębna historia, nic o tym nie napiszę, proszę obejrze
ć i ocenić...


Po wyjęciu płytki z napędu (czasem dobrze jest rozpocząć dzień od obejrzenia dobrego filmu :) mam ochotę milczeć, nie odzywać się, nie myśleć, tylko żyć i kontemplować każdą chwilę życia...

 


Dróżnik (The Station Agent)
Reż. Thomas McCarthy
USA 2003

wtorek, 31 marca 2009

poniedziałek, 30 marca 2009

dziwne miejsce pod Poznaniem




 




zdjęcia: xbw

Zdjęcia zrobiłam w Rezerwacie Morasko pod Poznaniam latem 2007 (nie w czasie urlopu czy wakacji a jedynie w czasie - delegacji...). Podobno spadł tam meteoryt, powyżej jeden z siedmiu kraterów powstałych około 5 tysięcy lat temu.


STOJĄCA WODA - ciekawe, prawda?
 (UWAGA - PYTANIE WIELOZNACZNE)


sobota, 7 lutego 2009

langsam langsam aber sicher


Powolutku życie toczy się dalej. Czekamy na coś, co ma się wydarzyć, to coś nadchodzi, dzieje się, przechodzi w niebyt przeszłości, znowu na coś czekamy, und so weiter, und so fort. Z punktu do punktu, od wydarzenia do wydarzenia. W etapach dniowych, tygodniowych, miesięcznych. Czasem czekamy całe lata... Niekiedy, czekając, niewiele potrafimy zdziałać, gdyż jesteśmy jednym wielkim oczekiwaniem. Zatem czekać czy nie czekać, oto je pytanko....


Osobiście skłaniam się ku opcji, by nie czekać.
Czekaniu mówimy stanowcze, zdecydowane NIE :)

Nich da?