De omnibus dubitandum est. Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.

kaleką matematyką obliczamy swoją wartość (Emily Dickinson)

Comic Con 2017

Comic Con 2017
24-26.11.2017

katalog filmów online

15 WJFF 2017

piątek, 28 lutego 2014

nadprzestrzeń z pluszowymi misiami


No i jak teraz czytać kryminały? Nawet te najlepsze wydają się rozwlekłe, nudne, wręcz prymitywne. Bo oglądając serial Sherlock wchodzi się w nadprzestrzeń, z której trudno powrócić i zstąpić na ziemię. Scenarzyści i twórcy serialu, głównie chyba Steven Moffat i Mark Gatiss, poszli na całość i zrobili serial prawie doskonały. Moffat, specjalista od wywoływania skrajnych emocji i Gatiss, homoseksualista z rodziny górniczej, w oparciu, rzecz jasna, o materiały źródłowe w postaci twórczości Sir Arthura Conan Doyle'a wyprodukowali mieszankę wybuchową, którą można oglądać od najbliższej niedzieli w TV. Obejrzałam wszystkie trzy serie. Z powodu zaległości uszczęśliwiłam się w dość krótkim czasie dziewięcioma odcinkami plus pilotem. I teraz jestem może bledsza, trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca :) Ale głównie mega zachwycona, idealnie dobranymi aktorami (na pewno Sherlock, Watson, Lestrade, pani Hudson, Molly, Janine, Wiggins, Henry Knight, Moriarty, Magnussen), świetną scenografią, dialogami, muzyką a najbardziej - przytulnością wszelako pojmowaną. Większość pozytywnych bohaterów ma w sobie coś przytulnego właśnie, są jak, dajmy na to, pluszowe misie. Mieszkanko na two two one bee Baker Street z kominkiem i wygodnymi fotelami aż przyzywa ludzkim głosem. A propos, już sam język jest fascynujący, przynajmniej dla mnie, uwielbiam angielską wymowę! Mam nadzieję, że dane Wam będzie, kto JESZCZE nie widział, obejrzeć w oryginale, ewentualnie z napisami.


C i u t  s p a m u  t e r a z  b ę d z i e, ale tylko odrobinę. Serial najbardziej jest o przyjaźni i o różnych stopniach bycia człowiekiem. Najpierw widzimy relację Sherlock-Watson, potem Mycroft-Sherlock, Watson-Mary. I wyłania się takie nierówne stopniowanie Mysroft - Sherlock - Watson - Mary, potem wszystko trochę się zaciera. Ludzką (z uczuciami, silnymi emocjami) stronę Sherlocka poznajemy w scenach, kiedy Benka C. zastępuje małe, bezbronne, osamotnione dziecko, posunięcie doskonałe. A co do przyjaźni Sherlocka z Watsonem, to jest urocza i rozbrajająca. Ich relacje są jedyne w swoim rodzaju i mogą stanowić wzorzec z Sevres, oczywiście jeśli chodzi o istotę relacji.

Sherlock, guru ludzi normalnych po swojemu, pokazany jest w serialu na wiele sposobów, a jeden dziwniejszy od drugiego. Czasem zachowuje się jak Ptasiek, czasem drażniąco nerwowy. Zapewne nie czytał Mirona Białoszewskiego twierdzącego, że "nerwowość jest nudna, brzydka, śmieszna". Może powinien zapatrzyć się w bohaterów typu "spoko wodza", jak Winnetou czy Bruce Lee ;)

Szkoda, że scenarzyści pominęli Sir Arhurowe napomknięcie o piątym aksjomacie Euklidesa. Choć w zamian mamy Bee Gees, piwo w menzurkach i Sherlocka à la Kopernik.

Mogłabym tak o Sherlocku i Sherlocku i Benku i w ogóle klikać do rana, co skończyłoby się pewnie opisaniem kadr po kadrze moich ulubionych momentów czyli znakomitej większości scen (overreacting). Napiszę więc tylko o jednej, symbolicznie, tej z 1. odcinka 3. serii, kiedy Sherlock stoi na ruchomych schodach w metrze a w tle nakładają się na siebie różne ruchome obrazy.

Pozostaje mi teraz, czekając niecierpliwie ("remember, remember", nerwowość jest śmieszna) na sezon 4. przeczytać ostatnią powieść o Sherlocku ("Dolina trwogi" - UWAGA, MIELIZNA. Jedno z wydawnictw pod tym tytułem wydało pierwszą powieść o Sherlocku (!)), wszystkie opowiadania, których jeszcze nie znam i być może książkę Anthonego Horowitza "Dom jedwabny".

Ciekawe czy ktoś się teraz odważy nakręcić kolejną wersję przygód detektywa Holmesa, bardzo wątpię, ale jeśli już, to na pewno mnóstwo wody w Tamizie do tego wydarzenia upłynie. Serial BBC jest bardzo bliski ideału, a Benek jako Sherlock jest doskonały. Jak można przebić najlepsze?


długie i po niemiecku


"Pewnego dnia, Hotentoci (Hottentotten) zatrzymują mordercę (Attentäter), oskarżonego o zabójstwo pewnej matki (Mutter) hotentockiej (Hottentottenmutter), która w dodatku jest matką miejscowego głupka i jąkały (Stottertrottel). Taka matka po niemiecku zwie się Hottentottenstottertrottelmutter, zaś jej zabójca nazywa się Hottentottenstottertrottelmutterattentäter. Policja schwytała mordercę i umieściła go prowizorycznie w kufrze na kangury (Beutelrattenlattengitterkoffer), lecz więźniowi udaje się uciec. Rozpoczynają się poszukiwania. Po chwili do wodza przybiega hotentocki wojownik krzycząc:
- Złapałem zabójcę! (Attentäter).
- Tak? Jakiego zabójcę? - pyta wódz.
- Beutelrattenlattengitterkofferattentäter - odpowiada wojownik.
- Jak to? Tego zabójcę, który jest w klatce z plecionki, na kangury? - pyta hotentocki wódz.
- Tak - odpowiada tubylec - to jest ten Hottentottenstottertrottelmutterattentäter (zabójca hotentockiej matki głupka i jąkały).
- Aha! - rzecze wódz Hotentotów - trzeba było od razu mówić, że schwytałeś Hottentottenstottertrottelmutterbeutelrattenlattengitterkofferattentäter!"

Pegaz dęba Juliana Tuwima nieosiągalny, więc wierzę na słowo Wikipedii...

*******       *******       *******
*******       *******       *******
 *******       *******       *******

I znowu filmik od Ani mamy T - strasznie długi, na dodatek, po niemiecku ;)

W rolach głównych:

Barbara
Rhabarber - rabarbar 
Rhabarberkuchen - ciasto rabarbarowe
Rhabarberbarbara - przydomek Barbary
Rhabarberbarbarabar - bar Barbary
Barbaren - barbarzyńcy
Bärte - brody (lm od Bart - broda)
Barbier - golibroda
Bier - piwo
Bärbel - Baśka


= > Rhabarberbarbarabarbarbarenbartbarbierbierbarbärbel

świat siedmiomilowych susów


Człowiek uczy potomstwo cierpliwego powolnego osiągania celów, wędrowania przez życie drobnymi kroczkami, ten najtrudniejszy pierwszy, potem stópka za stópką, powolutku, langsam, langsam, aber sicher, powoli, ale solidnie, systematycznie. Nagle młody osobnik, nie wiadomo kiedy, znajduje się na jakiejś dziwnej bieżni ustawionej na najwyższe obroty i zmuszony jest sadzić wielkie susy. Słyszy, że tak trzeba, że wszyscy, że inaczej będzie nikim, będzie gorszy, nie osiągnie sukcesu. I młody biegnie, choć nieustannie ma wrażenie, że coś jest nie tak, że musi zwolnić, stanąć na nieruchomym gruncie lub choć przejść w truchcik lub spacer. Ale przeważnie działa instynkt stadny i mało kto odpada, chyba, że się stoczy. Czasem znajduje się ktoś, kto zauważa, że bieżnia ma wyłącznik i stopniowanie tempa, czasem ktoś odważa się nawet nacisnąć na jeden lub drugi guziczek. Są też zdeterminowani, którzy całkiem schodzą z bieżni i idą swoją własną nienarzuconą opcją szybkości. No bo tak w ogóle trzeba iść, w przyrodzie nie istnieje całkowita stagnacja. Nawet w stojącej wodzie stawu wre życie. No, chyba, że temperatura spadnie do zera absolutnego, ale to też nie na pewno ;) "Ruch jest nieodłączną przypadłością bytu" (nie do końca ogarniam, jak to jest z bezruchem w niebycie).

Grunt to odkryć własne tempo. I wcześniej czy później zacząć z odkrycia korzystać. Czego Wam życzę.

plakat I



Jerod Gibson













plakat II



  Rocco Malatesta



48 reniferów


Nabijałam się kiedyś z kurki uciekającej przed moim dużym autem, pamiętacie może Kurzy sprint? Kiedy przeczytałam o reniferach uciekających przed pociągiem, już nie było mi do śmiechu.

Na północy Szwecji stado reniferów szło/biegło sobie spokojnie torami kolejowymi szukając pożywienia, styczeń, mroźno, głodno. Tak zwana Laponia. Rozpędzony pociąg nie dał im zbyt wiele szans, na dodatek reniferzy imperatyw też nie daje wyboru, jeśli uciekać, to tylko do przodu, przed siebie. A droga hamowania pociągu długa. Do krainy wielkiej obfitości chrobotka reniferowego przeniosło się jednorazowo 48 zwierząt.

Dlaczego zagrożony zając kluczy, kica na boki i ratuje się rzeczywiście, a taka kura, taki renifer, gnają ślepo przed siebie, bo inaczej nie potrafią? Instynkt zadziałał zabójczo, bezwzględnie. Kojarzy mi się słowo samozachowawczy, więc dlaczego taki finał? Może to nie instynkt, ale odruch? Słabo rozwinięty układ nerwowy? Strasznie dziwne i skomplikowane mechanizmy.

Czy szwedzki Trafikverket podejmie teraz jakieś działania ochronne? Pewnie tak. Ciekawe, na czym będą polegały.

czwartek, 27 lutego 2014

film na plakacie








portki fińskich snowboardzistów - o Soczi subiektywnie i fragmentarycznie


Olimpiadę w Soczi oglądałam wyrywkowo, nie zamierzałam w ogóle, ale mnie wciągnęło kilka razy. Przede wszystkim widoki, góry wysokie w tle tras biegowych i te drzewa - trafiła mnie strzała z przyssawką i zassała ;) Do tego piękna kolorystyka w tle, oprawa graficzna, wzorki, fartuszki zakładane zawodnikom - świetne zestawienie kolorów.

Zaczęłam od snowboardu, dzieciaki na desce zjeżdżały po rurach i innych dziwnych ustrojstwach, skakały nad monstrualną matrioszką w narciarskich goglach i to się nazywało slopestyle. Nastoletnie chłopaki - ok, ale te panny wiotkie, smukłe, delikatne, a takie odważne. Lubię snowboard, bo nie narzuca kretyńskich kostiumów, jak to jest na przykład w skokach narciarskich, zawodnicy mają zwykłe ciuchy, kurtki, bluzy, koszule. I co kraj, to miał fajniejsze odzionka, a już zupełnie zakochałam się w portkach fińskich snowboardzistów.

Zatkało mnie kompletnie na widok skradających się panczenistek na dystansie 3000 metrów. Jechały powoli, dostojnie, dziwnie poruszając prawą ręką. Spróbowałam zlikwidować filtr komizmu pomiędzy mną a ekranem, ale okazało się, że jest we mnie, wmontowany na stałe, usunąć się nijak nie da i zawody przechichotałam, przepraszam.

Następnie trafiłam na biegi narciarskie, ze względu na Pettera Northuga. Odpadł przed finałem, który i tak z rozpędu obejrzałam. Ależ napięcia i dramaty. Biegło sześciu, Szwed Emil Jönsson zaraz po starcie niemal stanął w miejscu, tak go dopadło napięcie, stres i nie wiadomo co jeszcze, ledwo wlókł się za uciekającą piątką zawodników. Dwóch, Norweg Hattestad i Szwed Peterson uciekli i już właściwie mieli medale, o brąz walczył Rosjanin Ustiugow, Szwed Hellner i Norweg  Gløersen. Tych trzech ostatnich wyłożyło się na zakręcie niedaleko mety nijak nie mogąc doprowadzić siebie i sprzętu do stanu używalności, z czego skorzystał ledwo żywy  Jönsson. Jak w hipnotycznym transie dosunął do mety i padł, zdaje się, omdlały, ktoś usiłował go postawić, ale się osuwał. I jak ja mam wytłumaczyć synowi, że sport to zdrowie?

Komentatorzy. Pan od panczenistów, kiedy nasi jechali po brązowy medal zauważył paradoks: "jadą wolniej ale jadą szybciej". Rozumiem, te emocje. Pani komentująca jeden ze zjazdów kobiet modulowała głos tak koszmarnie, jak pogodynka z Superstacji, nijak nie dało się słuchać.

Reklamy. Praktycznie całkowicie eliminowały oglądanie czegokolwiek. Za często, za dużo, zbyt nachalnie. Wszystkimi możliwymi otworami w ciele. Czy naprawdę ktoś myśli, że jak obejrzę sto razy reklamę piły do ścinania drzew, to ją w końcu kiedyś kupię?

A medali nowych dla kraju (tylko) sześć, w tym cztery złote, w tym dwa kosmiczne, z fragmentem czelabińskiego meteorytu. Kak priekrasno :)

poniedziałek, 24 lutego 2014

niemieckie wakacje 2011









zdjęcia: xbw

"Happy"


Rzeczy dzieją się gwałtownie i huśtawkowo. Nagłe zwroty akcji. Małe wszechświaty, tylko pozornie nieskoordynowane. Nie należy uruchamiać młyńskiego koła, kiedy zapowiadają suszę. Ale nie ma tego złego, co by na dobre. Wszystko jest przejściowe, trwa chwilę zaledwie. I już znowu droga prosta i słońce świeci.


Dziś jeszcze muzyczka, którą skradłam Ani mamie T. Musiałam podać dalej, czegoś tak pozytywnego nie można chomikować w norce. Sio, radosna piosenko, w świat, czyń swoją powinność :)






sobota, 22 lutego 2014

"na czaszkę pańską mam wielką ochotę"


"Panie Holmes, interesuje mnie pan niesłychanie. Nie spodziewałem się zobaczyć czaszki tak dolichocefalicznej jak pańska i do tego stopnia rozwiniętych guzów nadoczodołowych. Czy pozwoli mi pan przesunąć palec po szwie ciemieniowym? Odlew pańskiej czaszki – dopóki oryginał jest nieosiągalny – byłby ozdobą każdego muzeum antropologicznego. Nie pragnę bynajmniej pańskiej śmierci, ale przyznaję, że na czaszkę pańską mam wielką ochotę."

Arthur Conan Doyle "Pies Baskerville'ow" (The Hound of the Baskervilles), Prószyński i S-ka 1997, przekład anonimowy, str. 10

Sir Arthur Ignatius Conan Doyle
1859-1930

czwartek, 13 lutego 2014

emocje "w dresach"


Podążałam tropami Łukasza Kubota i ślad mi się urwał, bo tak pięknie rozpoczęta w Melbourne współpraca z Robertem Szwedem Lindstedtem nie chyciła na drugi raz i chłopaki w turnieju w Rotterdamie odpadli już na starcie. W singlu Łukasz nie wyszedł z eliminacji, szkoda...

A w Dausze/Doha w Katarze Agnieszka Radwańska awansowała do ćwierćfinału turnieju. W Rotterdamie Jerzyk Janowicz, na razie 20. w rankingu ATP, pokonał 12. w tym rankingu Tommy'ego Haasa i także awansował do ćwierćfinału, a Fyrstenberg & Matkowski awansowali w deblu do półfinału.

W ogóle święto nastało biało czerwone. Kamil Stoch przeprowadził skok na złoto, piknie, stylowo, z klasą. A Justyna Kowalczyk dziś pokonała wszystko, nawet złamanie kości śródstopia. Dwa złote małe okrągłe olimpijskie gadżety, takie bogactwa lubię :)

W rankingu FIFA, tym od piłki kopanej po boisku, awansowaliśmy, z 77 na 70. Ha, ha, -śmy.  Langsam, langsam aber sicher. W weekend rusza Ekstraklasa part two.

wtorek, 11 lutego 2014

pod słońcem Australii


Miniony turniej Australian Open przebiegał dla mnie dwutorowo: nasi i "moi". Nasi powoli odpadali, została Agn-Isia i Kubot w deblu. Zgrzytałam zębami, kiedy o kolejnych awansach Polaków trąbiono we wszystkich wiadomościach, z wyjątkiem sukcesów Łukasza grającego w parze ze Szwedem. Czy tak trudno dopisać linijkę tekstu i ją przeczytać potem, Szanowni Przygotowywacze Wiadomości Wszelkich? Musiałam opłotkami szukać, co tam u Kubota. A o nim przypomniano sobie dopiero, kiedy doszedł do finału. I dopiero kiedy wygrał, się zaczęło chwalenie, informowanie, gratulowanie. I to, czego już zupełnie nie rozumiem, na ręce prezesa PZT (Polski Związek Tenisowy). A czemu nie bezpośrednio?! Transmisji z meczu Kubota z Lindstedem o finał musiałam słuchać w internetowym radiu po angielsku, bo polskie media temat olały. W każdym razie cieszę się, bo komentatorzy, obcy, wznosili raz za razem wspaniałe okrzyki narastającego zachwytu, a mnie serducho rosło, cała puchłam z dumy. Robert Lindsted po wygranej rozpłakał się i jakoś ucichł, Łukasz skakał jak dzieciak, tańczył kankana, wskoczył na górę do boksu trenerskiego i potem nie mógł zejść, bo za wysoko, co widziałam na odtworzeniu na jakimś filmiku YT. W radiu usłyszałam śpiew z kortu "Polska, biało-czerwoni" i podziękowania zawodników, Łukasz dziękował oczywiście po angielsku i, ku zaskoczeniu, także po polsku :) Można było zrobić piękną relację na żywo i wspólnie przeżywać wielki moment polskiego sportu, ale ktoś przespał, przegapił, mądry Polak po szkodzie. A ja - jak Łukasza Kubota lubiłam i trzymałam kciuki od wielu miesięcy, pilnie śledząc każdy niemal jego występ, tak dalej lubię i jeszcze bardziej oczekuję jego kolejnych sukcesów. Kiedy po Wimbledonie Isia, Jerzyk i Łukasz na zaproszenie odwiedzili Prezydenta, to właśnie Kubot przemawiał w imieniu sportowców i bardzo zgrabnie mu to wyszło.


Ciąg dalszy nastąpi, będzie o "moich", a ściślej, o jednym "moim".

poniedziałek, 10 lutego 2014

Next-Ex Machulskiego w teatrze TV


Jedna z lepszych komedii jakie oglądałam, radość w czystej postaci i garść mądrości do kompletu.
W TVP - Next-Ex, teatr Juliusza Machulskiego.

*******

- ... i ciągle mi przerywasz!
- Bo mówisz za długą frazą!
- Kultura nakazuje czekać, aż kobieta skończy zdanie.
- Nawet przy równouprawnieniu?
- Tym bardziej!
- Nawet jak to jest zdanie współrzędnie złożone?...
- Gdybyś był lepiej wychowany...
- ... zajmujące dwie strony formatu A-cztery?
- Gdybyś miał kindersztubę...
- To bym miał skręt kiszek co dwa tygodnie! Najdłuższe zdania zaczynasz, kiedy właśnie idę do ubikacji się załatwić!

*******

- Czyta pan po francusku?
- Głównie gazety, bo francuskich autorów, jak już powiedziałem, niezbyt lubię.
- Skoro pan nie czyta, to nie może pan lubić, oczywiście...
- Nie, dlaczego? Ostatnio przeczytałem ze trzy powieści Houellebecqa, ale wszystkie moim zdaniem do du... do niczego.
- Trzy powieści?
- Tak. Panu się podobała może któraś?
- No, może ta jedna... tytuł mi wyleciał... O kim wspomniałeś? Wellbeck? Nie przepadam.
- Wolę pisarzy anglosaskich.
- Ja też. Heller? Vonnegut?
- O! To klasyka. Lubię trochę młodszych, Martina Amisa, Toma Wolfe, a szczególnie pisarkę A.M. Homes.
- Holmes?
- Homes. "Muzyka dla podpalaczy", "Ta książka uratuje ci życie".
- Tak sądzisz? To taka dobra książka?
- To tytuł. "This Book Will Save Your Life".
- Jakoś przegapiłem. Kto to tłumaczył?
- To nie było tłumaczone. Zamówiłem sobie przez Internet. Gdybym czekał na tłumaczenia wszystkich nowości... Lubię czytać w oryginale. Z polskim daleko się nie zajedzie.
- A co mógłbyś mi polecić z literatury iberyjskiej?
- Przede wszystkim Javier Marias - to geniusz! Dziś najlepszy pisarz europejski. A z Kolumbii polecam...
- Wiem, wiem! Oczywiście Marqueza. Kto go nie zna?
- Marquez? To przeszłość. Dziś raczej to Fernando Vallejo.
- Chyba muszę sobie to wszystko zapisać... I oczywiście ich też czytasz w oryginale?
- Claro quo si! Como no?
- Słucham?
- Jasne, że tak! Jakżeby nie?

sobota, 8 lutego 2014

"no zarycz, no"


Telefon. Z cyklu: "kup pan cegłę". Kosiarkę, drukarkę, snopowiązałkę. Na początku słodziutko i uprzejmie, acz już bojowo, z werwą, entuzjazmem.

Nazywam się. Sprawdziliśmy i w podziękowaniu, w nagrodę, wylosowaliśmy (no, ciesz się, głupia babo, wiesz jaki masz fart, Niebiosa ci mnie zsyłają, manna leci), bo pani zawsze w terminie opłaca (kłamiesz bezczelnie, w życiu żadnego waszego rachunku nie zapłaciłam w terminie).

Nie??? Ale jak to, nie?! Proszę mi się tu zaraz prędziutko wytłumaczyć, na dywanik, na kolana, do konfesjonału i wyznać, dlaczego nie chce pani od nas kupić niepotrzebnej kuli u nogi, śmiecia obciążonego spłatą w ratach przez wiele (kilkadziesiąt?) miesięcy, obarczonego haraczem comiesięcznego abonamentu w kwocie dwucyfrowej bliskiej stu, proszę wymienić powody w podpunktach, tylko szybko, bo mi ciśnienie skacze i zaraz mnie coś trafi na taką oporną klientkę.

Ton przestał być uprzejmy, przekształcił się w narastająco agresywny, napastliwy, natrętny, nękający, wręcz nienawistny.

A kupi pani akordeon?

Nie, ale proszę uszanować moją pracę i natychmiast prędziutko kupić ode mnie produkt.

Ale proszę uszanować moją pracę i kupić ode mnie akordeon, mam duży wybór, ceny okazyjne, już od 500 zł za używany, ale w bardzo dobrym stanie.

Z drugiej strony słuchawki histeria, krzyk, agresja, przymus, nacisk, presja. Przychodzi mi na myśl "bezstresowo" wychowywany dzieciak, który nigdy od nikogo nie słyszał słowa NIE i wpada w szał, kiedy w końcu napotyka pierwszy opór. Niemal słyszę tekst ze Shreka, no, zarycz, no! Tato, niech on zaryczy!

Teraz wnioski: ta dam, każdy je wyciąga sam. Ja nie chcę, by świat szedł w stronę takich form przepływu dóbr. Protestuję. Tym postem i czynem. Nie chcę, żeby moją planetę zamieszkiwały osoby napastliwością zarabiające na chleb.

Ilu ludzi musi się czuć w życiu jak mysz polna na polu bitwy, gdzie jazda, konnica, husaria, kopyta a może i czołgi, zgiełk bitewny.



wtorek, 4 lutego 2014

Leciał i mrygał i świecił. Post interaktywny.


Latający talerz śnił mi się dzisiaj, taki prawdziwy, jak z filmu z Oscarem za efekty. Najpierw latał wysoko jako punkcik, przybliżał się i oddalał ruchem meszki latającej latem pod żyrandolem czyli dość chaotycznie. Schodził stopniowo coraz niżej, ku nam, aż pokazał się w całej okazałości. Szkoda, że nie potrafię rysować, był piękny, urozmaicony technicznie, w kilku miejscach coś z niego wystawało, jakieś anteny czy inne wypustki. Ale sen nie o inwazji kosmitów na Ziemię, bo ja przebywałam w jakiejś bazie, na Księżycu, zdaje się :)

A zagadka z przedostatniego posta okazała się trudna, pewnie dlatego, że nie dała się wyguglować ;) Apologise me. Kto teraz czyta książki dla dzieci, włączając w to dzieci. A zagadka miała źródło właśnie w książce "Dziewczyna i chłopak" Hanny Ożogowskiej. No i co to za zagadka, bez nagrody. Bo nagrodą czysta radość z ruszenia głową i poszperania zewnętrznego lub wewnętrznego (mind palace).


No to jeszcze raz. Pytam dziś, z jakiego filmu lub serialu pochodzi poniższy kadr. Albo dodam jeszcze jeden schodek - w jakim budynku znajduje się przedmiot ze zdjęcia.



PODPOWIEDZI (czy są tu miłośniki dedukcji, chociaż ze dwa;):

- chodzi o serial
- dokładniej trzecią serię serialu
- jeszcze dokładniej, o trzecią część trzeciej serii
- produkcja jest świeżutka (premiera 2014)
- tytuł serialu przewija się ostatnio na moim blogu dosyć często
- kadr ze strusiem pochodzi z "domu" Ch.A. M. o nazwie "A"




sobota, 1 lutego 2014

fo-sko-fo-sko


Miościewy. Ciepła pora kojarzy mi się nieustająco z sezonem F1, pora zimna - ze skokami narciarskimi, biegami, zjazdami, slalomami, biathlonem. Formuła dopiero co się skończyła i nastały skoki, a czytam, że już znowu lada moment bziu bzzziuuu zaczną latać bolidy po torach świata, już się testy rozpoczęły. A w skokach tuż tuż, tylko patrzeć Planica i koniec sezonu zimowego, jeszcze tylko krótki luty i wiosny początek. Zaczyna mi już coraz szybciej migać ta zmiana pór i dyscyplin, śmiga jak bolid F1 na najszybszym okrążeniu, jakby korbką ktoś coraz żwawiej obracał. Aż mi się od tego przelatywania zlewa w jedno pasmo zamazane Formuła 1 - skoki narciarskie - formuła - skoki - fo - sko - fo - sko - fo - sko...