De omnibus dubitandum est. Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.

kaleką matematyką obliczamy swoją wartość (Emily Dickinson)

piątek, 26 czerwca 2009

Michael My Michael



Nic nie zmieni faktu, że Michael Jackson przez wiele lat był moim muzycznym idolem, całkowicie niezależnie od mojej dalszej muzycznej edukacji.


Michael Joseph Jackson
29 sierpnia 1958 - 25 czerwca 2009

Michael


Absolutnie nie pamiętam, jak to się stało, że zostałam jego największą fanką w szkole. Cała podstawówka przynosiła mi Jego plakaty, fotosy, wycinki ze zdjęciami. Michael był wtedy sympatycznym, prawdziwie roześmianym od ucha do ucha ciemnoskórym chłopakiem, z niesamowitym, nawet jak na tę rasę, poczuciem rytmu, ruchu. No i ten jego głos... Jako dziewuszka nastoletnia wprost Michaela UWIELBIAŁAM. Dopiero w zeszłym roku, przy okazji koniecznych porządków ostatecznych, wyrzuciłam zbierane latami plakaty, zostawiając sobie dosłownie kilka najbardziej ulubionych zdjęć. Znałam jego wszystkie piosenki, począwszy od albumu Off The Wall z moja ulubioną "Don't Stop 'til You Get Enough".

A dziś rano dostaję sms-a z kondolencjami, od kolegi jeszcze ze szkoły. Myślałam, że sobie żartuje, albo coś z nim nie tak. Ale po włączeniu tv wszystko stało się jasne :(

Michaela Jacksona już nie ma i nigdy nie będzie. Mimo, że już od wielu lat nie FANatykuję, dziś w pracy ogłosiłam, że mam żałobę. No bo mam. Ten człowiek był przez tyle lat intensywnie obecny w moim życiu, że nijak nie potrafię być teraz obojętna. Jeszcze nie było widać cienia jego wielkiej dorosłej sławy (wszak niezbyt często cudowne dzieci zyskują sławę i uznanie jako dorośli), kiedy dla mnie już był Wielki, Najlepszy, Jedyny. Cały czas postrzegałam Go jako radosnego ciemnoskórego śpiewającego tancerza, perfekcyjnie robiącego to, co kocha, co sprawia mu niesamowitą frajdę. Niezależnie od jego późniejszych metamorfoz. Chciał wyglądać jak piękna kobieta? Nie ma sprawy, widocznie takie miał pragnienie. Miał jakąś swoją wizję pięknego wyglądu i do niej dążył, w pełni akceptuję. Że nie wyszło - cóż, nie nad wszystkim można mieć kontrolę. Plotek, pomówień, niedomówień nie słuchałam raczej, były mało wiarygodne. Coś tam człowiekowi zaczęło się w głowie przestawiać w niewłaściwą stronę, ale jak na jego gigantyczną światową sławę, oszałamiające bogactwo - to i tak zachowywał się umiarkowanie. Zastanawia mnie, czemu na swojej życiowej drodze nie spotkał i nie posłuchał jednej z - w końcu dość licznie po świecie rozsianych - mądrych osób. Chyba jednak sława i kasa otaczają człowieka więziennym murem, tak nieprzeniknionym, że nawet mądrości trudno się przedostać...

Tak sobie myślę cały dzień o moim Michaelu, a do tych myśli dołączają inne myślenio-marzenia ze wszystkich lat życia, o świecie fascynującym, na granicy nieosiągalnego, jakaś ulotna nierzeczywista mgiełka unosi się wokół mnie i dobrze mi w niej, a na szczęście już weekend, więc nie muszę jej przeganiać, mogę się w niej umościć oraz rozgościć, co niniejszym czynię...





czwartek, 4 czerwca 2009

"Das Parfum"


(Die Geschichte eines Mörders) 


niebo przez szybę


Nie mogłam się oprzeć, kiedy za szybą, ot tak, po prostu, przepływały chmury, a to ślizgiem, a to szybkim galopem, ale piękny spektakl, darmowe wejściówki rozwiewał na mieście wiatr. Złapałam aparat. Ależ to widowisko było, ilu aktorów, tyle, że trochę mglistych i zwiewnych, a właściwie to nawet rozwianych, przewianych... A jaka scenografia! Po prostu BOSKA:) I nawet mi nie szkoda, że słońca jak na lekarstwo.

poniedziałek, 1 czerwca 2009

Grenouille człowiekiem pachnący - Patrick Süskind - "Pachnidło"





"Olfaktoryczna cisza w eterze" - to i wiele podobnych sformułowań Süskinda, które zamieścił w "Pachnidle", powaliło mnie na kolana. Nie wiem, czemu z przeczytaniem zwlekałam aż tyle lat, może teraz właśnie czas optymalny nastał, bym zrozumiała i doceniła? Ich weiss nicht... Dosadny, z detalami, opis epoki, styl książki, siedem lat w jaskini, w środku góry, skutek zaspokojenia najpotężniejszego z pragnień, przypadkowość, przeznaczenie, geniusz przemieszany z głębokim odczłowieczeniem, znikomość ludzkiej egzystencji, technologia zapachu - co za zestawienie... Nie dziwi mnie, że Tykwer się wziął i porwał, przez co wzbogacił niepomiernie kilka moich ostatnich dni. Bowiem tuż po przeczytaniu książki, dopełniłam ją sobie filmem, bo film to dopełnienie, nie powielenie...

Zazwyczaj kiedy tuż po przeczytaniu oglądam, odczuwam w jakimś sensie deja vu. Ale nie tym razem. Nie jestem Süskindem, nie przeleję tu moich wrażeń, jakie się od kilku dni kłębią po całej mnie, a jest ich masa, nie mieszczą się we mnie, kipią... Sięgam z powrotem po książkę, wracam do dopiero co przeczytanych fragmentów i raz za razem zachwycam się i znów przeżywam. Chyba pierwszy raz traktuję słowo pisane prozą - jak MUZYKĘ. I, co dziwniejsze, ja je WDYCHAM... I próbuję sobie wyobrazić, jak to jest "lękiem niepewności zwalczać lęk przed pewnością". Jestem pełna współczucia - dla postaci fikcyjnej, dla seryjnego mordercy, który sam sobie zadysponował "godzinę śmieci naszej", nie wymierzając sobie bynajmniej kary.

"Jakiego mnie Panie Boże stworzyłeś, takiego mnie masz"??

Jedno jest pewne, idę kupić perfumy...