De omnibus dubitandum est. Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.
kaleką matematyką obliczamy swoją wartość (Emily Dickinson)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rury. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rury. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 9 października 2014
szybko, coraz szybciej
Latka lecą. Przechodzę na emerycki tryb funkcjonowania. Choć mam 45. Nie lubiłam parków, tego sztucznego, pielęgnowanego jak ogród stwora. Gardziłam parkami, wolałam do lasu. Przyłapałam się na coraz radośniejszym wędrowaniu chociażby do takich Łazienek, już bez podskórnego marudzenia, że niby ok, ale co las, to las. A tam po remoncie ładnie, po prostu ładnie, estetycznie, czyściutko, harmonijnie. Tylko ktoś poustawiał jakieś żółte paskudztwa kwietne pod Chopinem, w donicach, chryzantemy chyba. Aż mi skóra cierpnie, kiedy przechodzę obok, brrr.
Dopadła mnie jakiś czas temu niemoc kręgosłupowa, znienacka, czytałam, że to kapryśna choroba. Dobrze, że w domu były przeciwbólowe tabletki i telefon pod ręką. Rwa kulszowa, lumbago, ischias - jak zwał tak zwał, połamało mnie dokumentnie. Kto nie przeżył, ten niech w błogiej nieświadomości pozostanie. Stać nie sposób, siedzieć nie sposób, chodzić czasem po ścianach trochę można powyginanym w esy-floresy, ba, ale jak wstać. Leżenie jedynie w bezruchu, ewentualnie można poruszać kończynami. A w chałupie tylko ja i paprotka. Dobrze, że miałam akurat co jeść. Wędrówka do kuchni czy łazienki mierzona w kwadransach. Chyba trzeciego dnia zrobiłam sobie rano herbatę i zostawiłam w kuchni nieopatrznie, usiadłam na chwilę i po herbatę wróciłam po trzech godzinach, no miodzio doświadczenie, kiedy pierwszy łyk picia prawie w południe. Po kilku dniach puka sąsiadka i pyta, czy mogę jej kupić bułki. No to poszłam, udało się, sobie też zaopatrzenie przyniosłam. I znowu mogłam pochorować. Szkoda, że czytanie prawie niemożliwe, w każdym razie utrudnione, każda książka za ciężka. Ale przeżyłam i dziesięć dni później byłam nawet na całonocnej imprezce. Synoczek przyjechał na krótko, pierwszy urlop, poznałam go po okularach, wszak minęło od jego wyprowadzki siedem miesięcy.
Zdarzyło mi się jechać autobusem, w kiosku pani przed nosem zaciągnęła żaluzje, w sklepach okolicznych nie ma biletów. Wsiadłam bez, bo czas naglił, w portfelu zł 2 i zł 20 w papierku. Bilet 4,40. Kierowca mnie pogonił, automat 20 w papierku nie łyknie. Patrzę litościwie po ludziach, ktoś rozmienił na 2 po 10 a ja dalej bez biletu. W końcu anioł w ludzkiej postaci (no jak często się zdarza?) mówi, że mogę jechać jako opieka tej ludzkiej postaci, bo jej (kobieta) przysługuje opiekun za free, a jedzie sama. No to się "zaopiekowałam" ;) Gadałyśmy całą drogę a przy wysiadaniu jeszcze raz aniołce serdecznie podziękowałam. Wróciłam na piechotkę, taka piękna pogoda była, że przejście per pedes z dzielnicy do dzielnicy nie wydawało się szaleństwem. Kręgosłup nawet nie pisnął. Przypomniał mi się Chodzący Herzog, Werner Herzog, który potrafi miesiącami wędrować na własnych nogach. Może zacznę go wreszcie słuchać i też zacznę chodzić, więcej i częściej. Lubię chodzić. Przeraża mnie szerząca się moda na bieganie. Też kiedyś biegałam, sama dla siebie, dla przyjemności, przeważnie o zachodzie słońca, już od czasów ogólniaka. Ostatni raz chyba z dziesięć lat temu umówiłam się na bieganie po Lasku Bielańskim z bardzo wysportowaną koleżanką. Dałam radę! Ale teraz mnie od biegania odrzuca, po cichu marzę tylko o biegówkach. Ale chodzenie zamierzam uskuteczniać, do oporu. Szkoda, że wokół tyle spalin, ludzkość jak zwykle skupia się nie na tym, co najważniejsze. A przecież wyeliminowanie smrodu z rury to nic takiego, trzeba tylko zacząć proces przejścia od świata w toksycznym smrodzie do świata ze świeżym powietrzem. Najpierw chcieć, potem zaplanować, na koniec wdrożyć, stopniowo. I już. Prawda, że proste?
Postanowiłam nie umrzeć przed setką. Nie zrobię tego mojemu synowi. Denerwuje mnie to, że jestem sierotą, od 22 lat pół i od 2 pełną sierotą. Wolałabym nie być. Móc zadzwonić do rodzica, obojętnie którego, pojechać czasem do domu. Dziś przechodził koło mnie na ulicy jakiś dorosły facet w garniturku i rozmawiał z mamą, a ja mu zazdrościłam. Taki los późno urodzonych dzieci.
Znów oglądam filmy, po raz pierwszy w życiu mam ochotę obejrzeć zaległości w temacie kino polskie. Już zaczęłam. Oglądam też taką jedną telenowelę meksykańską po portugalsku, zajmujące, polecam. Czytam namiętnie Makuszyńskiego. Może na blogu zrobi się bardziej filmowo, ale nadal książkowo.
A póki co znów mam w domu jesień średniowiecza, znowu robotnicy, rury, kaloryfery, zawory, stuki, kurze, hałasy, piłowania. Znów mi przyjdzie zespół stresu pourazowego neutralizować całymi tygodniami, choć może spróbuję szybciej się uporać, tym razem. Panowie tankują w przerwach między cięciem rur, a może tną w przerwach między tankowaniami. I nie mogę ich po prostu nie wpuścić, bo oni muszą zrobić swoje w całym budynku. Dam Wam radę, omijajcie stare budownictwo. Co z tego, że cegła i fajne grube mury.
W Lidze Mistrzyń Medyk dwa do przodu ze Szkotkami z Galsgow :) Ale F1 to będę się teraz bała oglądać. W sobotę bitwa na Narodowym, we wtorek następna. Co to będzie, co to będzie. See You Later Alligator.
poniedziałek, 7 stycznia 2013
dobrze że się skończył
Czekałam na symboliczny koniec tego paskudnego w sumie 2012. To, że był to rok grasowania moli spożywczych, remontów i klepania biedy, to jeszcze nie najgorsze. Zostałam "wypchnięta do pierwszego szeregu", jak to określił mankellowski Wallander po śmieci swojego ojca.
2012 to niekończąca się, miałam wrażenie, wymiana rur, zakłócająca mir domowy na wszelkie możliwe sposoby. Po krótkiej przerwie powymianowe łatanie łazienki. Znów "pan od brudnej łazienkowej roboty" chciał zaanektować mi całe mieszkanie, wymyślił sobie, że popracuje sobie na balkonie, ale aktywowałam maksimum asertywności i pola ustąpiłam tylko na powierzchni łazienki i przedpokoju.
A i tak to był, okazało się, pikuś, nadciągała zawieruch remontu budynku z zewnątrz, ocieplania, wymiany balkonów. Ciemności egipskie, rusztowania zasłonięte siatką. Miałam prywatną "jaskinię Platona". Widziałam cienie poruszające się po przeciwległej ścianie. Słyszałam dzikie odgłosy, jakby ludzi pierwotnych, a to robotnicy byli. Rozróżniałam przekleństwa. Widziałam same stopy chodzące po górnym rusztowaniu lub ich cienie. Łopotały fragmenty osłaniającej siatki, za oknem i na cieniu. Ziemia się trzęsła, kiedy panowie "wskakiwali" z fantazją w kilku z rusztowania na balkon, robili to nieustannie. Czasem jednak "mężczyźni na balkonie" skradali się, a że zimno chwytało powoli, naciągali kaptury. Kilka razy przechadzałam się, zadowolona, że akurat pięć minut spokoju, na ułamek sekundy odwracam się i widzę NAGLE ciemną zakapturzoną postać, wyglądającą jak uosobienie złych mocy z horrorów. Dowiedziałam się, jak to jest być doprowadzonym do ostateczności.
Zulus. Mieszka nade mną. Wali piętami w goły parkiet, aż się budynek trzęsie. Energiczny. Czasem mam wrażenie, że rzuca meblami. A może to tylko jego kot się bawi.
Podróże 2012 ograniczyły się do dwóch wyjazdów na pogrzeby.
Koncerty 2012 - nieliczne, nie było zbyt wiele "muzyczno - chemicznego" wspomożenia organizmu muzyką na żywo. Dzięki znajomym "zaliczyłam" jedynie trzy koncerty tegorocznego ChiJE, bardzo jestem wdzięczna i za to. Może w 2013 nadrobię niedobory.
Czytelnictwo 2012 - w ciemnościach i z "człowiekiem pracującym" w kuchni, łazience lub z drugiej strony parapetu także nie było zabawne ani treściwe, zwłaszcza kiedy kurz i hałas wiertarek i kucia tynków zatykały zmysły i drażniły absolutnie cały system nerwowy.
Jedzonko 2012 - zaczęło się od tego, że po odkryciu moli spożywczych wyrzuciłam wszytko co jadalne, oprócz ziemniaków, wszelkie ryże, kasze, makarony, mąki, ziarna, przyprawy (skurczybyki zalęgły się nawet w słoiczku z liśćmi laurowymi). Niewiele pomogło, siedziały nawet wewnątrz otwieracza do puszek, w pudełeczkach z zapałkami i w zeszytach z przepisami. Cały rok pod znakiem jabłek, kartofelków, soli i cukru w kostkach. Ostatniego mola odnotowałam w listopadzie i dopiero kilka dni temu nabyłam pierwsze opakowanie ryżu i zestaw przypraw, na razie cisza, ale pozostaję nieufna i ostrożna.
Ale cnotę cierpliwości za to wyćwiczyłam niemal do granic, nerwy już są na bardzo krótkich postronkach i cieszę się, że potrafiłam ten istny zalew doświadczeń jako tako, na ile się dało, przełożyć na pozytywy, na wypracowanie własnych metod radzenia sobie w "ekstremalnej codzienności". Parę razy byłam blisko doświadczenia syndromu pourazowego jak uczestnicy działań wojennych.
Po świętach sąsiedzi zza ściany rozpoczęli remont mieszkania, już "zaliczyliśmy" pierwsze wiercenia wiertarką. Czego Wam absolutnie nie życzę.
piątek, 20 lipca 2012
RRRemont
Środek lata. Trochę korzystam, ale zdecydowanie za mało. Kolejne dwa dni wyjęte z życiorysu. Fachowiec wparował rano na godzinkę dwie, machnął pędzlem, zrobił fugi, przykleił lustro i ulotnił się. Farba schła. Późnym popołudniem machnął pędzlem po raz drugi, zwinął się i tyle go widziałam, na szczęście. Wyjeżdża ulepszać życie naszym zachodnim sąsiadom. Kafelki wyglądają niepięknie, ale jak mają wyglądać łatania po wymianie rur. Na szczęście lustro zasłania. Ważne, że już po wszystkim. Łazienka jak ciałko z blizną po operacji, grunt, że pacjent żyje i w zdrowiu pozostaje. To nie je wszechno, niestety, remonty trwać będą wokół mnie jeszcze czas jakiś, pewnie jakąś odyseję remontową mogłabym wysmażyć.
Remonty przeprowadza się cały czas w sposób mało cywilizowany. Czemu, by wymienić rury, trzeba ludziom demolować mieszkania? I czemu muszą oni w nich w czasie remontu pozostawać? A zwłaszcza jeśli mieszkanko jest malutkie, całkiem otwarte i wypełnione dużą ilością rzeczy nieukrytych. Jeśli miarą cywilizacji byłby sposób przeprowadzania remontów, to jesteśmy w prehistorii.
Idę do sklepu po płyn do czyszczenia.
środa, 18 lipca 2012
post post rurum
Sajgon tak zwany. Znowu. Wparował dziś polski fachowiec, łatać łazienkę po zapomnianej już trochę wymianie rur. Z kafelkami, z wiaderkami, z ustrojstwami, z "błotkiem", wparował mi na środek salonu i rzeczone postawił wprost na parkiet. Centymetr od mojej sukienki. Tak bardzo mnie zatkało, że chwil kilka minęło, zanim zareagowałam. Fachowiec oznajmił, że nie wziął sprzętu do przycinania kafelków, bo nie wiedział, że może być potrzebny. I zapytał, czy może przycinać na balkonie. Coś chyba zaczęło być po mnie widać, bo fachowiec o panice czy histerii żartem napomknął. Ja półżartem odparłam, że histeria to nic w porównaniu ze stanem w jakim się za chwilę znajdę, jeśli nie zniknie z pokoju i nie zapomni o balkonie. Powoli, od słowa do słowa, ustaliliśmy, o co nam w ogóle chodzi, zajęło trochę czasu zdefiniowanie niektórych słów, ale potem już gładko. Fachowiec pojechał po resztę potrzebnych przedmiotów, ja wyłożyłam w tym czasie milionem gazet okolice łazienki, bo fachowiec żadnych zabezpieczeń ze sobą nie miał, przepchnęłam przedmioty fachowca do przedpokoju i zamknęłam drzwi. Umyłam parkiet po "przelocie" fachowca. Tym sposobem będę miała tylko przedpokój i łazienkę do wyczyszczenia, ale jutro, kiedy fachowiec skończy dzieło. Znów nie mam umywalki, ale tylko do jutra. Białe od kurzu ściany będę myła mniej więcej o tej porze, jutro, akurat zdążę przed meczem.
wtorek, 8 maja 2012
post rurum :)
"Bez sił, bez ducha, to szkieletów ludy"... - to ja po zakończonej wymianie rur. Serce mi się ostało, thank you very much. Dłonie spuchnięte, bolące opuszki palców nawet. Ale dziś już prawie odreagowałam to nagłe wyrwanie z ciągu czytelniczego. Wraz z ostatnim robotnikiem opuszczającym progi zajmowanego aktualnie lokalu mieszkalnego popadłam w euforię graniczącą z ekstazą. To już KONIEC.
Wracam do czytania o perypetiach Wallandera, to dziś. Jutro znów przerwa w uskutecznianiu czytelnictwa, w Dublinie rozpoczyna się drugi etap przesłuchań w ramach Dublin International Piano Competition, będę wisiała na słuchawkach on-line ile się uda. Czego i Wam życzę.
piątek, 27 kwietnia 2012
masakra powymianowa
Tydzień po kostki w kurzu i myślicie, że będzie tego? Ależ skąd. Do wieczora czekałam na uroczych panów w roboczych strojach, mieli wpaść na dwie minuty zawiesić szafkę gigant kuchenną. No niestety, nie zdążyli. Odpoczywali, weekend majowy, wiosna na całego, cieplutko, słoneczko, gdzież im o mojej skromnej osobie pamiętać. Obiecali, tak, pamiętają, tak, zaraz przyjdą, tak zawołają kogo trzeba. Szafka paraliżuje wszelki ruch w mieszkaniu, łóżka nie da się rozłożyć, kroku porządnego zrobić, nie mówiąc o posprzątaniu tego całego uroczego bajzelku. Umywalka dla towarzystwa szafce też się gdzieś pałęta, tyle fatygi przecież z jej podłączeniem, po co przed długim weekendem, kiedy można potem, za kilka dni. Niech żyje polski fachowiec, wznieść mu pomnik.
PS. Jeden z panów godny pochwały, NORMALNY, życzliwy, pracowity, zrobił w try miga swoją robotę i więcej, nie jęczał, nie migał się, machnął w minutę to o co go poprosiłam dodatkowo (trzy różne prośby) i nie dopraszał się o "na piwo". Wyjątek potwierdza regułę, stanowczo.
czwartek, 26 kwietnia 2012
rury nowe hura
Nadejszła chwila, wymieniają rury. Totalny kataklizm. Zwłaszcza w malutkim mieszkanku zapakowanym po sufit. Przemieszczanie szafek i gratów na tak ograniczonej przestrzeni do najprzyjemniejszych czynności nie należy. Demolka kuchni (otwartej na resztę mieszkania), dziura od podłogi do sufitu na samym środku. Kilkumetrowa szafka kuchenna, solidna, wielka, ciężka, stoi w centrum pokoju eliminując resztki wolnej przestrzeni. Dzień pierwszy - od rana nie ma wody w kuchni, bez uprzedzenia. Dzień drugi - kucie dziury w ścianie kuchni, zmiana rur. Dzień trzeci - zamurowywanie dziury w kuchni, brak wody w łazience. Dzień czwarty - malowanie kuchni, całkowity brak łazienki od 7 rano, niemożność załatwienia potrzeb fizjologicznych. Itd., itp. Łomot kolosalny. Kują u góry, u dołu, u sąsiadów z jednej strony, u sąsiadów z drugiej strony. Kurz, pył, wszystko siwe. Poprzykrywane niby, ale pyłek się wszędy przedostanie. Litości zmiłowania. Otwieram drzwi na balkon, przeciąg, nie da rady. Gorąco, pot się leje. Idę na balkon. A co tak będę stała, okna umyję. No i myję wszyściutkie co do jednego. Wszystko mnie boli. Nogi się uginają, ręce mdleją. Zaczynam się przyzwyczajać. Ganiam w te i nazad między kuchnią i łazienką nosząc wodę w zależności od tego gdzie leci a gdzie nie. Odżywiamy się kefirem, serkami homo i pizzą. Tylko budziki nastawić rano, obudzić się na czas, nie robić cyrku otwierając zaspana w kusej koszulce panom robotnikom. Tylko dwa razy otwierałam w koszulce, no TYLKO. Gigant szafka z kuchni, niezdejmowana chyba od chwili zbudowania domu i wprowadzki pierwszego lokatora okazuje się być poręczną półeczką na wszystko. Lustro łazienkowe przyklejone kiedyś przez jakąś nadzwyczaj ciężko myślącą osobę do kafelków, już opłakane i pożegnane (ale co z tymi siedmioma latami nieszczęścia?) cudownie ocalone przez robotników, którzy nie olali, przyłożyli się i odkleili w całości. Kibelka brak, okres przejściowy, stary już wyniesiony, nowego jeszcze nie ma. Trzeba zahibernować fizjologię albo najechać łazienkę sąsiadów. Kiedy wybierałam się wieczorem myć głowę w zlewie kuchennym przypadkowo odkryłam, że pojawiła się woda w łazience. Dawno nie cieszyłam się aż tak bardzo z faktu możliwości użycia ciepłej wody w wannie.
Home is my castle? Brutalnie naruszono mir domowy. Ale przeżyję, co mam nie przeżyć. Mam nerwy w o wiele lepszym stanie niż przypuszczałam :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)