De omnibus dubitandum est. Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.

kaleką matematyką obliczamy swoją wartość (Emily Dickinson)

Comic Con 2017

Comic Con 2017
24-26.11.2017

katalog filmów online

15 WJFF 2017

wtorek, 31 grudnia 2013

"Zwyczajny facet"





W "Zwyczajnym facecie" polski bezrobotny stoczniowiec wyjeżdża za pracą do Finlandii, do Turku. Jakżebym mogła nie przeczytać :) Przystąpiłam więc do tej lektury dla mnie obowiązkowej z mieszanymi uczuciami, bez większych i wyższych oczekiwań. I chyba się trochę zdziwiłam, bo czytało się bez poważnych zahaczeń, płynnie i przylepnie, przytulnie. Książka wciąga od początku klimacikiem mazurskiego pensjonatu, aż chce się na te Mazury już natychmiast jechać. Głównego bohatera, Wieśka, lubimy od początku, współczujemy mu żony - hetery, która potrafi zatruć mu życie "w białych rękawiczkach" ale i wprost, wrzaskiem, awanturami, szpilami, bo już nawet nie szpileczkami. Dobrze, że Kalicińska opisała ten typ "rzadkiej małpy", niestety, wcale nie takiej rzadkiej. Ludzie potrafią, niestety, być mistrzami w dopiekaniu sobie słowem, niezależnie od płci. Z tej akurat umiejętności moglibyśmy nie korzystać.

O Finlndii, jak dla mnie, stanowczo za mało. Tylko trochę o wyspie Muminków, kilka fińskich słów i ciut o potrawach. No i że ciemno i zimno. Mimo tego poważnego BRAKU ;) "Zwyczajnego faceta" szczerze polecam, książka potrzebna.


Małgorzata Kalicińska
"Zwyczajny facet"
rok wydania: 2010

"ja też nie mogę tego pojąć"


      "- Patrz, Wiesiek, ja tego skumać nie mogę i cholery dostaję, dlaczego stocznie upadły?! Przemysł stoczniowy pada? Gówno prawda! Na całym świecie się buduje i buduje. Czemu tacy ludzie jak ty muszą wypierdalać z kraju i służyć innym?
       - Nie zaczynaj, bo ci żyłka pęknie - odpowiadam spokojnie. - Ja też nie mogę tego pojąć, ale co poradzisz?
       - Dla mnie to sabotaż jest! - Rysiek patrzy na mnie poważny i zły. - Powtarzam ci, sabotaż! Każde państwo, co ma morski brzeg, buduje porty, statki, a my, kurwa, upierdoliliśmy nasze! Bo się nie opłacało, bo zostały popełnione błędy w zarządzaniu. To znaczy, że ktoś je chciał popełnić, że komuś oddano pod zarząd nasze, rozumiesz - nasze! - porty, stocznie, i ci ludzie zawiedli na całej linii. To pod sąd ich! To innym, nawet takim Wietnamcom, Chinolom, się opłaca i budują stocznie tam, gdzie wczoraj rósł ryż, a my upieprzamy to, co mamy już gotowe, co działa, i... tego, no... wiesz, i zaraz się okaże, że jakiemuś maharadży to się będzie opłacało... Kurwa, no! - zapowietrzył się, zezłościł. I nagle mu przeszło."


Małgorzata Kalicińska "Zwykły facet", str. 119-120

Przepraszam za złamanie netykiety, ale cytowałam, wybaczcie.


piątek, 27 grudnia 2013

sylwestrowe wspomnienie


Lat temu ponad dwadzieścia, Czechosłowacja. Za znajomymi znajomych wybrałam się do Pragi na ekumeniczne spotkania młodych w ramach Wspólnoty Taizé. Moja reakcja na Hradczany, Teatr Narodowy, Stary Rynek, Plac Wacława, Złotą Uliczkę, Daliborkę, Most Karola i przede wszystkim KATEDRALĘ była niezwykła. Zaczęłam, chodząc po ulicy, śpiewać po francusku, nieznane dziwne melodie, otwierałam usta a muzyka i słowa "brały się skądś", piękne, ciągle nowe. Francuskiego nie uczyłam się nigdy i słowa były jedynie francuskopodobne, ale płynęły nieprzerwanie dosyć długo. Sporo godzin spędzałam na samotnym włóczeniu się po mieście, jeżdżeniu metrem (ukončete prosím výstup a nástup, dveře se zavírají), patrzeniu, wchłanianiu i zapamiętywaniu. Natknęłam się na wystawę fotograficzną Josefa Koudelki! Kupiłam dwa jego albumy i plakat, mam do dziś.


Jeśli chodzi o modły, to najmilej wspominam siedzenie na podłodze w wielkim namiocie na Letnej i śpiewanie kanonów w tylu językach, ile grup z różnych krajów pod dachem :) Dostaliśmy teksty w kilku podstawowych językach, skorzystałam i śpiewałam po trochu w każdym ;) Wszyscy ludzie wokół byli mili, uprzejmi, serdeczni, niezwykłe w tak wielkim tłumie. Mieszkałam w jakimś bloku u rodziny, z nieznanymi wcześniej dziewczynami, chodziliśmy na obiady do jeszcze innej rodziny. Trochę biedna byłam z moim wegetarianizmem. "Gospodyni" kolegów zaskoczyła mnie, gotując specjalnie i tylko dla mnie zupę bez mięsa. Podrzucała mi też owoce. Wszyscy w biedną vege pakowali ciasto, "skoro nic innego nie możesz", wchłonęłam przez te kilka dni ilość nieprzyzwoitą :) Na Sylwestra wylądowaliśmy u jeszcze innej rodziny, piliśmy szampana i z balkonu oglądali imponujący pokaz sztucznych ogni, jak na zakończenie wojny światowej! Wtedy to była dla mnie kompletna nowość. Potem przemieszczenie na potańcówkę do jakiejś szkoły. Towarzystwo szalało, a ja przyglądałam się i wcinałam surówkę. Do rana przekimałam na szkolnych krzesłach i bladym świtem wybrałam się na noworoczną poranną mszę, w jakichś podziemnych garażach. Jako, że byłam w nielicznym gronie jedyną Polką, brałam czynny udział czytając przez mikrofon wszystkie teksty po polsku :)

Zostały zdjęcia, pocztówki i ciepłe wspomnienia, schemat praskiego metra, no i teraz post na blogu. I niepowstrzymany pociąg do Pragi.



"Muñeca brava"


Dobra telenowela od czasu do czasu zła nie jest ;) Uradowałam się niezmiernie z faktu powtórki "Zbuntowanego anioła" (Muñeca brava) w tv (Puls). Nie obejrzałam tej dłużyzny (270 odcinków) nigdy w całości, znam ją jedynie z kilku, może kilkunastu odcinków.

Rolę główną gra Natalia Oreiro urodzona w Urugwaju, partneruje jej Facundo Arana, Argentyńczyk. Coś Wam się nie zgadza? Dlaczego? Dlaczego Wasza xbw ogląda argentyńską telenowelę? Bo dobra jest, śmieszna, ciekawa, wciągająca, romantyczna (ach! :). Natalia jest rozbrajająca, Facundo powalający, muzyczka bardzo dobrze dobrana, główne źródło to ścieżka dźwiękowa z mojej ukochanej "Nikity" Luca Bessona (autorem Éric Serra). Chyba wszyscy bohaterowie, dają się bardziej lub mniej lubić, złe postępki są równoważone (przeważnie). Szprycha Andrea, zwana Żyrafą (ale dłużyca!), próbuje związać się z Ivo (Facundo Arana), który zakochał się w Milagros zwanej Cholito (Natalia Oreiro), z wzajemnością, choć oboje za nic nie chcą się przyznać do uczucia, gdyż On jest paniczem a Ona służącą w jego domu. Bardzo często się całują! Są oczywiście nieślubne dzieci, notoryczne ukrywanie prawdy i mnóstwo zabawnych pomyłek. A wszystko to w języku hiszpańskim, bardzo lubianym przez moje uszy.

Akcja rozgrywa się głownie w posiadłości rodziny Di Carlo - Rapallo - "La Soledad". Kierowca Rocky zwany Morganem może przyprawić o turlanie się ze śmiechu po dywanie, niezależnie od sceny w której bierze udział. Ogrodnik przypomina Pinokia ze Shreka. Babcia Angélica jest jak na panią starszą, bardzo miła i zabawna, zwłaszcza kiedy uczy Cholito słuchać Beethovena. A Ivo, przeważnie doskonale ubrany (są, niestety wyjątki), czasem trochę rozebrany, mógłby grywać bogów, gdyż boski jest w każdym calu, ach ;)

niedziela, 22 grudnia 2013

Feliz Navidad


"Miłości w każdej postaci. Palpitacji serca, bólu brzucha, motyli, ale i leniwego spokoju. Poezji i prozy. W uczuciach i w życiu. Szklanki do połowy pełnej. Wielkich wieczorów w gronie przyjaciół"

"Trochę bólu i cierpienia, nie za dużo, nie za często i bez przesady, ale tak w sam raz, żebyśmy kiedy indziej wiedzieli, że jest dobrze, kiedy po prostu jest dobrze. A nawet, że jest dobrze, kiedy nie do końca jest dobrze. Zdolności dziwienia się bez względu na wiek. Ciekawości świata. Książek, w których można zatopić się, zapominając o bożym dniu. Filmów, które bolą. Seriali, które wywołują zazdrość z powodu talentu scenarzystów"

"Dystansu do samych siebie rodem z czeskich filmów. Pasji i nadziei. Dostrzegania radości i piękna w najmniejszych skrawkach codzienności"

"Momentów olśnienia, na szczycie góry, na łuku rzeki, w piekarni"


Marcin Meller "Między wariatami", str. 434


**************************************************************************
Na Marcina Mellera zwróciłam uwagę kilkanaście lat temu, przy okazji ogólnokrajowego testu na inteligencję. Część ludzi rozwiązywała zadania na oczach kamer, reszta przed komputerami. Mieliśmy ten sam wynik. Od tamtej chwili traktuję Mellera jako osobę w pewien sposób podobną, bliską, pokrewną. Choć ja zaczęłam rozwiązywanie z lekkim opóźnieniem, zagapiłam się ;)

W tym roku tylko takie "pożyczone" świąteczne życzenia ode mnie dla Was, mam nadzieję, że wystarczą...


czwartek, 19 grudnia 2013

Blanca Navidad


Oh Blanca Navidad, sueño
y con la nieve alrededor,
blanca es mi primera
y es mensajera de paz y de puro amor.

Oh Blanca Navidad, nieve
un blanco sueño y un cantar
Recordar tu infancia podrás
al llegar la blanca navidad.





umiejętność myślenia na zwolnionych obrotach


Michał Jagiełło "Wołanie w górach", fragment (str. 152, wydanie VI)

"Góry to takie miejsce, gdzie rola psychiki ujawnia się w sposób wyjątkowy. Lęk może wprost zabić człowieka, choćby nawet nie zagrażało mu żadne fizyczne niebezpieczeństwo (na przykład lawina śnieżna czy kamienna, odpadnięcie od skał). W sytuacjach, w których trzeba oszczędnie gospodarować ciepłem zmagazynowanym w organizmie, broniąc się przed chłodem i szczególnie wyniszczającym tu wiatrem, często warunkiem przetrwania jest umiejętność myślenia na zwolnionych obrotach. Jeśli nie chce się stracić zbyt wiele energii, nie powinno się obciążać mózgu, który jest najbardziej zachłanną częścią naszego ciała na tlen i paliwo. Umiejętność zmniejszenia wysiłku psychicznego staje się więc często być albo nie być. Tę swoistą zdolność zdobywa się drogą kolejnych doświadczeń i im mniej jest sytuacji, które nas zaskakują (a więc i wprowadzają w panikę), tym spokojniej przyjmujemy przeciwności natury i losu. Świetnie wysportowani mężczyźni, znający góry tylko pogodne, stają się bezradni wobec nieznanych, groźnych, przerażających sił, gdy tylko otoczy ich mgła, uderzy gdzieś piorun lub rozpęta się zamieć. Wtedy tak łatwo wpaść w panikę i zacząć gorączkowo myśleć, a wyobraźnia podsuwa wszystko co najgorsze i nie ma mowy o racjonalnej gospodarce własnymi zapasami energii, która katastrofalnie szybko potrafi wyparować w nieskoordynowanych ruchach i przede wszystkim w gonitwie myśli."

wtorek, 17 grudnia 2013

o wrażliwości na wysokości


Fragment nowelki "Wycieczka - jak się o niej pisze" (1912 r.)
Pożyczyłam z książki "Wołanie w górach" Michała Jagiełły.

"Szczyt! Widok - odczuwanie. Znałem taterników, co zjadłszy nie odczuwali - ale nie znałem takich, co by nie zjadłszy, odczuwali. To pewnik! Ilości i jakości spożytej strawy nie należy jednak brać za kryterium następującej bezpośrednio potem wrażliwości na piękno przyrody, gdyż rezultaty mogłyby być fałszywe. Obok tej zasady konieczną jest chęć odczuwania, świadomość, że się odczuwa, oraz duma, że się odczuwa lepiej i głębiej od sąsiada. Należy także oznaczyć chwilę, w której odczuwanie ma dojść do maksimum, w chwili tej jest wskazanym wstrzymać na kilka sekund oddech i zamknąć oczy. Kto spełni wszystkie te warunki, dozna wspaniałego uczucia wtopienia się w przyrodę, pełnego pogardy dla ludzi i świata - po czym śmiało może napisać artykuł. Z wszystkich tych warunków spełniłem wówczas tylko jeden - zjadłem - nic też dziwnego, że nic dzisiaj nie pamiętam ze szczytowych chwil."

cyferek troszku


Z "Cicer cum caule" Juliana Tuwima:


TAJEMNICZA LICZBA


       Oto ciąg wielokrotności liczby 142 857:

142 857 x  2 = 285 714
142 857 x  3 = 428 571
142 857 x 4 = 571 428
142 857 x 5 = 714 285
142 857 x 6 = 857 142

       Proszę sprawdzić i zastanowić się. Każdy z powyższych wyników posiada przestawione cyfry mnożnej; w każdym z nich pozostają nie rozbite grupy cyfr: albo 857, albo 142. Ostatni iloczyn posiada obie te grupy obok siebie.
       I nagle:
   
142 857 x 7 = 999 999

       Przy dalszym mnożeniu wszelka magia ustaje.


Z "Zabójczej pamięci" (Code to zero) Kena Folletta:

1¹ + 3² + 5³ = 135

1¹ + 7² + 5³ = 175


1³ + 3³ + 6³ = 244
2³ + 4³ + 4³ = 136


                             20³ = 8 000
11³ + 12³ + 13³ + 14³ = 8 000

niedziela, 15 grudnia 2013

jednak Chopin


Fragment "Cicer cum caule" Juliana Tuwima:

DWAJ JUBILACI

Przeprowadziłem śród znajomych następującą ankietę. - "Proszę sobie wyobrazić, że stał się cud. Chopin i Mickiewicz zmartwychwstali! Pozwolono im, z łaski zaświatowych czynników decydujących, spędzić w Warszawie dwie godziny. Mickiewicz winien zużytkować ten czas na wieczór autorski, Chopin na recital fortepianowy. Występy ich muszą się odbyć w dwóch rożnych salach, ściśle o tej samej porze. Nikomu z publiczności nie wolno pójść na połowę koncertu Chopina, a potem na połowę wieczoru Mickiewicza, ani odwrotnie. Albo - albo. Na co pan (i) pójdzie?" W s z y s c y, bez wyjątku, oświadczyli, że poszliby na Chopina.

sobota, 14 grudnia 2013

serce jednakie


Nie porzucaj nadzieje,
Jakoć się kolwiek dzieje:
Bo nie już słońce ostatnie zachodzi,
A po złej chwili piękny dzień przychodzi.

Patrzaj teraz na lasy,
Jako prze zimne czasy
Wszystkę swą krasę drzewa utraciły,
A śniegi pola wysoko przykryły.

Po chwili wiosna przyjdzie,
Ten śnieg z nienagła zyjdzie,
A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.

Nic wiecznego na świecie:
Radość się z troską plecie,
A kiedy jedna weźmie moc nawiętszą,
Wtenczas masz ujźrzeć odmianę naprędszą.

Ale człowiek zhardzieje,
Gdy mu się dobrze dzieje;
Więc też, kiedy go Fortuna omyli,
Wnet głowę zwiesi i powagę zmyli.

Lecz na szczęście wszelakie
Serce ma być jednakie;
Bo z nas Fortuna w żywe oczy szydzi,
To da, to weźmie, jako się jej widzi.

Ty nie miej za stracone,
Co może być wrócone:
Siła Bóg może wywrócić w godzinie;
A kto mu kolwiek ufa, nie zaginie.


Jan Kochanowski - Pieśń IX

czwartek, 12 grudnia 2013

nędza nie zna przygody



"Lecz nic nie jest bardziej potworne
niż nędza.
Albowiem ta nie zna przygody,
Ród ludzki w rozpaczy pogrąża,
Dodaje
Dzień smutny do smutnych dni.
Bezradnie patrzą matki
na dzieci marniejące."



Friedrich Dürrenmatt - "Wizyta starszej pani" (Der Besuch der alten Dame, 1956)

wszystko jest prowizoryczne i względne




       - Chcesz powiedzieć... - ponownie zaczął Gluś.
       - Nie chcę powiedzieć - przerwało Zwierzątko - ponieważ wiem, że nie można wyjść poza język, żeby go zrozumieć. Rozumiesz?
       - Nie bardzo - przyznał uczciwie Gluś.
       - Pułapka tkwi w samym poszukiwaniu pewności przy użyciu słów - wykrzyknęło Zwierzątko. - To skandal!
       Zwierzątko zawiązało na klamce ogromną kokardę z szalika i zaczęło malować ją farbami Glusia w różnokolorowe kropki.
       - Wszystko jest prowizoryczne i względne, a my się niepotrzebnie upieramy, że to coś znaczy i chcemy, żeby znaczyło na zawsze! W ten sposób wykluczamy wszystko, co nie pasuje do naszych możliwości zrozumienia!
       Zwierzątko wyjęło z dziurki klucz do mieszkania i wrzuciło go do worka z kaszą.
       - Wciąż poszukujemy jakichś kluczy - jęknęło - a nie zwracamy uwagi na to, jak wiele już na wstępie wykluczyliśmy!
       - Momencik - zaprotestował Gluś. - To co w takim razie proponujesz?
       - Krytycyzm - odparło Zwierzątko i zaczęło grać na organkach, stepując w rozsypanej mące.
       - Krytycyzm wobec czego? - Spytał Gluś.
       - Wobec wszystkiego, co się da skrytykować z samą krytyką włącznie!
       - Co można skrytykować w krytyce? - zaczął się zastanawiać Gluś.
       - Nieźle, nieźle! - pochwaliło go Zwierzątko. - Zaczynasz łapać.


Maciej Wojtyszko "Bromba i filozofia"
Warszawa 2004, fragment str. 86-87
tekst © copyright by Maciej Wojtyszko
ilustracje © copyright by Maciej Wojtyszko

mętność znów uczynić przejrzystą


"Kto umie, spocząwszy, powoli mętność swą znów uczynić przejrzystą?"


Lao-Tsy "Tao-te-king"

środa, 11 grudnia 2013

dłuuugości


To nie zupełnie tak, że nie lubię wszystkich krótkich imion. Bardzo lubię męskie imiona Ian, Ivo.

Sylaba na moje marudzenie podrzuciła mi uroczy długi wyraz, łącznie z materiałem dźwiękowym. Szkoda, by tkwił w komentarzu, wrzucam tutaj. Dzięki wielkie, Kobieto Zza Oceanu :)


supercalifragilisticexpialidocious 



Niestety, już się go nauczyłam i muszę wyruszyć na poszukiwanie nowych wyzwań, może ludolfina? Literki, cyferki - co za różnica ;)

π ≈ 3,14 15 92 65 35 89 79 32 38 46 26 43 38 32 79 50 28 84 19 71 69 39 93 75 10 58 20 97 49 44 59 23 07 81 64 06 28 62 08 99 86 28 .. .. ..

Efekty poszukiwań wkrótce.

Znalezione przy okazji:
dłużyca - o wysokiej kobiecie, gwarowo

wtorek, 10 grudnia 2013

trzeba było


"Czwarta bieda: wiatr, zimnisko,
mróz odetchnąć nie da,
Ale za to wiosna blisko" 

fragment wiersza "Rok i bieda" Juliana Tuwima


Czas ubierania twarzy przed wyjściem z domu, żeby nie zmarzła. Czas pustych galerii handlowych - mimo nastroju, choinek, światełek i melodii świątecznych - ludzie nie robią w dzikim tłumie szaleńczych zakupów. Albo zmądrzeli, albo nie maja za co, albo walą do Biedronki. Czas, w którym niewiasty z gołymi głowami noszą kurteczki-wiatr-i-mróz-przedmucha-nereczki. 

O czwartej rano termometr na drzewie pokazywał minus trzy. Fajnie było przejść się kawałek, poślizgać na jedynej kałuży i wrócić do ciepełka na gorącą herbatę z sokiem malinowym. A potem (trzeba było kupić wiewiórkę*) trzeba było zdrzemnąć się choć trochę, a nie wstawiać pranie i teraz robić za zombie. Jeszcze nie jestem aż tak stara ani tak młoda, by wystarczyły 3-4 godziny snu.


*Z filmu "Wyścig szczurów" (Rat Race).

"W strasznych mieszkaniach strasznie mieszkają straszni mieszczanie"


"Od rana bełkot. Bełkocą, bredzą,
Że deszcz, że drogo, że to, że tamto,
Trochę pochodzą, trochę posiedzą,
I wszystko widmo. I wszystko fantom."

"I oto idą, zapięci szczelnie,
Patrzą na prawo, patrzą na lewo.
A patrząc - widzą wszystko o d d z i e l n i e :
Że dom... że Stasiek... że koń... że drzewo...

Jak ciasto biorą gazety w palce
I żują, żują na papkę pulchną,
Aż papierowym wzdęte zakalcem,
Wypchane głowy grubo im puchną.

I znowu mówią: że Ford... że kino...
Że Bóg... że Rosja... radio, sport, wojna...
Warstwami rośnie brednia potworna
I w dżungli zdarzeń widmami płyną."

Fragmenty wiersza "Mieszkańcy" Juliana Tuwima.

piątek, 6 grudnia 2013

desiderata - poprawka do


Jestem dzieckiem wszechświata jak drzewa i gwiazdy i mam prawo być tutaj. I gdyby autor żył w 21 wieku, na pewno dodałby, że mam prawo mieć komputer i dostęp do Internetu ;)

Trzeba to dopisać do dezyderatów, konstytucji i wszelkich deklaracji praw człowieka i obywatela. Bo nieposiadanie komputera i brak dostępu do sieci to jedna z najbardziej niehumanitarnych historii, czyż nie? Wiem, co mówię, właśnie odebraliśmy kompa z naprawy kilkudniowej. A po przytachaniu go w podmuchach Xaviera okazało się, że nie łapie "połączenia". Ale wystarczyło zmienić kabelek, by wszystko wróciło po tak wielu dniach nareszcie na swoje właściwe miejsce. Komp jest, sieć łapie, ja mam dostęp do bloga i do Was. Wszystko? Tylko czemu ten portfel taki leciutki...

Nie.


Pierwsza kobieta na Księżycu:

- Houston, mamy problem!
- Co?
- Nic, nieważne.
- Co się stało?
- Nic.
- No mów.
- Nie.

Dowcip z sieci.

wtorek, 26 listopada 2013

158 lat temu


DO SAMOTNOŚCI

Samotności! do ciebie biegnę jak do wody
Z codziennych życia upałów;
Z jakąż rozkoszą padam w jasne, czyste chłody
Twych niezgłębionych kryształów.

Nurzam się i wybijam w myślach nad myślami,
Igram z nimi jak z falami,
Aż ostygły, znużony, złożę moje zwłoki
Choć na chwilę w sen głęboki.

Tyś mój żywioł: ach, za cóż te jasnych wód szyby
Studzą mi serce, zmysły zaciemniają mrokiem,
I za cóż znowu muszę, na kształt ptaka-ryby,
Wyrywać się w powietrze, słońca szukać okiem?

I bez oddechu w górze, bez ciepła na dole,
Równie jestem wygnańcem w oboim żywiole.


Adam Bernard Mickiewicz herbu Poraj
urodzi się 24 grudnia 1798
zmarł 26 listopada 1855 roku w Konstantynopolu
dokładnie 158 lat temu


[W ALBUMIE KSIĘCIA GOLICYNA]

Jeżeli wolność czuć i kochać umiesz,
W naszej rozmowie nie potrzeba słowa.
Ja twe westchnienia, ty me łzy zrozumiesz
I dłoń uściśniesz - oto polska mowa.

(ok. 1828)

poniedziałek, 25 listopada 2013

Stephen Chbosky - "Charlie"


"Bridget, która jest trochę zwariowana, powiedziała, że czasem ma ochotę popełnić samobójstwo, kiedy ogląda telewizję i co chwila są przerwy na reklamy. Była zupełnie poważna i wprawiła szkolnego psychologa w zakłopotanie."

Znowu przyniósł Ukasz dobrą książkę, czytaliśmy na zmianę po kawałku. Tytułowy chłopak ma 15-16 lat, chodzi do pierwszej klasy nowej szkoły i opisuje ten czas w listach do "Przyjaciela". Ameryka, 1991 rok. Wycinek realnego życia inteligentnego myślącego nastolatka z problemami związanymi z "wchodzeniem w dorosłość". Autor zapatrzony w "Zabić drozda" i "Buszującego w zbożu", co wychodzi książce na dobre. Jest też już film, ale nie mam ochoty oglądać, porozkoszuję się wyobrażeniami.

Do białej gorączki, jak zwykle, kiedy czytam twórczość zza oceanu, doprowadzają mnie imiona trzy-, góra czteroliterowe. Uproszczenie ze zubożeniem. "Zostaliśmy z Sam sami" - !@#$%&*

Stephen Chbosky
"Charlie"
(The Perks of Being a Wallflower)
rok wydania: 1999
wydanie polskie: 2012


"Potomkowie"


"Potomkowie"

Nasze ojce w kazamatach cichą skargę słali w dal:
Ciężko, bracia, lecz przetrwajmy, dziatek naszych losu żal...
Dzieci rosły. W złej godzinie znowu skargę słały w dal,
I wzdychały: trzeba przetrwać, naszych dziatek losu żal.
Tak i teraz: w trudnym czasie znów powraca refren ten:
Cóż tu po nas? Życie minie, dzieci ziszczą złoty sen.

Już to wróble wyćwierkały, komu długi minie wiek.
Póki co, gnij tu w rozpaczy, ty, idiota, nędzny człek.

Naokoło hasła trąbią: "według potrzeb i z nadmiarem!"
Za lat dwieście! Do cholery! Cóż to, czy ja Matuzalem?
Ja, jak puchacz, na strzaskanych resztkach swoich bogów tkwię,
I potomkom niezrodzonym obojętność ducha ślę.
Ja chcę choć iskierkę światła teraz mieć, dopókim żyw.
Pisarz, krawiec, oracz, górnik - im marzenia poślę zryw!

A potomki? Niech potomki los swój ciągną, powróz, sznur,
Niech potomki głową walą, głową walą w tęgi mur!

Autor: Sasza Czorny/Cziornyj (1880-1932)
Tłumaczenie: Jadwiga Rappé

niedziela, 24 listopada 2013

rzut sobą w oko patrzącego


"Przyglądam się młodym ludziom, jak wchodzą, wychodzą, flirtują, wygłupiają się. Dlaczego artystom się wydaje, że bez przerwy trzeba robić z siebie widowisko? Może właśnie dlatego zostają artystami, pragną zostać artystami. Bo muszą rzucać się w oczy. Chcą, żeby na pewno było ich widać. Nie wiedzieć czemu brak im tej pewności. Ile z tego mam w sobie ja sam? Prawdopodobnie nikt, komu życie dało dość miłości i akceptacji, tyle ile potrzebował, nigdy nie stworzy, nie dokona niczego. Sam w sobie osiągnął pełnię. Koniec z pisarzami, poetami, malarzami, śpiewakami, muzykami, politykami, z większością ludzi, dzięki którym toczy się ten świat, którzy przynajmniej walczą o porozumienie z drugim człowiekiem."


William Wharton, "Spóźnieni kochankowie"


detaliści i hurtownicy


Ludzie dzielą się na detalistów i hurtowników. Hurtownicy bywają drobniejsi i przemysłowi. Detalista raczej nigdy nie zostanie hurtownikiem. W świecie zdominowanym przez hurtowników detaliści mają przerąbane. Jako zdecydowana mniejszość nie podlegają jednak ochronie z powodu znikomej przydatności społecznej pojmowanej globalnie.


sobota, 23 listopada 2013

"Mózg Kennedy'ego" - Henning Mankell


Prezydenta JFK nie ma już od półwiecza, ale mówi się o nim i pisze chyba częściej niż o Lennonie i Presley'u razem wziętych. Nawet Mankell pokusił się o zahaczenie tematu. Nie tyle Kennedy'ego, co jego autentycznie zaginionego mózgu. Przeczytałam "Kennedys hjärna" poganiana, że kolejka, że nowość (na polskim rynku, na świecie od ośmiu lat), w sierpniu to było i pamiętam, że nie czytało się tej pozycji tak dobrze, jak wcześniejszych powieści, które wszyściutkie, co do jednej (oprócz serii o Joelu i Comédia infantil) przeczytałam w pędzie z błyskiem w oku i co najmniej umiarkowaną radością. "Mózgu" nie czytałam z błyskiem, bardziej z grymasem.

"Mózg Kennedy'ego" to podążanie za wewnętrznym chaosem. Rejestracja nieuporządkowanego fragmentu dziejącej się rzeczywistości na przestrzeni pewnego wycinka czasu. Matka znajduje martwego syna, policja orzeka samobójstwo, rodzicielka w totalnym szoku podejmuje intuicyjnie działania w kierunku wyjaśnienia i zrozumienia tego, co się tak naprawdę stało. Zdruzgotana docieka przyczyn, drąży, odkopuje przeszłość syna systematycznie, kawałek po kawałku. Zaczyna od porzucenia pracy archeologa, odszukuje byłego męża, wędruje z nim po świecie, docierają do Barcelony, gdzie odkrywają podwójne życie syna. Mąż tajemniczo znika, matka podąża kolejnym tropem do Afryki. Wraz z bohaterką zmieniamy co chwilę kontynenty, strefy czasowe i klimaty i wcale nie mamy wrażenia wspaniałości podróżowania, a jedynie mozół, trud i znój. Wszędzie jest źle, smutno, ciężko, bo nie ma już Henryka i Louise nadal nie wie, co się stało, a tym bardziej, dlaczego. W Afryce obraz sytuacji trochę się zaostrza, ale nadal pozostaje zamglony, niewyraźny. Pojawia się temat prostytucji, wykorzystywania, skrajnej biedy, różnic gospodarczych, jest też oczywiście AIDS. Taka afrykańska Puszka Pandory. Dodatkowo mamy eksperymenty na ludziach, nieuczciwe firmy farmaceutyczne, dziwne szczepionki, nieetyczne działania na masową skalę zawoalowane pomocą humanitarną i dobroczynnością. I wszyscy kłamią, zatajają, nie ujawniają. Mankell nie zgłębia żadnego z tematów, napomyka jedynie, sygnalizuje, prześlizguje się po nich. Książka się nie kończy a urywa, jakby w przypadkowym momencie. Jestem początkowo zdezorientowana. Ale akceptuję. Bo niby jaka forma i jakie zakończenie byłoby lepsze? Mankell powiedział, co chciał powiedzieć. Przekaz wyszedł, czytelnik przyswoi tyle ile zmieści w sobie, a pojemności mamy różne.

Henning Mankell
"Mózg Kennedy'ego"
(Kennedys hjärna)
rok wydania: 2005
wydanie polskie: 2013

"mróz pazerny"


"mróz pazerny (...) śniegi na polach siniały z zimna (...) księżyc windował się w górę całkiem nieprawdopodobny (...) jedziemy wśród tych dziwności, ojciec i ja"


"Rozparł się łokciami na sztachetach, zwlekał: to ssał zęba, to ślinił papierosa. Rzucił półgębkiem: - Pogoda marna, nie..."

" - O, bocian!"

Edward Redliński "Listy z rabarbaru"

piątek, 22 listopada 2013

"lepszego bycia z sobą"


"jakże prędko
spełniły się wszystkie
moje życzenia
lepszego bycia z kimś
teraz lepszego
bycia z sobą
puste miejsca
zapełniam gorączkowo
datami wzorami
garściami słów
szeleszczą
ale
wszystko na próżno
wszystko na próżno
puste miejsca
czarne dziury"

Wiersz Anny Rynkiewicz. Znalazłam go ze trzydzieści lat temu w jakimś czasopiśmie. Kołatał mi się po głowie, a właściwie jego fragmenty, aż tu dziś znalazłam w starym kajeciku CAŁOŚĆ. Szukajcie a znajdziecie ;)

środa, 20 listopada 2013

o wyjaśnienie upraszam


Reprezentacja Polski w piłce nożnej. Kropka. Bo po co słowa i czas marnować. Debiut nowego trenera tradycyjnie w plecy. Ze SŁOWACJĄ, U SIEBIE, przegraliśmy 0:2. Towarzysko, ale do rankingu znowu dopisujemy minusy. Dobiło mnie, że ta sama Słowacja wczoraj bezbramkowo zremisowała z debiutującym w międzynarodowej piłce Gibraltarem. Słoneczko zaświeciło przy drugim w życiu (i pod rząd) hat-tricku Arkadiusza Milika w meczyku z Grecją U-21, i to o nie byle jaką stawkę, bo o awans do MME. Cieszy, nareszcie coś cieszy. I fajnie się oglądało popisy mistrzów kopanej w barażu Szwecji z Portugalią, hat-trick Ronaldo i stos ciał w radosnym szale po dobijającym golu. Głupieję, kiedy słyszę zachwyty na temat Lewandowskiego płynące z całego świata piłkarskiego na tle jego niemocy na reprezentacyjnych boiskach. Pod jaką kategorię taki dysonans podczepić? Słyszałam, że Messi w reprezentacji Argentyny też ma problemy ze skutecznością, ale przecież Lewandowski jest z Dortmundu wyjęty jak cenna roślina przy przesadzaniu w asyście Piszczka i Błaszczykowskiego. No i nie rozumiem i o wyjaśnienie upraszam, bo tak jawnej sprzeczności dawno w otaczającym mnie świecie nie zarejestrowałam.


I jeszcze dla Soboty Jupiler Pro League zaczęłam oglądać, żeby wiedzieć, jak mu się tam w Belgii dzieje, a on tu przyjeżdża i nie ma na czym oka zawiesić, zresztą ostatnio tam też. Powtórzę za jednym z komentatorów sportowych, tęsknię, o dziwo za meczykami Ekstraklasy, to już pojutrze. I skoki się zaczynają i inne zimowe. I już w styczniu Australian Open :)

poniedziałek, 18 listopada 2013

"Spóźnieni kochankowie" - William Wharton


Dziwna to książka, próbowałam czytać przed laty, ale stawiała silny opór. Teraz sama do mnie przyszła i powiedziała, że już czas. I pochłonęłam, ale z jakimś nietypowym uczuciem.

Mirabelle ma 71 lat i jest niewidoma. Cierpi na ślepotę histeryczną (la cécité hystérique). Jacques ma 49 lat, rzucił pracę w białym kołnierzyku i postanowił malować paryskie widoki. Wpadają na siebie na ulicy i zaprzyjaźniają się. On jest pierwszym mężczyzną obecnym w jej życiu, oprócz dawno zmarłego ojca. Mieszkała z siostrą, ale ta już także zmarła.

Mirabelle mogłaby teoretycznie widzieć, nie ma przeciwwskazań medycznych, ale widzenia odmawia jej psychika. Od 14 roku życia nie widzi, bo nie chce. Zadawnione blokady usuwa nieświadomie i stopniowo żyjący niemal jak kloszard Jacques. Ich losy splatają się coraz ciaśniej, aż do zbliżenia najintymniejszego. Czytelnik młodszy nie wierzy w to co czyta, realizm zerowy. Ale przecież nie wiemy wszystkiego, więc może i takie pary natura ze sobą zestawia. Przede wszystkim jest porozumienie, silny pozytywny wzajemny wpływ, uczenie się, "efekt katalizatora". Zmiany. Ona realizuje ciche marzenia, on zaczyna malować, jak nigdy dotąd, wyłania się z cichego chaosu w który zamienił siebie.

A ja cieszę się, że zrealizowałam tyluletnią zaległość. Jak zacerowanie wielkiej dziury w skarpetce. Napatrzyłam się na Paryż z 1975, zanurzyłam w olbrzymią paletę barw. Otarłam się o plamy sjeny palonej, żółtej ochry, alizarynowego karmazynu z odrobiną ultramaryny. Wsłuchałam się w muzykę, którą skomponował między innymi François Couperin i Louis Couperin, choć nie przepadam za klawesynem (nie ta częstotliwość). I wiem już co to Tic-Toc-Choc.

Po przeczytaniu całości "waham się pomiędzy wszechogarniającym spokojem a silnym podnieceniem" ;)

William Wharton
"Spóźnieni kochankowie"
(Last Lovers)
rok wydania: 1991
wydanie polskie: 1993


niedziela, 17 listopada 2013

pole rzeka las



Świat piękny o każdej porze roku, trzeba się tylko wnikliwiej przyjrzeć. Barwy stonowane, ale są, w przecudnej harmonii. Nagie łyse kształty, uśpione, żywe. Więcej przestrzeni, wzrok dalej sięga, choć między drzewami slalomem. A ja przeszczęśliwa w takich klimatach, krzaczory, pola, łąki, dużo drzew. Czy można nawdychać się na zapas?




Herbata z termosu rozgrzewa z braku ogniska, choć wiaterek ledwo ledwo i nawet nie czuć chłodu. Dywan w lesie trochę monotonny, ale za to przyjemnie szeleszczący.


 zdjęcia: xbw