De omnibus dubitandum est. Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.

kaleką matematyką obliczamy swoją wartość (Emily Dickinson)

sobota, 30 stycznia 2010

Basquiat


Kilkakrotnie już oglądałam o nim film, ale dopiero teraz (hm, no tak) oświeciło mnie, że nie wiem, jak naprawdę wyglądał i nie widziałam jeszcze żadnego jego dzieła (filmowe obrazy nie były autorstwa Basquiata, rodzina nie wyraziła zgody).

Co do filmu, to chociaż amerykański, powstał w oparciu o książkę Lecha Majewskiego (Basquiat - nowojorska opowieść filmowa). Chętnie przeczytałabym, ale nie wiem jak zdobyć. Film do wielokrotnego użycia, dobrze zrobiony, rewelacyjnie zagrany, odtwórca roli Samo, Jeffrey Wright - genialny, kilka scen zapada w pamięć na zawsze. Reżyserem jest facet, który równocześnie maluje i rzeźbi, ideał :) Jako przyprawę dodam, że w filmie występują: Benicio Del Toro, Gary Oldman, Dennis Hopper, Christopher Walken, Willem Dafoe, a w roli Andy'ego Warhola David Bowie. Muzyka - nadal ją słyszę, choć film oglądany jakiś czas temu.


Szkoda, że Jean-Michel nie mógł tego filmu obejrzeć, byłby nim najprawdopodobniej zachwycony.



 
Jean-Michel Basquiat 1960-1988




 


 


Basquiat - taniec ze śmiercią
Reż. Julian Schnabel
USA 1996



środa, 27 stycznia 2010

zwykła środa


Wg tego co mówią i piszą powinnam odczuwać dziś ból głowy. I odczuwam, ale chyba z innego powodu, niż powinnam. Ból głowy moim zdaniem jest skutkiem ubocznym intensywnego siwienia włosów na mojej głowie. A siwieją z powodu mojego "dorosłego" nastolatka w jakimś ekspresowym tempie. Zrobił sobie ferie na tydzień przed oficjalnymi. Między innymi. Ma to swoje dobre strony, bo już od rana słuchamy sobie "Moving Pictures" Rush, któren to krążek od kilku dni za sprawą "dorastającego" się na półce pojawił. Nie powiem, posiadanie syna miewa też swoje dobre strony ;) Tylko dlaczego ostatnio tak rzadko...

Co do ekspresowego tempa, to odwiedziłam wczoraj sklep z dodatkiem "ekspres" w nazwie w celu nabycia herbaty, niestety nie angielskiej. Pan przy kasie pracował w kilkakrotnie zwolnionym tempie nie zważając nic a nic na kolejki biegnące niemal przez całą długość sklepu. W sumie to nawet go podziwiałam, stoicy mogliby czerpać z niego inspirację. Jego prawo, jego tempo, też mam podobnie, dosyć się w życiu nabiegałam na przyspieszonych obrotach. Tyle tylko że zaszwankowało coś w dopasowaniu pana i miejsca w którym pracuje. Desperacja.

Po Chińczyku, którego czytałam z globusem pod ręką nabyłam zwyczaju czytania wszystkiego z mapą. A także oglądania filmów z mapą. W jednym z moich ulubionych seriali angielskich padła nazwa Newcastle. Włączył mi się od razu mechanizm, mapa, wspomnienia, byłam, tzn. przejeżdżałam przez, pociągiem, robiłam zdjęcia, ach jo!

Aktualnie, żeby nie powiedzieć "obecnie" (to przez ten kontakt z urzędami, sorry) przemierzam Long Island, niestety palcem po mapie. Jest tam teraz moja koleżanka, ale ja nie mam wizy i marne szanse na otrzymanie, więc nie robię nawet podejścia. Książka na tapecie: Złote Wybrzeże (The Gold Coast) Nelsona DeMille'a - rewelacja!!!

Pewna pani w muzeum poleciała na Picassa, dosłownie. Się potknęła i zerwała płótno, które teraz w reperacji. Nic trwałego na świecie...



 

Pablo Picasso - Aktor



poniedziałek, 25 stycznia 2010

zrozumienie ;)


  ON:
Przestań mnie przekonywać, że mnie rozumiesz, dobrze?
Bo nie rozumiesz!
Ja nie jestem taki sam jak wszyscy dookoła!
Moje problemy są wyjątkowe!
Nikt nie jest w stanie sobie wyobrazić tego, co czuję!

  ONA:
Każdemu tak się czasami wydaje!

  ON:  
Ty nie tylko mnie nie rozumiesz, ale nie rozumiesz też tego, że mnie nie rozumiesz!




żarcik rysunkowy znaleziony w jakiejś gazecie, strasznie dawno, jeśli kiedyś dorwę skaner, to dołączę wizję

środa, 20 stycznia 2010

codzienność


Trzeci czy czwarty dzień z kolei usiłuję dokończyć czytanie Chińczyka Mankella. Liczyłam na porządny szwedzki kryminał, a tu niespodzianka. Brnę przez współczesną zmuszającą do myślenia powieść. Wydeptuję mimowolnie niezliczone ścieżki myślowe, przemierzam kulę ziemską wraz z bohaterką. Byłam w Pekinie, gdzie Szwedka marzła niczym ja w Szkocji ( :) ), w Zimbabwe, Mozambiku, Londynie, Kopenhadze... O ludzie, ależ mnie po świecie przeciągnęło, co prawda, nie dosłownie, ale mam tak bujną wyobraźnię, że prawie. Zostało mi pięć stron do końca. Polecam, warto.

Co poza Chińczykiem? Ciepłe posiłki i obiadki domowe. Wojna wypowiedziana stojącym wszędzie kartonom, to już półtora roku, może się jednak coś da z tym zrobić, jakimś cudem... A, i Ukasz oznajmił, że rzuca szkołę, jak skończy 18 lat. Codzienność.

Pierwszy raz w życiu widziałam, u koleżanki, jamnika, który przykrywał się na noc kołderką. Otulony i śpiący wyglądał jak z bajki dla dzieci, w której zwierzęta maja ludzkie cechy. Szkoda, że nie zrobiłam mu zdjęcia. U koleżanki też zobaczyłam, jak wygląda nastolatek uśmiechnięty i zadowolony z życia, byłam w szoku. Ja mam teraz w domu okres burzy i naporu. Jest ciężko. Myślę, że się jakoś w bólach ułoży, ale jeszcze muszę to jakoś PRZETRWAĆ.

Kilka spraw URZĘDOWYCH, które usiłuję jakoś zamknąć, mimo mojej niespotykanej alergii na urzędy i urzędników, dopełniają słodkiego obrazka kobiety chwilowo niepracującej.

Od początku roku zabieram się do rozebrania choinki, ale ta, jak zaczarowana, zahibernowana, zmutowana, zmodyfikowana - NIE SYPIE SIĘ. Niepojęte. Tym bardziej, że w zeszłym roku w tym samym miejscu i czasie, w takich samych warunkach ostał się sam suchy badyl.

A może by tak do Haiti wyjechać?

sobota, 9 stycznia 2010

jagodowe noce






Wkurzyłam się, niby to ten sam klimat, co zawsze, ale zupełnie co innego. Nie mogłam się przestawić i już. Nie pasowało. Nie grało. Zgrzyt, rozdwojenie. Co tam robi Norah Jones z jej hinduskimi rysami twarzy? Jude Law u Kar Waia? No NIE !!! Gdzie azjatyckość, gdzie skośne oczy aktorów. Rozczarowana nie mogłam się pozbierać do końca filmu...

A potem, reakcja opóźniona, ŁU BU DU. "Cała jaskrawość' na mnie spłynęła, olśniło mnie i zachwyciło, trybiki w mózgu zaskoczyły, zwrotnice przestawione. Zaadaptowałam, przyswoiłam, przemeblowałam sobie w główce, proces powolny. Ale skutecznie. Piękno całości się w końcu do mnie przedostało, przebiło. I zalało mnie :))) Siła i skuteczność artysty. Wong Kar Wai Wielki. Teraz już wiem, że jeśli poleci w kosmos, znajdzie jakąś uroczą planetę i zatrudni do filmu kosmitów, którzy będą porozumiewali się czymś na kształt alfabetu Morse'a, to i tak film będzie piękny i z pewnością kiedyś, może nie od razu, spodoba mi się i zachwyci.

Gdybym nie znalazła żadnego więcej powodu do zadowolenia, to zawsze pozostaje ten, że Wong Kar Wai istnieje i tworzy kolejne filmy.






Jagodowa miłość
(My Blueberry Nights)
reż. Wong Kar Wai
Chiny, Francja, Hongkong 2007

czwartek, 7 stycznia 2010

trochę Yorku


Powolutku odważam się zaglądać do zasobów fotograficznych, tyle tego, ilościowo i emocjonalnie, aż pojawia się drżenie i miliony haczyków powbijanych w ciało - linki ciągną, aż boli. Co zrobić...


zdjęcia: xbw

niedziela, 3 stycznia 2010

tęsknię...



 


Brakuje mi tego kraju, obu tych krajów. Kiedy w TV wyświetlali film Tara Road (zdjęcia kręcone między innymi w Dublinie), kiedy zobaczyłam Grafton Street, to serducho o mało mi do telewizora nie wskoczyło chcąc zapewne dołączyć do tej swojej cząstki, jaką TAM nieświadomie zostawiło. Aż strach gdzieś jeszcze jechać , skoro wszędzie się kawałek siebie zostawia i potem jakieś tajemnicze przyciąganie bezlitośnie ciągnie z powrotem...

Jak bardzo chcę znowu pojeździć "pod prąd", popatrzeć na czerwone budki telefoniczne, witać się słowami "hałaja" :) itp. itd.

Na zdjęciu powyżej - zwykła szkocka uliczka jakich wiele, poniżej ogród zimowy w Aberdeen. Auuuuu!!!



 

zdjęcia: xbw