De omnibus dubitandum est. Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.

kaleką matematyką obliczamy swoją wartość (Emily Dickinson)

piątek, 17 marca 2017

z dziejów pary



Obejrzałam film ze Zbigniewem Cybulskim z 1963 roku. Ich dzień powszedni. Kilkukrotnie nie wskakuje w nim do pociągu. Piękne kobiety mu partnerują, Aleksandra Śląska, Pola Raksa, Barbara Krafftówna, Barbara Brylska. Wniosek z filmu jakoś taki: jedna zdrada to nie zdrada, a on i ona zawszę będą w jakimś stopniu skonfliktowani.

Wcześniej obejrzałam krótkometrażówkę nominowaną do Oskara w 2013 roku, także o organicznej niemożności porozumienia się jego i jej i o próbie pokonania tego powszechnie obowiązującego prawa ziemskiego. Oba przypadkowo niezamierzenie po kolei się ustawiły do obejrzenia, a są jakby swoją kontynuacją. Poniekąd. Head Over Heels (Po uszy). Bardzo gorąco polecam!



środa, 22 lutego 2017

nie chce mi się


Ciśnienie jest tak niskie, że nie chce mi się nawet zaparzyć kawy. Zmusiłam się. Zaparzyłam. Ale nie chce mi się jej wypić. Okolice 980 hektopaskali. Przeczytałam książki, nie che mi się oddać ich do biblioteki i odebrać zamówionych. Nie chce mi się działać w ramach: "coś zróbmy, coś zaróbmy". Nawet żywności nie kupuję, zapasy konsumujemy i co facet upoluje. Rozwiązałam wszystkie krzyżówki w zasięgu, a było ich naprawdę sporo. Zaległam. Smog + niskie ciśnienie, mieszanka mocno nieciekawa. Wiecie co, nawet nie chce mi się oglądać filmów, a to już absolutnie niewiarygodne...

piątek, 10 lutego 2017

"zapał tworzy cudy"


Wriemienieczko idiot. Ten czas, który nie istnieje. Który pomaga nam podobno jedynie funkcjonować w sposób zorganizowany. Oficjalny przeszkadzacz we wszystkim. Tak wielu rzeczy nie robimy, bo: "nie mamy czasu".

Włosy. Moja fryzjerka powiedziała, żeby myć mydłem Biały jeleń. Jedna z pań, które mnie czasami czeszą powiedziała o szamponach Babuszka Agafia. Bez szkodliwych dodatków. Inna pani, moja ulubiona Agnieszka, powiedziała, żeby pokrzywę, susz, nie torebki, parzyć i pić.

Pogmerałam i mam, lista szkodliwych dodatków w szamponach, szczegóły TUTAJ.
Propylene Glycol (Glikol propylenowy)
Sodium Lauryl Sulfate lub SLS (Laurylosiarczan sodu)
SLES (Sodium Laureth Sulfate)
Dietanoloamina (DEA), Monoetanoloamina (MEA) i Triethanolmine (TEA)
PEG (Glikol Polietylenowy) i PPG (Glikol Polipropylenowy)

W tv Milionerzy, znowu po latach, za krótkie te odcinki. 1 z 10 bardziej treściwe, oglądam oba.

I Mickiewicza kawałek kawałka:

Bez serc, bez ducha, to szkieletów ludy;
Młodości! dodaj mi skrzydła!
Niech nad martwym wzlecę światem
W rajską dziedzinę ułudy:
Kędy zapał tworzy cudy,
Nowości potrząsa kwiatem
I obleka w nadziei złote malowidła.

Niechaj, kogo wiek zamroczy,
Chyląc ku ziemi poradlone czoło,
Takie widzi świata koło,
Jakie tępymi zakreśla oczy.
Młodości! ty nad poziomy
Wylatuj, a okiem słońca
Ludzkości całe ogromy
Przeniknij z końca do końca.

Patrz na dół - kędy wieczna mgła zaciemia
Obszar gnuśności zalany odmętem;
To ziemia!

niedziela, 5 lutego 2017

typowy osobnik płci męskiej


Florcia przysposobiła do codziennego użytku domowego typowego osobnika płci męskiej. Idą razem załatwić sprawę. Wloką się noga za nogą, osobnik przemawia: "Nie tak szybko, jeszcze się spocę".

Florcia sprząta, osobnik śpi. Florcia pierze, osobnik śpi. Florcia robi zakupy, osobnik ogląda w telewizorze teleturniej. Florcia gotuje obiadek, osobnik śpi. Florcia idzie spać, osobnik przemiawia: "Znowu idziesz spać?!"

Florcia trwa w zadowoleniu ze swojego osobnika. Jest miły w dotyku.


niedziela, 22 stycznia 2017

jaszczurka za telewizorem


Dowiedziałam się dziś, że 7 listopada jest dniem uznawanym za rocznicę urodzin Platona. Ale reszta z Zupełnie Innej Beczki.

Przed świętami telefon: "Becia, lecimy, jeszcze nie wiem dokąd". Paszport nówka czeka, spoko, lecimy. Kilka dni przed Sylwestrem dowiedziałam się, że Mauritius. Ciut po Nowym Roku lecimy. Lotnisko, 6 rano, czas start, 11 godzin non stop. Wsiadłam do samolotu przez rękaw, na środkowy fotel, zapięłam pasy i usnęłam jak zabita. Nie pamiętam startu. Po przecknięciu obejrzałam na telewizorku wmontowanym w fotel przede mną "Słabą płeć" i "Moje córki krowy". Oba słabe, krowy kiepskie. Na Mauritiusie +3 godziny. Lądujemy chwilę po zachodzie słońca. Ciemności mauritiuskie. Lotnisko na południu wyspy, przesiadamy się w autokar i jedziemy 1,5 godziny do hotelu na północy, za stolicę Port Louis, do Trou aux Biches, w ciemnościach. Są jakieś latarnie gdzieniegdzie, ale słabo świecą. Docieramy do hotelu, trzy gwiazdki, kuchnia zamknięta, do pokoju wstawiają nam zafoliowane na talerzu "danie". Mięsko, jajko, zeschły ser, łyżeczka surówki, buteleczka wody. Obrzydliwe, ale głodny zje co dadzą, oprócz mięska, wsuwam obie porcje bo O. odrzuciło bardziej niż mnie. A w samolocie tylko herbata i kanapka. Pokój jakiś taki spartański, piwniczny chłód od klimatyzatora. Balkon i widok na palmy, za nimi rogalik księżyca. Powalające. Duszno, parno, wilgotność 70%. Temperatura nocna nie spada poniżej 23 stopni, w dzień ma być ponad 30. Telewizor z kilkoma kanałami lokalnymi, wiadomościami Euro i World. Przez ścianę przebiegła jaszczurka, malutka, utknęła za telewizorem. Owinięta w prześcieradło usnęłam na gigantycznym łożu z zaciekawieniem oczekując mauritiuskiego dnia.

niedziela, 13 listopada 2016

długo długo nic


Cisza na blogu, życie intensywne. Może to i dobrze, że aż tak dobrze, że nie ma kiedy pisać. Wróć, jest kiedy pisać i pisane jest, ale na papierze. Oglądane jest, czytane mniej ale też jest, choć chaotycznie, a preferuję systematycznie. Słuchane jest. Poezji dużo, życie stało się poezją w czystej, najczystszej postaci. Chaos. W chaosie lepsze funkcjonowanie czasem. Człowiek wstaje rano i cisza, spokój, nic nie dzieje się, porządek, tempa brak. I kłuje ten biały, pastelowy, nowonarodzony spokój. I człowiek zaczyna konstruować chaos, włącza media, słucha, nasłuchuje, kłopocze się tym co usłyszał, popija używki, by emocje silniej bombardowały, dorzuca emocji muzycznych, filmowych, międzyludzkich, dzwoni, telefonuje, internetuje, fejsbukuje, twiteruje. Stara się, dwoi i troi by chaos pomnożyć. By móc w spokojności, z jakąś podkładką pod treść, biadolić, jak to nie ogarnia, jak nie ma czasu, jak ten czas gna pędzi ucieka. Jak ten przemijający czas łapie i złapać nie może. Jak kot na pustyni nieogarniający tej kuwety. Słuchaj bez rozproszenia.

niedziela, 11 września 2016

ucho do poduszki


nie bój się chodzenia po morzu
nieudanego życia
wszystkiego najlepszego
dokładnej sumy niedokładnych danych
miłości nie dla ciebie
czekania na nikogo

przytul w ten czas nieludzki
swe ucho do poduszki
bo to co nas spotyka
przychodzi spoza nas



Wiersz z banełem w środku
ks. Jan Twardowski

sobota, 6 sierpnia 2016

filmowo i muzycznie, biegiem


Znowu filmy seryjnie seriami oglądam. Polskie stare, amerykańskie stare, z orkiestrami i big-bandami, z muzyką klasyczną, komedie, horrory, na faktach.

Walc Mefisto (The Mephisto Waltz), amerykański horror z 1971 roku, moim zdaniem, znakomity.
Mefisto Walc, polska fabuła telewizyjna z 1989 roku.
Paweł i Gaweł, polski z Bodo, 1938 roku.
Piętro wyżejpolski z Bodo, 1937 roku.
Serenada w Dolinie Słońca (Sun Valley Serenade), amerykański z 1941 z orkiestrą Glenna Millera.
Orchestra Wives , amerykański z 1942 z orkiestrą Glenna Millera.
Więzienny eksperyment  (The Stanford Prison Experiment), amerykańska fabuła z 2015 roku.
Cicha furia: Stanfordzki eksperyment więzienny (Quiet Rage: The Stanford Prison Experiment), dokument z 1991 roku.

Najchętniej podzieliłabym się, jak w Sabinkach u Marcela Ayme, i jedną z siebie oddelegowała do permanentnego oglądania. Drugą oddelegowałabym do permanentnego słuchania, albo nawet ze dwie albo i trzy, bo słucham kilku gatunków równocześnie. Zmieniam płyty w odtwarzaczu, a to Glenn Miller, a to Liszt, a to Daniil Trifonov, a to Denis Kożuchin (Kozhukhin). Są transmisje live z koncertów, na YT, w radiowej Dwójce. Dziś o 2.00 w nocy Daniil Trifonov z Lenox, Massachusetts, USA. Za niecałą godzinę Szymon Nehring z festiwalu w Dusznikach. W środę 10 sierpnia Denis Kożuchin z festiwalu w Dusznikach, live w Dwójce.

Na wiosnę sadziłam drzewka. Inicjatywa obywatelska. Odwiedzam je czasem, jabłonki rosną jak na drożdżach, łąka kwietna też ma się dobrze.

A w piłce ile się dzieje i w ogóle Olimpiada Letnia się zaczęła, całkiem przyjemna dla oka ceremonia otwarcia dziś w nocy, momentami zachwycająca!

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

gówniarze z Toronta


Ukazała się IV płyta Bad Bad Not Good. Z racji młodego wieku pieszczotliwie chłopaków ochrzciłam po mojemu. Za to, że wielokrotnie nie mogłam wyjść z domu przez ich wcześniejsze płyty. Siedziałam godzinami i niewolniczo słuchałam, zwłaszcza III. Teraz hipnotyzuję się nowością, cudna. A kanadyjskie trio to moje największe muzyczne odkrycie tego roku. Z całego mnóstwa tegorocznych muzycznych odkryć. W ogóle rok jest dziwny, ciekawy, zaskakujący.

Syn wrócił już z Wrocławia po obejrzanych od deski do deski 16. Horyzontach. Trochę tak, jakbym znowu jakąś swoją cząstką tam była. Jego filmowe opinie zawsze cenne, a opisywał wszystko co widział skrupulatnie. Znowu zapełniam notes nowościami, których obejrzenie mocno rozciągnie się w czasie.

Auć, wróciłam do III i słucham saksofonu. Leland Whitty w Confessions :) :) :)

Zaliczyłam 26 godzinne niespanie, tak się ułożyło, ciężkie doświadczenie. Miałam chwilę na krótką drzemkę, ale zaczęłam oglądać drogę krzyżową w tv z okazji wizyty Franciszka papieża, no i tylko poleżałam. W ogóle ciekawa oprawa muzyczna i wizualna tej wizyty, z zauważonych i zapamiętanych fragmentów jeszcze aranże muzyczne śpiewów chóralnych (na przykład  Z dawna Polski Tyś Królową). Słowa Franciszka też warte zapamiętania, oczywiście. Zamieńcie kanapę na buty. Świetne! I z tą radością i smutkiem i marzeniami też takie bardzo moje, fajnie, że ktoś jeszcze myśli tak samo jak ja ;)

Zawyły syreny, 17.00.W.


niedziela, 24 lipca 2016

"Palo Alto"






Jest coś takiego w tym filmie, że pod upływie dwóch lat wezwał mnie do ponownego obejrzenia. Uległam i ponownie rozpłynęłam się w jego nicniedzianiu się. Jest to coś, jest TEN klimat. Tytuł kojarzący się z nazwę obrazu: Bil Gates i Steve Jobs dyskutują o przyszłości informatyki (podtytuł: Konwersacja w Palo Alto) z książki  Houellebecqa "Mapa i terytorium". Psopodobna istota wielkości myszy o oczach jak młyńskie koła, w kubraczku. Stary Kilmer, w pigułce ale to mała wielka rola. I młodzież. Teddy, młody Kilmer o imieniu Jack. Okrągła dziecięca buzia, trochę jak Julian Assange, praca w bibliotece dziecięcej. Chłopak idealnie umoszczony pomiędzy regałami z bajkami. Już go uwielbiam, po jednej roli. Amber, młoda Roberts, siostrzenica tej słynnej. Nawet marszczenie noska przyswoiłam, takie królicze trochę. Gdzieś w tle córka Andie MacDowell. Całość reżyserowała Gia Coppola, wnuczka TEGO FF. Akcja się wlecze, dynamika na wstecznym, pozorna pustka. A w niej gęsto od podtekstów i niedomówień. Zło dzieje się niemal bezszelestnie, pełza po zakamarkach filmu a jego skala pozostawiona wyobraźni odbiorcy. Skontrastowana niemal karykaturalnie powierzchowna poprawność świata dorosłych. Wyolbrzymiane są drobne nieistotne przewinienia, rzeczywiste problemy najcięższego kalibru pozostają niezauważone. Witaj, młodzieży, w absurdalnym świecie dorosłych...

Palo Alto
USA, 2013
Reżyseria: Gia Coppola
Scenariusz: Gia Coppola
Na podstawie opowiadań Jamesa Franco


wtorek, 12 lipca 2016

wyścig uliczny + deszczyczek


Na mieście kolarze, Tour de Pologne, dawniej Wyścig Pokoju. Kolejny pierwszy mój raz. Widziałam, jak przejeżdża peleton, cztery razy z bliska. Część ulic w centrum wyłączona z ruchu, akurat tam, gdzie spraw kilka do załatwienia, w tym trzy biblioteki do odwiedzenia. Korki, jazda szarpana, do tego deszczyczek. Tak sobie szłam z konieczności od miejsca do miejsca i załatwiałam te moje sprawy i co chwilę mijali mnie kolarze, a to sznureczek, a to w gromadkę zbici, a za nimi, jak pawi ogon, serwisanci kolorowi. No może jak ogon komety bardziej. W każdym razie ślicznie, ucieszyłam się jak dziecko a przy uchu Ukasz, akurat zadzwonił i miał relację szybszą niż za pośrednictwem mediów.

Wimbledon skończony, Euro skończone a dziś Legia w Bośni w Mostarze zremisowała 1:1 w drodze do Ligi Mistrzów. Wiedziałam że ci fuksiarze z trzeciego miejsca Portugalczycy pokonają Francję, aż mi się nie chciało oglądać i zbojkotowałam meczyk, tylko na końcówkę luknęłam. To jak zapalenie wirusowe to Euro, zespół odstawienia dokucza, z rozpędu człowiek by oglądał i oglądał wieczorkami do poduszki. A tak co, znowu ta po-li-ty-ka jak dementor krążąca nad głową. A może jednak książka? Mam fajną fińską w tłumaczeniu Sebastiana Musielaka, można boki zrywać, co dziwne, bo jej tłem wojna na Bałkanach.

czwartek, 9 czerwca 2016

trabancik


video

video

video



siedem dni z katarem


Jest, co jest.
Jest, jak jest.
Tak sobie siedzę i myślę.
Każdy żyje tak, jak chce żyć.
Każdy ma to, co chce mieć.

Oglądałam wczoraj film Wieczny student z Ryanem Reynoldsem przekonana, że to ten aktor z hiszpańskiego Trzy metry nad niebem, Mario Casas. W filmie na imprezie drinkowano Jägermeistery. W Berlinie na festiwalu częstowano nas tym specjałem przy wejściu na powitanie, mniam. W Berlinie piliśmy piwo w parku, nie ma zakazu, zaskoczenie. Nie piję piwa, w ogóle jestem ledwo co alkoholowa, ale wśród rozmaitości teraźniejszej nawet ja mogę znaleźć coś co mi smakuje. Nareszcie. Różnorodność dobra. No i w końcu nic co ludzkie nie jest mi obce. Siedzę w dwóch różnych, choć podobnych, skarpetkach, w porannym zamroczeniu sięgałam, świtem bladym wyglądały identycznie. Śniadanie wyjadam prosto z garnuszka, zimne, wczoraj ugotowane. Oglądam Diabły, diabły Doroty Kędzierzawskiej, zachwycona!

środa, 8 czerwca 2016

End & Ends czyli zbieraninka


Po Teneryfie została ino opalenizna i wspomnienia. Czarny piasek! Następnym razem zabiorę trochę ze sobą na pamiątkę. Trochę? Usypię sobie warstwę na podłodze w salonie, kilkucentymetrową, nawet pod fortepianem. A, tak, nie mam fortepianu, salonu też nie. No i transport tony piasku z Teneryfy byłby za drogi.

Zapamiętałam z filmu Love & Mercy scenę, kiedy Paul Dano jako Brian Wilson siedzi przy fortepianie a u bosych stóp pełno piasku. Ale skoro to film o Beach Boys...

Co by tu napisać, tyle się dzieje. Prędkości kosmiczne. Woda się gotuje. Czerwona herbata z sokiem jabłkowym. Przepyszna. Teraz obok mnie pół litra :) Pralka świeci: End. Wieszam pranie. Kicham, przeziębiona, dlatego w domu. Rozpoczęłam sezon truskawkowy pochłonięciem dwóch kilogramów truskawek, na raty. Jutro kontynuacja, dziś przez katar nie chciało mi się wyjść nawet po truskawki. W kolejce do czytania Dziewczyna z pociągu. Dziś na CBS Europa o 21.00 druga część sfilmowanego Williama Goldinga, To the Ends of the Earth. Pisałam o nim dwa lata temu, wtedy też czytałam. Perełka.

Jakiś czas temu zgłosiłam inicjatywę obywatelską. Po masakrycznym okrojeniu skierowano ją do realizacji! Trochę biurokracji i sadziliśmy późną wiosną drzewa owocowe i łąkę kwietną. Teraz mam w środku miasta coś na kształt "prywatnego" sadu. Jabłonie rosną dzięki mojemu pomysłowi i fartowi przy realizacji. Nieformalny spadek po moim ojcu, zapalonym sadowniku, "genu nie wydłubiesz" :)

W Berlinie byłam niedawno, między innymi na festiwalu  Berlin Music Video Awards. Mieliśmy darmowy wstęp na pierwsze trzy dni. Wspaniała atmosfera, rewelacyjna muzyka, kolejne ciekawe przeżycia i wspomnienia. Zachwyt miastem, dzielnicą Kreuzberg, komunikacją, szerokością. Tylko trzy dni, dwa noclegi, ale wypad intensywny.

W Empiku byłam, w Jankach pod W-wą. Rzuciłam okiem na muzykę. TOP, miejsce trzecie: Gang Albanii. O czasy, o obyczaje. Zostałam niedawno zapoznana z twórczością Popka, znam, słuchałam, zjawisko ciekawe, ale nie miałam pojęcia, że AŻ TAK. W czołówce także O.S.T.R., nie przepadam. Dalej, ale jeszcze w dwudziestce, Łona i Webber z płytą Nawiasem mówiąc. Lubię Błąd. Kawałek o czytelnictwie ;) Słuchanie hip hopu nie przeszkadza mi w słuchaniu Chopina, nic a nic. Biegam do Łazienek w niedziele na koncerty chopinowskie pod pomnik kiedy tylko mogę. Przedostatnio pobiegłam aż dwa razy, koncerty są o 12.00 i o 16.00. Ostatnio nie mogłam, SYN PRZYJECHAŁ. Od września w kontakcie na odległość. Łzy pociekły, owszem. Urósł, jakiś szerszy się zrobił, normalnie dorosły facet... A ja nadal młoda :)

Jeszcze o monodramie, bo świetny widziałam, autorstwa Joanny Pawluśkiewicz w reżyserii Agaty Puszcz. Co modna pani wiedzieć powinna w wykonaniu Katarzyny Kołeczek. Mistrzostwo świata, spłakałam się ze śmiechu. "Ja w ogóle teraz nie mogę zaczynać o tym myśleć, bo wtedy mi się dzieje tak jakbym myślała o kosmosie.."

I teatr jeszcze polecam, wspaniale wyreżyserowany przez Agnieszkę Glińską Pieniądze i przyjaciele, z 2005 roku. Obejrzałam w poniedziałek i trwam w zachwycie!

Widziałam ostatnio masę filmów i klipów, wydeptałam własne ścieżki nad Wisłą, głównie w celu dotlenienia i utrwalenia słońca na skórze, rozwiązałam milion Jolek i Sudoku. I cieszę się, że mnie katar dopadł, bo nareszcie znalazłam chwilę by tu zajrzeć!

wtorek, 26 kwietnia 2016

manna hiszpańska nadoceaniczna czyli zalew pierwszych razów


Tym razem manna z nieba spadła wielkim kawałem, bryłą całą, z zaskoczenia. Telefon. - Becia, lecisz ze mną na Teneryfę. Serio? Ano serio. No to poleciałam. Pierwszy raz samolotem pasażerskim, pierwszy długi lot, pierwszy raz w Hiszpanii, pierwszy raz poza Europą (Teneryfa geograficznie rzecz ujmując należy do Afryki), pierwszy raz na oceanicznej wyspie, pierwszy kontakt z oceanem, pierwszy raz na wulkanie, pierwszy raz na wysokości 3500 m n.p.m., pierwszy raz na katamaranie, pierwszy kontakt z wielorybami, na dodatek z bliska. Nawet nie zdążyłam wyrobić paszportu, złożyłam jedynie wniosek a odebrałam w dniu porwotu.

Nie mam walizki. - Dobra, przywiozę. Przy wyjmowaniu z auta odpadło kółko. - Dobra, przywiozę drugą. Wieczorem przed rannym wylotem przyjechałą walizka i mogłam się spakować. W nocy z działającą bezbłędnie walizką wychodzę na nocny. Urwało mi się sznurowadło. Trudno, drobnostka, jadę z supełkiem. Na Centralnym szukam nocnego na lotnisko, nikt nie wie, skąd odjeżdża, ale na pewno nie z miejsca, z którego odjeżdżają wszystkie nocne warszawskie autobusy. W ostatniej minucie odkrywam, że z Jerozolimskich po prostu i zdążam. Jestem ciut przed czasem, znajdujemy się, znajdujemy biuro podróży, punkt odprawy, nadajemy walizki i buszujemy po strefie bezcłowej. Śmiesznym autobusem do samolotu, kanaryjskie linie lotnicze, ależ ciasnota! Lot czarterowy, okazuje się, że posiedzymy dłużej, strajk francuskich kontrolerów lotu. Po niespełna godzinie jednak jest zgoda na start, moje pierwsze wznoszenie na 11 kilometrów. Uczucie niesamowite, uwielbiam starty samolotów! Jeszcze, jeszcze!!! Dziwny zapach i zbyt duży warkot. A potem dziwne widoki nieba, cały czas nad niekończącym się oceanem chmur. Toaleta nie należąca do najwygodniejszych. Kawa, herbata, kanapka płatne, trudno, śniadanko trzeba zjeść, chlebek twardawy, ale to pierwszy w życiu posiłek w samolocie na wysokościach, smakuje jak żaden inny. Cofamy zegarki o godzinę i koło południa jedziemy do hotelu.

W recepcji zaczynam dwa zdania po hiszpańsku i już szerokie uśmiechy, choć potem od razu wygodniejszy angielski jednak, nie przygotowałam się. All inclusive, idziemy na obiad w oczekiwaniu na pokój. Szok. Jedzenia mega stosy. Dwa stoiska z warzywami,sosami, wędlinami, serami, milionem dodatków i komponentów. Lada z potrawami na ciepło, mięsnymi i wegetariańskimi. Lada z potrawami smażonymi na miejscu, w tym rybami. I stoisko z ciastem, lodami i owocami plus dodatki. Jest WSZYSTKO. Jest OBFITOŚĆ. Automaty z różnymi rodzajami kawy i wrzątkiem, mlekiem, torebki z herbatą, czekoladą i kakao. Kraniki z sokami wyciskanymi, z napojami gazowanymi, z piwem, z trzema rodzajami wina. Dostaję oczopląsu i serii zawrotów głowy. Rzucam się na jedzenie i wsuwam stosy sałatek i owoców, mam już ulubiony zielony sos. Idziemy do pokoju, każde z nas do swojego kąta, ja instaluję się w sypialni, O. w salonie z wnęką kuchenną. Mamy widok na ocean, który już po drugiej stronie ulicy. Hotel ma 4 gwiazdki i jest ogromnym kompleksem. W patio trzy baseny i bar z przekąskami, oczywiście niemal cały czas czynny i free. Także alkohole free. Korzystam, a to herbatka, a to lody, a to oliwki, można jeść non stop i na początku próbuję, ale fizycznie się nie da! Temperatura 21-23 stopnie, słonecznie ale czasem pochmurno. Na szczęście. Uniknęłam natychmiastowego spalenia i udało mi się dowieźć do kraju opaleniznę. Pierwszego dnia po emocjach podróży, zakwaterowania i po szoku ogólnym, no wiecie, wszędzie skały, palmy, inna rzeczywistość, wszyscy mówią nagle po hiszpańsku, trzeba przywitać OCEAN. Plaża czarna i skalista, fale potężne, silne, groźne. Jesteśmy na południowym zachodzie wyspy, okolice Los Americanos. Niedaleko, w Adeje, mieszka Kazik. Ten Kazik. Nie spotkałam, szkoda. Ciąg dalszy opowieści niebawem. Poniżej zdjęcia z ostatniego dnia na wyspie.



zdjęcia: xbw

środa, 13 kwietnia 2016