De omnibus dubitandum est. Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.

kaleką matematyką obliczamy swoją wartość (Emily Dickinson)

czwartek, 30 października 2008

dablju dablju



****************************************************


Kolejnemu Wielkiemu się zmarło, a wiadomość tak w kąciku portalu, że łatwo przeoczyć. Mieszkał sobie na barce, albo w starym młynie, malował i po cichutku sobie był i pisał.

Ptasiek, Tato, W księżycową jasną noc, Werniks, Wieści, Stado, Franky Furbo, a nawet Spóźnieni kochankowie - to były dla mnie przeżycia. Ptasiek wbija w ścianę. Film Parkera "Birdy" zresztą też, także muzycznie ("Lot Ptaśka" !!!).

Nieliczny wyjątek, dowód na to, że Amerykanie także mogą być mądrymi myślącymi ludźmi... Może to kwestia jego europejskich korzeni? Mądry był na tyle, że uciekał wraz z rodziną od tego co w Ameryce najgorsze.

Można i trzeba sobie teraz usiąść na jakimś spokojnym "zadupiu" z książkami WW, także z tymi, które się już przeczytało.

Urodzony 7 listopada, tak jak ja, William Wharton odszedł wczoraj.



****************************************************



sobota, 18 października 2008

straszne wiersze Emily

  
- 280 -

Czułam - przez Mózg przechodził Pogrzeb -
Minuta po minucie
Kondukt szedł - szedł - i deptał we mnie
Butami zdolności czucia -

Gdy wszyscy Żałobnicy siedli -
Monotonne egzekwie
Załomotały bębnem - Umysł
Zaczął mi w końcu drętwieć -

Słyszałam - jak podnoszą Skrzynię -
Jak przez Duszę raz jeszcze
Skrzypią ich Ołowiane Buty -
Tu rozdzwoniła się Przestrzeń,

Jakby Niebiosa były Dzwonem -
Uchem - całe Istnienie -
A ja i Cisza - porzuconym
W klęsce - samotnym Plemieniem -

A wtedy - Deska w dnie Rozumu
Trzasnęła - zaczęłam spadać -
Tłukąc się o krawędzie Światów -
Aż je przestałam poznawać -



I felt a Funeral, in my Brain,
And Mourners to and fro
Kept treading--treading--till it seemed
That Sense was breaking through--

And when they all were seated,
A Service, like a Drum--
Kept beating--beating--till I thought
My Mind was going numb--

And then I heard them lift a Box
And creak across my Soul
With those same Boots of Lead, again,
Then Space--began to toll,

As all the Heavens were a Bell,
And Being, but an Ear,
And I, and Silence, some strange Race
Wrecked, solitary, here--

And then a Plank in Reason, broke,
And I dropped down, and down--
And hit a World, at every plunge,
And Finished knowing--then--

prosty film o zwykłym życiu




Obejrzałam polskiego kandydata do Oscara, tydzień temu. I pomimo, że bardzo dużo się przez ten tydzień w moim życiu i w mojej głowie działo, to "Sztuczki" mi co chwila na wierzch wszystkiego wypływają, choć przy oglądaniu pierwszym nie zachwyciły jakoś specjalnie. Ale z czasem tęsknię do nich, chciałabym znowu obejrzeć, wrócić do tego właśnie świata, do tych właśnie bohaterów. Wszyscy aktorzy grali ot tak po prostu, lekko, zwyczajnie, naturalnie, paskudne tło było przepięknie pokazane do tego stopnia, że większość kadrów odbieram jako dzieło sztuki. Niczego w filmie nie było za dużo, nic mnie w nim nie denrwowało, nic nie drażniło. Urzekała mnie bezpośredniość. I wiadukt. I pociągi. I tory kolejowe. I .. Rafał Guźniczak :) No i scena ze sprzedażą jabłek odmiany Paulared (Paula Red, Pulared?)... No i inne sceny. Jakby sie tak zastanowić - to jestem urzeczona całością. Gratulacje dla ekipy. Brawo, panie Jakimowski, trzymam kciuki.



środa, 8 października 2008

się ogląda...





Jak zwykle, nic nowego, raz więcej a raz mniej, ale nieustająco :)))) 
Się ogląda.
Normalnie samo się ogląda, samo z siebie.
To nie uzależnienie. Ale potrzeba.

Jakiś czas temu "przyszło" do mnie na biurko - w pracy - pudełeczko, pakiecik czterech filmów z Audrey Hepburn. Podeszłam jak pies do jeża, pakiecik poleżakował trochę, aż się dobrałam i z każdym kolejnym oglądanym filmem nabierałam większej i większej sympatii do panienki. Jaka ona miła! :) I to w taki naturalny sposób. Szkoda, że musiałam oddać, pakiecik bowiem można a właściwie trzeba MIEĆ.

Sabrina, reż. Billy Wilder, USA 1954 --- Widziałam wersję współczesną z Harrisonem Fordem i nastawiłam się, że staroć będzie mocno skrzypiał. A tu wręcz przeciwnie, film uroczo lekki, głównie dzięki Audrey, i do tego dość dobra komedia - niesamowity (jak z filmu o The Beatles) dziadek.

Śniadanie u Tiffany'ego (Breakfast at Tiffany's), reż. Blake Edwards; USA 1961 --- Podobno kiedyś przeczytałam książkę Trumana Capote, podobno i film widziałam, ale lata nie te :), pamięć nie ta :)... Trzeba było sobie przypomnieć, skoro w głowie tylko scena z kotem została, a i ta jak przez mgłę.. No jak ktoś ma jak ja i nie pamięta - to niech sobie koniecznie przypomni, film straszliwie rozczula, zwłaszcza napisana specjalnie dla Audrey i przez nią śpiewana pioseneczka Moon River. A do tego znów zachciało mi się przeczytać powieść Capote, może wykorzystam syna i przyniesie mi z biblioteki szkolnej... ? Tak, właśnie, nadal nie znalazłam zagubionych kart bibliotecznych.

Zabawna buzia (Funny face), reż. Stanley Donen; USA 1956 --- Tytuł nie kojarzył mi się najlepiej, ale przemogłam się, zwłaszcza, że za mną już dwa pozytywne odbiory. I przeżyłam miłe zaskoczenie, film właściwie prawie artystyczny, mnóstwo Paryża, na dodatek ciekawie skadrowanego - przeżycie artystyczne, może nie ekstaza, ale zawsze. Gdyby nie piosenki śpiewane... No w sumie kilka z nich nawet wpadło mi do ucha, ale pozostałe przewijałam na podwójnym przyspieszeniu, sorry. Ale Fred Astaire mi do tego akurat filmu nic a nic nie pasował. Chyba bardziej skłaniam się ku nowoczesnej ekspresji ruchowej, którą Audrej zaprezentowała w tym filmie, ona potrafiła całkiem nieźle tańczyć...

Rzymskie wakacje (Roman Holiday), reż. William Wyler; USA 1953 --- Tu z kolei pięknie Rzym pokazany, problem w tym, że Rzym mnie nic a nic nie pociąga architektonicznie, no, może schody jedynie. Ale tu miasto jest zaledwie słabym tłem dla wielkiej Audrey i dla jej partnera też trochę (to Gregory Peck). Urocze małe rzymskie mieszkanko z wielkim tarasem, z widokiem na ciaśniutkie urocze podwórko, w nim młodziutka ona, zniecierpliwiony on - i potem wszystko płynie, a na koniec płyną łzy.

Polecam gorąco - Audrey Hepburn, w każdym z tych filmów z całą pewnością przeurocza i niezapomniana. Nawet w tej chwili zasiadłabym bez wahania do ponownego seansu, niestety pakiecik poszedł dalej.


środa, 1 października 2008

wielka wprowadzka


Wprowadzka już należy do przeszłości, choć jej skutki pałętają się ciągle i z lekka utrudniają. Jeszcze trochę, parę dni lub tygodni raczej - i ślad po wprowadzce zatrze się pozostawiając jedynie nieznaczne zagęszczenie przestrzeni życiowej. Ciekawe czy uda mi się odpalić gramofon i posłuchać jak trzeszczą moje stare płyty, chyba nie obędzie się bez polowania po różnych szemranych miejscach na nowa igłę, obawiam się. Rozstawiłam wreszcie moje autentyczne cymbały nabyte okazyjnie na jakimś ruskim bazarku, nie gram na nich, ale czasem powydobywam dźwięki ( uwielbiam to, jak z horroru albo z zaświatów :). Jednak ich zasadnicza funkcja to mebel dekoracyjny, szkoda, że brak miejsca na ich wyeksponowanie...

Dokopałam się do mnóstwa zapomnianych szpargałów, na przykład - pamiętacie takie zeszyciki: Złote Myśli, Prawdziwe Myśli, Pamiętniczek ? :))) No właśnie, właśnie - autorzy, głównie autorki wpisów są do odszukania już chyba tylko na naszej klasie...

Miło w czterech ścianach, ale być może milej także poza nimi - wybieram się zaraz do takiego dziwnego i nowego chyba ustrojstwa - do Jaskini Solnej, na razie na wstępne rozpoznanie, jak wrócę dam znać jak było.

A teraz alutkowe pożegnanie: pa!