De omnibus dubitandum est. Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.

kaleką matematyką obliczamy swoją wartość (Emily Dickinson)

poniedziałek, 31 marca 2014

"Byron"


Zajrzałam na chwilę w początek XIX wieku i mnie wessało. Mam nadzieję, że wkrótce puści, a w każdym razie, nie zawłaszczy.

Jonny Lee Miller we "Frankensteinie" zrobił na mnie tak wielkie wrażenie, że nawet próbowałam oglądać "Elementary". Kilka podejść utknęło na dobrnięciu w kilku ratach do połowy jednego z odcinków, sorry. No to przystąpiłam do "Byrona" i, zadowolona, polecam. Film, o ile czytaliście moje ostatnie trzy filmowe wpisy, mniej więcej w tym samym ogólnym klimacie. Scenarzystą Nick Dear, ten od scenicznego "Frankensteina".

Akcja zaczyna się migawką z Grecji z 1811 roku, kiedy dwudziestotrzyletniemu Byronowi kończą się pieniądze, przenosi się do Londynu. Tam wdaje się w różne miłosne historie, prowadzi życie burzliwe, intrygujące, dla londyńskich kobiet pociągające i fascynujące. Mimo, że utyka, że jego opinia nie jest kryształowa, nie brakuje panien pragnących upolować Byrona dla siebie. Poeta romantyczny próbuje swoich sił w polityce, jednak nieopatrznie zakochuje się z swojej przyrodniej siostrze (half-sister), Auguście. Ta jest zamężna, ma już gromadkę dzieci, namawia Byrona, by dla pozoru ożenił się. Wybór padł na Annabellę Milbanke. Z obu związków rodzą się dzieci, żona w końcu orientuje się, że jej romantyczne oczekiwania co do roli żony Byrona nie mają szans na spełnienie i odchodzi. Sprawa nadzwyczaj złego prowadzenia się Byrona (według oficjalnie przestrzeganych zasad) wychodzi na jaw. Poeta zmuszony zostaje do opuszczenia Anglii. Udaje się między innymi do Wenecji. Tam odwiedza go Shelley. Byron mieszka z córeczką poczętą wskutek krótkiego romansu z Claire Clairmont, Allegrą. Czyni przygotowania do wyjazdu do Grecji. Allegra umiera. Topi się Shelley. Tęskniący coraz bardziej za ojczyzną i za Augustą Byron wyjeżdża do ogarniętej walkami Grecji. Biorąc czynny udział w działaniach wojennych zapada na zdrowiu i ostatecznie umiera w wieku 36 lat. Do Anglii powraca jedynie stale przy Byronie obecny sługa Fletcher.

Film nie opowiada o Byronie poecie, a o Byronie człowieku, osamotnionym w swoim ponadprzeciętnym odczuwaniu i pojmowaniu świata, nierozumianym i potępianym przez współczesnych. Pokazany jest głownie jako znudzony (oprócz zakazanej relacji z Augustą) kochanek, ekscentryk i cynik. Ciekawa rola Jonny'ego Lee Millera. Warte zauważenia role pań grających jego "kobiety": Caroline - żywiołowa a nawet histeryczna (Camilla Power), Annabellę - ciepła "mamuśka" (Julie Cox), Augustę - panienka z dobrego domu (Natasha Little).

We wszystkich czterech ostatnio obejrzanych i opisanych tu filmach "z epoki" moją uwagę przyciągały ŚWIECZNIKI.


Byron
Wielka Brytania 2003
Reżyseria: Julian Farino
Scenariusz: Nick Dear 

"Frankenstein" z Londynu



Przeczytałam "Frankensteina", obejrzałam trzy filmy o prawdopodobnych okolicznościach jego powstania "Gothic", "Remando al viento" i "Haunted summer". Do tego przyśnił mi się Benek, co uznałam za wezwanie do obejrzenia spektaklu zarejestrowanego na deskach Royal National Theatre. Uległam :)

Gwiazdy.
Jonny Lee Miller, właściwe imię Jonathan, nazwisko Lee po matce, nazwisko Miller po ojcu. Były mąż Angeliny Jolie. Pamiętam go z Hakerów i Trainspotting (ten blondynek).
Benedict Cumberbatch, no comments.
Danny Boyle, reżyser między innymi Płytkiego grobu, Trainspotting.

Obaj odtwórcy głównych ról grają także Sherlocka Holmesa. Czy to był klucz wyboru właśnie ich do obsady sztuki? Jonny Lee Miller to Sherlock z "Elementary", Benedict to Sherlock z "Sherlocka". W co drugim spektaklu aktorzy zamieniali się rolami grając raz Frankensteina, a raz Monstrum.

Scenariusz spektaklu napisał Nick Dear. Z założenia miał bazować na książkowym oryginale. Akcja scenicznego "Frankensteina" zaczyna się w momencie stworzenia: za woalu wyłania się człekopodobna naga dorosła Istota, oszpecona i odpychająca. Benedykt jako Wiktor zwiewa na jej widok, przerażony, zostawiając pole do popisu dla Lee Millera. A ten odgrywa rolę Monstrum po mistrzowsku. Zwłaszcza pierwsze "dziecięce" doświadczenia i radości, kontakt z roślinnością, deszczem, pierwszy śpiew ptaków (zachwycający moment, śpiew chóru, ptasi świergot i radosna muzyka). Do Potwora z czasem dociera okrutna prawda, że został porzucony, odepchnięty, samotny na zawsze. Podglądając życie pewnej kochającej się rodziny uczy się, na czym polegają stosunki międzyludzkie, pojmuje mowę, poznaje litery i czyta "Raj utracony" Miltona. Pragnie bliskości. Wchodzi w sympatyczną relację z niewidomym staruszkiem z chaty, a kiedy próbuje rozszerzyć znajomość na osoby widzące, zostaje odrzucony. W akcie zemsty (revenge) podpala chatę. W oryginale jest ona pusta, w spektaklu jej mieszkańcy giną w pożarze. Nick Dear dodał kilka momentów komediowych, których w pierwowzorze ani na jotę. Jednym z nich jest odpowiedź Potwora na pytanie Wiktora: - Czytałeś "Raj utracony"?! - Podobał mi się!

W spektaklu londyńskim to Potwór był bardziej ludzki i mniej potworny niż jego stwórca. Wiktor Frankenstein był w stosunku do swojego dzieła zimny i zdystansowany, momentami okrutny, co Benedict odegrał znakomicie (It Speaks!). Monstrum ma wytłumaczenie swojego postępowania. Samotność. I wielką, można by powiedzieć MONSTRUALNĄ, niepowstrzymaną potrzebę miłości i bliskości.

Potwór nie ma nikogo, niczego. Widzi nagle zwykłą rodzinę posiadającą dach nad głową, kominek, ogień, ciepłą strawę, ogród warzywny, wreszcie miłość wzajemną, uśmiechy, życzliwe słowa, muzykę i śpiew. Widzi, że rodzina jest razem, blisko, w kontakcie także dosłownie bezpośrednim. Taka zwykłość, taka normalność - ale nie dla Kreatury. Na dodatek oni tacy piękni, a on w najwyższym stopniu odrażający.

Sztuka przejmująca, Monstrum - wzruszające, całość zachwycająca. Wspaniała oprawa spektaklu, scenografia, efekty, oświetlenie, obrotowa scena. Chcę więcej takich akcji, z nagrywaniem TAM live i odtwarzaniem u nas w kinach. Bo na wypady do teatru do Londynu, póki co, nie mam co liczyć. Oj, zawyżyli chłopaki, zawyżyli, i co ja teraz, biedna, pocznę ;)

Zniknęłam. Żeby wrócić musiałam posłuchać Modern Talking. Grawitacja zadziałała, na szczęście.
"Atlantis is calling, S.O.S. for love"

FRAGMENTY 1
FRAGMENTY 1.
FRAGMENTY 2

Mary Shelley - "Frankenstein"



"W jak dziwny sposób jest ulepiona nasza dusza i jak słabymi nićmi
powiązane jest nasze życie z pomyślnością czy ruiną!"


Mój "Frankenstein" przeleżał wiele lat, ciągle pod ręką, z nieustającym zamiarem przeczytania, wkrótce. Natenczas chwila nadeszła.

Mary Wollstonecraft Godwin miała niespełna dziewiętnaście lat, kiedy zaczęła pisać swoje najbardziej znane dzieło i niecałe dwadzieścia, kiedy skończyła. Pierwotnym impulsem mogła być utrata pierwszego, przedwcześnie urodzonego dziecka, którą to stratę bardzo ciężko przeżyła. W czerwcu 1816 roku, kiedy nie było lata, Mary wraz z przyszłym mężem Percym Shelleyem spotkała się w Szwajcarii nad Jeziorem Genewskim z Lordem Byronem. Tam zrodził się w jej umyśle Potwór.

TREŚĆ. Książka zaczyna się listami podróżującego statkiem na biegun północny Roberta Waltona. W adresowanej do siostry korespondencji opisuje natknięcie się na zamarzniętym lodowym oceanie na wyczerpanego pieszego wędrowca Wiktora Frankensteina. Kolejne rozdziały książki to historia odratowanego, spisywana przez pilnie słuchającego Waltona. Wiktor Frankenstein opisuje swoje wspaniałe, szczęśliwe dzieciństwo, kochającą rodzinę, najlepszego przyjaciela. Sielskie życie kończy się, gdy Wiktor wyjeżdża z rodzinnej Genewy na studia przyrodnicze do Ingolstadt. Badania naukowe idą mu tak dobrze, że wpada na pomysł tchnięcia życia w materię nieożywioną. Postanawia stworzyć Istotę. Konstruuje olbrzymie człekokształtne ciało. Następuje niezbyt przyjemny, na szczęście krótki fragment powieści opisujący pozyskiwania "materiałów". Moment tchnięcia iskry życia nie został opisany. W momencie dokonania dzieła, cała naukowa pasja opuszcza Frankensteina, uświadamia sobie, na jak straszny i nieodwracalny czyn się porwał. Ale jest już za późno, Monstrum żyje. Stworzyciel nie stanął na wysokości zadania, dał nogę, początkowo dosłownie, a w kilka godzin później uciekł w wielomiesięczną chorobę nerwową, pozostawiając swoje dzieło na pastwę losu. Wiedziony, jak to sam określa, nieuniknionym przeznaczeniem, Wiktor po wielu latach nieobecności powraca w rodzinne strony, gdzie w końcu dochodzi do rozmowy w cztery oczy pomiędzy Stworem i jego Stwórcą. Teraz z kolei Potwór opowiada Wiktorowi swoje dzieje od momentu porzucenia. Po początkowej dezorientacji wędrował po świecie, uczył się postrzegać, rozumieć, w końcu mówić i czytać. Odrzucony przez wszelkie społeczności i jednostki ludzkie dojmująco odczuwał samotność i brak jakiejkolwiek bliskości. Czyta "Raj utracony" Miltona. Szarpią nim sprzeczne skrajne emocje. Nie wie, że to fikcja literacka, przyjmuje dzieło Miltona jako fakty. Zauważa analogię między sobą a Adamem i czuje ogromny żal do Frankensteina za opuszczenie i brak opieki. Opisuje, jak narodziło się w nim pragnienie zemsty i jak je wprowadził w czyn odbierając Wiktorowi jego bliskich. Prosi Frankensteina o "stworzenie" towarzyszki, z którą mógłby dzielić swoje życie. Ten, zaszokowany prośbą, ogarnięty zgrozą, miota się z podjęciem decyzji, w końcu wyraża zgodę. Jeszcze raz, tym razem bez pasji i zaangażowania, wbrew całemu sobie, "montuje" kobietę. Zjawia się Potwór, by odebrać obiecaną mu towarzyszkę. Wiktor uświadamia sobie, że nie może powtórzyć największego błędu swojego życia i na oczach Monstrum niszczy stworzoną Kobietę-Potwora. W odwecie Stwór kontynuuje mściwe odbieranie Wiktorowi członków jego ukochanej rodziny i najbliższych. W noc poślubną Frankensteina zjawia się w jego sypialni. Zdruzgotany stratą niemal wszystkich bliskich mu osób Wiktor poprzysięga, że będzie ścigał swojego prześladowcę aż do skutku. Takim to sposobem, podążając za Stworem, znajduje się aż pod biegunem na dalekiej północy. Finał, opisany ramowo w listach Waltona do siostry, jest po wielokroć ponury.

"Frankenstein" oprócz rozważań naukowych, moralnych, filozoficznych i po trosze religijnych, zawiera przepiękne opisy przyrody, zwłaszcza ujmujący jest kilkudniowy spływ Renem. Najmocniejszym głosem wykrzyczana jest potrzeba bliskości i miłości, największą pretensją - jest bycie samotnym. Wspaniale we "Frankensteinie" zostało opisane piękno świata i radość, jaką powinno ono w każdej istocie wywoływać. Pokazany został mechanizm powstawania i napędzania zemsty. A najbardziej aktualne są pytania o granice eksperymentów. Czy mamy prawo do dokonywania w nauce wszystkiego, co jako ludzkość już potrafimy, i jeśli już, to na jaką skalę. I z jakim skutkiem ostatecznym.

Potwór/Monstrum to istota stworzona przez doktora Wiktora Frankensteina. Frankenstein nie jest imieniem potwora a jedynie nazwiskiem jego twórcy.

Na okładce mojego wydania jest notka, pod którą całkowicie się podpisuję: "Frankenstein doczekał się wielu przeróbek i adaptacji filmowych, których większość zniekształcała lub spłycała pierwowzór. Warto więc sięgnąć do książki Mary Shelley, która mimo upływu lat nadal jest inspirująca, ciekawa i zaskakująco aktualna".

Mary Shelley 
"Frankenstein" 
(Frankenstein: or, The Modern Prometheus) 
rok wydania: 1818

piątek, 28 marca 2014

"Haunted Summer"


Kolejna i już chyba ostatnia, filmowa wizja wydarzeń, które miały miejsce w czerwcu 1816 roku nad Jeziorem Genewskim w posiadłości Byrona. Reżyser, Ivan Passer, Czech z pochodzenia, współpracował z Milosem Formanem, więc pomyślałam, że choć film amerykański, to może będzie wystarczająco europejski. Był. Lord B, Shelleyowie (Mary praktycznie Shelley, formalnie jeszcze nie), Polidori (nazywany przez Byrona Polly Dolly) i Claire (męczyłam się z jej postacią, zatwardziale trwam w nieprzekonaniu do Laury Dern) spotykają się towarzysko. Byron prezentuje gościom "The Nightmare", obraz Füssliego. Panowie i Mary (Claire jest w stanie błogosławionym) eksperymentują z substancjami wpływającymi na świadomość. Inkub (incubus) z obrazu prześladuje Mary. W jej śnie przybiera postać ogromnego człowieka ze zdeformowana twarzą. Rozmowy toczące się dniami i nocami, urozmaicane są kolejnymi próbami samobójczymi Polidoriego. Mary, karmiąc się atmosferą panującą u Byrona, zaczyna pisać "Frankensteina".

Zastanawia mnie czy istniał wpływ defektu fizycznego kulejącego Byrona (problem ze ścięgnem Achillesa, deformacja stopy) na silnie obecny we "Frankensteinie" motyw postrzegania atrakcyjności człowieka poprzez jego wygląd.

"Haunted Summer", z obejrzanych trzech ("Remando al viento", "Gothic") jest najbardziej grzeczny, soft. W końcu opisuje spotkanie trzech wielkich umysłów, silnie na siebie wpływających. Nazwiska Byron i Shelley, po dwustu latach, nadal są wielkie i znane na całym świecie. I nie trzeba faktu tego spotkania trójki intelektualistów odskrobywać spod warstwy brudów, jak w przypadku poprzednich dwóch filmów. Ten najbardziej z trzech pasujący do naszego stereotypowego wyobrażenia romantyzmu, liryzmu. Jest w nim poezja, delikatność, ulotność. Ale są też nadzwyczaj silne, nie zawsze tłumione emocje.

W filmie można zobaczyć obrazy Turnera, posłuchać Hydna. Zdjęcia kręcono nad jeziorem Como. Ciekawa rola Philipa Anglima grającego Byrona.

"Haunted Summer"
(Nawiedzone lato)
USA 1988
Reżyseria: Ivan Passer

czwartek, 27 marca 2014

"Gothic" - Ken Russell


Okoliczności powstania pomysłu na napisanie "Frankensteina" według Kena Russella. Lat temu kilkanaście "Gotyk" wywierał na mnie piorunujące wrażenie, teraz już mi przeszło, ale całkiem obojętna nie pozostałam. Nie jestem już tak podatna na szokowanie jak kiedyś, a Russell w swoich filmach, można by powiedzieć, testuje wytrzymałość widza na wstrząsy. Ale dobre momenty są, doskonałe także. Po seansie przypomnieniowym wystudziłam trochę wrażenia sprzed lat, ale ich całkiem nie ochłodziłam.

Znany schemat: Shelleyowie (Mary nie dosłownie Shelley, jeszcze), willa Byrona nad Jeziorem Genewskim, doktor Polidori, Claire, zimne lato 1816, czerwiec. Atmosfera grozy, zamek, burza, ulewa, pioruny, błyskawice, używki i opowieści niesamowite. Byron trzyma w domu sporo zwierząt wszelkiej maści, ma też kolekcję mechanicznych lalek naturalnej wielkości. Po drugiej stronie jeziora wycieczki (głównie panie z dobrych domów) oglądają przez lunetę posiadłość zajmowaną przez Byrona skandalistę.

Pogranicze kiczu, ale stanowczo i zdecydowanie nie kicz, bardziej wymieszanie teatru z odrobiną filmu klasy B. Ciągłe rozmowy o duchach i stworach nie z tej ziemi, scenografia teatralna i trochę jak z horroru. Nie należy zapominać, że to 1986 rok. Brak poszanowania dla świętości jakichkolwiek, brak tematów tabu. Kilka scen odrażających, ale strachu raczej niewiele, teraz to już nie ze mną takie numery ;)

Wyobraźnia bohaterów podlewana używkami powołuje do życia w świecie rzeczywistym jakąś fizyczną postać. Być może to stwór z "The Nightmare" Johanna Heinricha Füssliego. Częstym rekwizytem w filmie jest ludzka czaszka. Wymyślony stwór dokucza wszystkim, bohaterowie postanawiają więc, za pomocą myśli i wyobraźni, cofnąć jego wykreowanie. Jednak stworzenie karmi się ludzkimi lękami, więc czy można na stałe pozbyć się go z umysłu?

Największe natężenie tworów wyobraźni ma miejsce w "Gotyku" w nocy, w ciemnościach, półcieniach. Rankiem następuje "zmiana dekoracji". Dzień to domena jasności, czystości, świeżości, wszyscy mają jasne stroje, są mili, spokojni, uśmiechają się i jedzą owoce. W słonecznym świetle na zielonym łonie natury bohaterowie czują się bezpiecznie. Ale czy powinni?

Bardziej przerażający niż wymyślona kreatura, jest dla mnie stosunek do kobiet reprezentowany w filmie przez obu wielkich poetów. Tyle piękna, liryzmu, romantyzmu w ich utworach, a w praktyce kobieta puch marny, na pograniczu zwierzęcia i przedmiotu, użytecznego, ale drugorzędnego. W najlepszym wypadku pełni funkcję ulubionego zwierzątka domowego.

Zadziwia mnie trochę fakt, że Shelley był wegetarianinem i orędownikiem praw zwierząt.

Gotyk
(Gothic)
Wielka Brytania 1986
Reżyseria: Ken Russell



środa, 26 marca 2014

"Remando al viento"

 














"I had a dream, which was not at all a dream.
The bright sun was extinguished, and the stars
Did wander darkling in the eternal space,
Rayless, and pathless, and the icy earth
Swung blind and blackening in the moonless air;
Morn came and went - and came, and brought no day"

"Miałem dziwny sen, może i nie całkiem senny?
Zdało mi się, że nagle zagasnął blask dzienny,
A gwiazdy, w nieskończoność biorąc lot niezwykły,
Zbłąkawszy się, olsnąwszy, uciekły i znikły
Bez nadziei powrotu. Ziemia lodowata
Wisiała ślepa pośród zaćmionego świata.
Ranki weszły, minęły, ale dnia nie było"

początek wiersza Byrona 
"Ciemność" (Darkness)
w tłumaczeniu Adama Mickiewicza

Zaniosło mnie kiedyś, blisko dwadzieścia lat temu, do Instytutu Cervantesa  na pokaz filmów Gonzalo Suareza. Jednym z nich był
Remando al viento (Wiosłując z wiatrem). Teraz zrobiłam sobie przypomnieniową powtórkę.


Wyjątkowo chłodne lato 1816 roku nad Jeziorem Genewskim. U Byrona spotykają się: Mary wkrótce Shelley, jej przyszły mąż Percy Shelley oraz lekarz i sekretarz Byrona, John Polidori. Są pełni pasji, poszukują nowych wrażeń. Byron rzuca pomysł - każde z nich napisze opowiadanie z dreszczykiem. Młodziutka Mary wymyśla zarysy postaci Monstrum. Zaczyna się pasmo dziwnych wydarzeń. Ginie pies Byrona, potem Polidori (faktycznie zszedł był, tyle, że kilka lat później) a Mary widuje swojego wymyślonego Potwora. Po kilku miesiącach obecna na imprezce przyrodnia siostra Mary, Claire Clairmont, niezaangażowana w twórczość a jedynie usiłująca zdobyć Byrona, rodzi córeczkę Allegrę. Mary ma synka Williama. Claire odwiedza z małą Byrona w jego pałacu z żyrafą. Wymyślony przez Marry Potwór krąży koło Williama, w końcu go zabiera, Shelleyowie tracą syna. Percy Shelley także usiłuje odejść z tego świata, z dość dużą łatwością i częstotliwością przystawia sobie broń do skroni. Shelleyowie poznają Williamsów. Edward Williams staje się bliskim przyjacielem Shelleya, jego żona chyba też. Umiera Allegra, topi się Shelley. Kilka tygodni później jego ciało zostaje spalone na plaży. Mary bezustannie każdą śmierć bliskiej osoby przypisuje sobie, a właściwie wykreowanemu przez nią Monstrum. Granice jej wyobraźni (límites de la imaginación) zdają się nie istnieć.

Filmowe wydarzenia są mniej więcej autentyczne, choć Suarez uległ pokusie lekkiego ponaginania i wyolbrzymienia niektórych faktów. W rzeczywistości w przeciągu kilku lat naprawdę umarło dwoje dzieci Shelleyów, pierwsza żona Shelleya (samobójstwo), Polidori (samobójstwo), Allegra i sam Shelley (utonięcie, wraz z Edwardem Williamsem), a w końcu Byron.



Niechętnie wspomnę, że w roli Byrona występuje Hugh Grant, jakoś ciągle nie mogę się do faceta przekonać. Przy okazji dowiedziałam się, że Byron kulał, miał wrodzony problem ze ścięgnem Achillesa.


Oglądanie filmu w języku hiszpańskim miało swoje pozytywy, jednakowoż bardzo chciałabym obejrzeć jeszcze raz z pełnym zrozumieniem dialogów.



Remando al viento
(Wiosłując z wiatrem)
Hiszpania 1988
Reżyseria: Gonzalo Suárez
Scenariusz: Gonzalo Suárez

"Ciemność" - Mickiewicz z Byrona

Miałem dziwny sen, może i nie całkiem senny?
Zdało mi się, że nagle zagasnął blask dzienny,
A gwiazdy, w nieskończoność biorąc lot niezwykły,
Zbłąkawszy się, olsnąwszy, uciekły i znikły
Bez nadziei powrotu. Ziemia lodowata
Wisiała ślepa pośród zaćmionego świata.
Ranki weszły, minęły, ale dnia nie było -
I wszystkie namiętności zatłumiła trwoga.
Serce rodu ludzkiego jedną żądzą biło,
Cały ród ludzki prosił o jedno u Boga:
O światło. - Wszystko płonie: i wspaniałe gmachy
Panów koronowanych, i wieśniacze dachy.
Domy świata całego jako lampy płoną,
Miasta na kształt ogromnych stosów zapalono
I tłum ludzi dokoła pożaru się tłoczy;
Chcą jeszcze raz ostatni zajrzeć sobie w oczy.
O, jak zazdrości godni ci, co się przywlekli
Przed oblicze ognistej Etny albo Hekli!
Jak błogosławią wieczne wulkanów pożogi,
Wszyscy z jednym uczuciem nadziei i trwogi!
Rzucono ogień w puszcze; i doczesnym blaskiem
Puszcze gorą, ciemnieją i walą się z trzaskiem;
Zaryły się w popiele drzew strawione czoła
I zagasły na wieki - znowu noc dokoła.
I twarz ludzi z rozpaczy nie po ludzku błyska,
Odbijając ostatnie promyki ogniska.
Jedni padli i oczy schowawszy, łzy leją,
Drudzy, na chudych łokciach podparłszy się, śmieją.
Ten biega tu i ówdzie, suche żagwie zbiera,
Karmi niknącą iskrę i w niebo poziera -
Nieporuszone widzi czarnych chmur zasłony,
Jak kir nad nieboszczykiem światem rozciągniony -
Znowu pada i bluźni, i w piasku się ryje,
Targa włos, zgrzyta zębem, ręce gryzie, wyje.
Dzikie ptastwo strwożone, skrzydły obwisłemi
Mocując się daremnie, czołga się po ziemi.
Drapieżny zwierz, co w lasach i pustyniach żyje,
Jak swojski ciągnie w miasto. Gadziny i żmije
Pełzną ludziom pod nogi i żądłami syczą,
Nie kaleczą - i głodnym stają się zdobyczą.
Wojna nieco ustała, wybuchnęła znowu.
Głodni żelazem sobie szukali obłowu
I z zakrwawionym kąskiem na stronie usiedli,
I w milczeniu rozpaczy samotni go jedli.
Nie została miłości iskra w ludzkim łonie,
Jedna była na całej ziemi myśl - o zgonie
Niechybnym i niesławnym - ząb głodu pożerał
Wszystkich - i narodami świat cały wymierał.
Nikt nie myślał o kości i o ciał pogrzebie,
Chudy karmił się jedząc chudszego od siebie.
Psy darły swoich panów. Jeden pies zachował
Wierność panu swojemu; żywego pilnował,
Teraz się umarłego wyżywieniem trudzi,
Znosi zdechłe lub słabe bydło, ptastwo, ludzi;
Sam nie dotknął pokarmu; z żałosnymi jęki
Lizał twarz pana swego, głaskał się u ręki,
Co go już nie głaskała - i zdechł. - I nareszcie
Wszyscy ludzie wymarli. - W pewnym ludnym mieście
Zostali dwaj ostatni - dwaj nieprzyjaciele.
Zeszli się przy ołtarzu, gdzie jeszcze w popiele
Dogasało ognisko, i kościelne sprzęty
Święte czekały w stosach na ogień nieświęty.
Jak skielety, chudymi rękami po społu
Grzebiąc, dostali kilka iskierek z popiołu
I pracując piersiami słabymi, ognisko
Wydobyli na chwilę - jak na pośmiewisko.
Zwrócili oczy, gdzie się płomień żywiej pali,
Ujrzeli się, wzdrygnęli, padli i skonali:
Zgrozą widoku swego zabili się społem;
Nie poznali się z twarzy, lecz głód nad ich czołem
Wyrył: n i e p r z y j a c i e l e. Świat cały był stepem,
Z ludnego i pięknego - milczącym i ślepym,
Bez pór roku, bez roślin, bez ludzi, bez czucia,
Trup, chaos powolnego żywiołów zepsucia.
Stoją gładkie rzek, jezior, oceanu tonie
I nic się nie poruszy w ich milczącym łonie.
Okręty bez żeglarzów pośród morza tkwiły,
Maszty ich kawałami padały i gniły,
I tonęły na wieki w spokojnych wód bryle:
Burze usnęły, fale spoczęły w mogile;
Bo nie było księżyca, co by je podźwignął.
Wicher w stęchłym powietrzu uwiązł i zastygnął.
Znikły chmury - to dawne ciemności narzędzie
Stało się niepotrzebnym - ciemność była wszędzie.


Lord Byron napisał "Darkness"
(Ciemność)
 w czerwcu 1816 roku

Sławomir Mrożek - "Tango"


Mrożek umarł. Każdy impuls jest dobry by chwycić miotełkę i odkurzać. Czasy ogólniaka. Najpierw był "Słoń", potem "Woda" i inne. Już nie pamiętam czy "Tango" było lekturą szkolną, czytałam dla przyjemności i dla siebie, nie dla nauczyciela czy szkoły. Teraz wchodzę po raz drugi do tej rzeki, po blisko trzydziestu latach, zazdroszcząc ludziom pamiętającym wszystko co w życiu przeczytali. Jakie to straszne (dla mnie, dla nielicznych, bo na pewno nie dla ogółu) nie mieć własnej biblioteki ze wszystkimi ważnymi dla nas książkami. Dodatkowo to uciążliwe - trzeba mieszkać blisko dobrze zaopatrzonej biblioteki publicznej. Trzeba także posiadać kogoś, najlepiej dobrze umięśnionego, kto na pełnym etacie będzie kursował ze stosami książek w tę i we w tę między miejscem zamieszkania a biblioteką. Więc by zajrzeć do "Tanga" znowu trzeba było włączyć do procesu czytelniczego najbliższą bibliotekę i dostosować się do godzin otwarcia i limitów wypożyczeń. Akrobatyka a nawet ekwilibrystyka. 

No więc, umarł. Ale pożył solidnie, swój czas zapełnił gęsto konkretną treścią. Jest z czego korzystać, czerpać, karmić się. Nie odstawiać na półkę, w zakurzone zakamarki pamięci.

Jesteśmy bogatym krajem. Bogatym w dzieła literackie. "Tango" to nie tylko utwór sceniczny, to kopalnia kamieni szlachetnych.

Artur, Stomil, Eleonora, Eugenia, Eugeniusz, Edek i Ala, bohaterowie "Tanga", żyją pod jednym dachem, ale nadużyciem byłoby powiedzenie, że w harmonii. Nadeszły nowe czasy, nowoczesności, wyzwolenia ze starych skostniałych form i konwencji. Ludzkości już nic nie krępuje. Wszystko jest dozwolone, nie ma żadnych zasad. Artur, dorodny młody człowiek lat 25, nie chce funkcjonować w zastanym porządku, w którym nie ma żadnego porządku, gdyż on właśnie pożąda porządku, zasad, ustaleń. Wchodzi w konflikt z rodziną, w końcu postanawia działać. Posądzony zostaje o potrzebę tragedii, o formalizm, o egoizm. Artur z kolei oskarża rodzinę o tchórzostwo, brak skromności, inicjatywy, o zaniechanie działania, o ugrzęźnięcie w niewoli farsy. Zwyczajowe i odwieczne ścieranie się pokoleń. Finał smutny.

Hasła, zwłaszcza te wartościowe, tracą w momencie ich wygłoszenia. Stają się automatycznie śmieszne, puste, głupie, sztuczne, nie na miejscu, odpychające. Hasła powinny być wypowiadane bezgłośnie, wewnętrznie, a realizowane po cichu, wtedy utrzymują głoszone wartości.

Sławomir Mrożek
"Tango"
rok wydania: 1964

 

wtorek, 25 marca 2014

Mrożek - "Miłość na Krymie"


Pierwszy akt - rok 1910, drugi akt - 1928, trzeci akt - współczesność. W każdym ci sami bohaterowie, w tym samym wieku lub postarzeni. Klimat "rosyjskości" unosi się wokół postaci, jakby autorem sztuki był ktoś znający kraj. Ale Mrożek był w Rosji tylko jako turysta w 1956 (później chyba też był ale już po napisaniu Miłości na Krymie). Ale Polakowi w pewnym wieku stosunkowo łatwo załapać "rosyjskiego ducha", zwłaszcza jeśli się podeprze pieśniami, literaturą.

Krym. Bohaterami głównymi są Tatiana, Lily, Sjejkin, Zachedrynski, Wolf, Czelcow, Czelcowa i Zubatyj, do bohaterów przemykających należy na przykład Lenin. Ból egzystencji w akurat tym miejscu i czasie, w takich a nie innych realiach politycznych plus damsko-męskie i męsko-damskie nadzieje przeplatane bezpośrednimi nawiązaniami do Czechowa (wiśniowy sad, trzy siostry Prozorow, wujaszek Wania) tworzą zaskakującą mieszankę, rozśmieszającą i zmuszającą do refleksji na kilku płaszczyznach. Na doczepkę mamy Szekspira w niedosłownym tłumaczeniu autorstwa samego Mrożka, w postaci wyjątków z Hamleta, Otella i Snu nocy letniej.

Rozmowy bohaterów, pozornie o niczym, leniwe, nagle okazują się błyskotliwą szermierką słowną z wysoce filozoficznymi wnioskami. Logika pojawia się i znika, metafizyka znika zanim pojawi się na dobre. A zgroza ogarnia częściej niż nastrój wesołości.

Punktowo pojawiają się wzmianki o różnych momentach historycznych (rewolucja, strzał z Aurory...). W akcie trzecim wspomniany jest generał Wrangel (1878-1928), który postrzegał przyszłą Rosję jako dobrowolną federację narodów i uznawał Polskę i Ukrainę za kraje niepodległe.

Powaliły mnie "barokowe adidasy" z opisu sceny aktu trzeciego. I odpowiedź na pytanie, co jest nieomylnym znakiem w ekonomii, że jest dobrze.

Sztukę akurat pokazywała TV, ale usnęłam już w pierwszym akcie (ze zmęczenia, nie z nudów), przy wersji książkowej za to doskonale się bawiłam, a teatr za kilka dni pojawi się w NINATECE, obejrzę i wysłucham nareszcie tych rosyjskich pieśni (Jamszczik, Pietuch...).

Utwory Mrożka to nie romanse i nie kryminały. Nie powinniśmy czytać Mrożka. Powinniśmy go namiętnie studiować. 

- Pan jest w złym humorze.
- Ja tylko myślę logicznie.
- Ale po co aż tak logicznie!
Sławomir Mrożek
"Miłość na Krymie"
rok wydania: 1993

poniedziałek, 24 marca 2014

kocham się


Czasem miewam trochę dzikie pomysły, przelatują, nierealizowane, ale co się z nich uśmieję, to moje. Dziś wymyśliłam sobie... nie powiem co, ale sprawiło mi tyle radochy, że zakrzyknęłam do siebie: kocham cię, ożenię się z tobą! I zaczęłam się zastanawiać czy jeśli się sklonuję i zmienię płeć, to dostanę pozwoleństwo na mariaż. We Francji można brać ślub z osobą zmarłą, ale z samym sobą? Hm, nie słyszałam. Może musiałabym zmienić w tym celu obywatelstwo?

Jednak pomysł kiepski, nie mogłabym się moją drugą połówką UZUPEŁNIAĆ.

sobota, 22 marca 2014

"The Last Enemy"




"Człowiek, który nic nie znaczy, wymaga od innych,
ten, który coś znaczy, wymaga od siebie".

Poszłam na łatwiznę. Chcąc obejrzeć coś dobrego podążyłam za moim aktualnym białym królikiem, Benkiem C. Nie myliłam się, jego wybory ról są staranne, do tego bardzo "moje". Nos, babo, nos!

W "The Last Enemy" Benedict Cumberbatch jako naukowiec Stephen Ezard przyjeżdża do Londynu na pogrzeb brata. Londyn jest dziwny, wszędzie kontrole, barierki, skanowania, ochrona, bez ważnej karty ID nie da się funkcjonować. Przywitanie na lotnisku dziwne, pogrzeb dziwny, mieszkanie, kiedyś wspólne z bratem, też dziwne, w sypialni leży nieznana chora dziewczyna. Na dodatek wchodzi, jak do siebie, jakaś kobieta twierdząca, że była żoną zmarłego. Stephen cierpi. Nie z powodu śmierci brata ale z powodu nerwicy natręctw (obsessive - compulsive disorder, OCD). Nowe zaskakujące sytuacje nie pasują do jego sterylnego świata. Materializuje się jednak, niespodziewanie i gwałtownie, potężna moc uczucia, która napędza Stephena niczym paliwo rakietowe. Wdowa po bracie, Yasim Anwar (w jej roli Anamaria Marinca), zdecydowanie potrzebuje natychmiastowego wsparcia. Akcja rusza galopem. Rząd chce przeforsować projekt centralnej bazy wszystkich danych wszystkich obywateli, T.I.A. (Total Information Awareness). Chodzi o absolutną i totalną wiedzę o najdrobniejszych szczegółach życia każdego obywatela. Stephen dostaje propozycję kilkuletniego finansowania swoich badań naukowych w zamian za poparcie projektu. Yasim znika. Stephen porusza niebo i ziemię by ją odnaleźć i ponownie wziąć w ramiona. Ich relacja jest miękka, piękna, tworzą razem całość, jedność - niesamowite role obojga. Wspomnienia o mężu bolą Yasim, kochali się mocno i zbyt krótko. Wspomnienia o bracie bolą Stephena, obaj nie znosili się serdecznie. Nie pora jednak na cierpienie jednostki, wzywają ważne kwestie społeczne, nadchodzi czas działania dla dobra ludzkości. W obliczu wyższych wartości drobne ludzkie bóle, pretensje i zapiekłe żale schodzą na plan dalszy, w końcu znikają. Bohaterowie odkrywają masowe zatajenia, szczepienia i wszczepienia, wyciszenia, tajemnicze zniknięcia i masowe zgony pakistańskich uchodźców. Kto wygra w tej nierównej szarpaninie jednostki z systemem?

Benedict znowu gra geniusza i, jak zwykle, dobrze mu to wychodzi. W scenach, w których mózg granego przez niego bohatera pracuje na najwyższych obrotach, jest zdecydowanie wiarygodny.

The Last Enemy
miniserial TV BBC
5 odcinków
Wielka Brytania 2008

faza Frankenstein



"Frankenstein" z 1931 roku, jako Monstrum - Boris Karloff
 


 "Młody Frankenstein" Mela Brooksa z 1974 roku

piątek, 21 marca 2014

nieodgadnione


"Sir Isaac Newton podobno nieraz przyznawał się do tego, że czuje się jak dziecko zbierające muszle na brzegu tego wielkiego i niezbadanego oceanu, jakim jest ogrom ukrytej jeszcze przed nami prawdy. Ci zaś z jego następców w różnych dziedzinach nauk przyrodniczych, z którymi byłem zapoznany, wydawali mi się, nawet w moich chłopięcych wyobrażeniach, zwykłymi terminatorami, zajmującymi się przypadkowo tymi samymi zagadnieniami. Niedouczony wieśniak spostrzegał dokoła żywioły i wiedział, jak je praktycznie wykorzystać. Najbardziej uczony filozof wiedział niewiele więcej. Zdjął częściowo zasłonę z oblicza natury, lecz jej odwieczne i niezniszczalne właściwości pozostawały nadal nieodgadnionym dziwem i tajemnicą. Mógł ciąć i rozkładać na części anatomiczne i nadawać nazwy, ale, nie mówiąc już o przyczynie ostatecznej, przyczyny drugiego i trzeciego stopnia były mu zupełnie nie znane".

Mary Wollstonecraft Shelley "Frankenstein", przełożył Henryk Goldmann, Wydawnictwo Poznańskie 1989, str. 29

czwartek, 20 marca 2014

"The Fifth Estate"



Forma: film bardzo dobrze zrealizowany, wciągający do spodu, oglądając zapomniałam, że to ujęcia, aktorska gra, że kamera, akcja, klaps. Szczytem wszystkiego było, że całkowicie zignorowałam Cumberbatcha (naprawdę!), przestałam zwracać na niego uwagę, wskoczyłam do filmu na całego, tak jakbym wyszła na ulicę. Oprócz ostatnich ujęć, kiedy Julian Assange przemawia, wtedy już całkowicie był znowu Benkiem C.

Treść: na pewno pokrywająca się z faktami, niewątpliwie, pytanie, w jakim stopniu i w których momentach. Julian Assange prosił Benedicta, by nie brał udziału w tym projekcie filmowym. Bezskutecznie.

Dylematy, wybory, ustępstwa, kompromisy, bezkompromisowość, dążenie do celu, geniusz, wady, cechy charakteru, wyczucie drugiego człowieka, brak wyczucia drugiego człowieka, manipulacja. Prawda. Wartościowanie. Prawda obiektywna. Prawda prawdziwa. Poświęcenie?

Zapytałam dwie zaprzyjaźnione osoby, dorosłe, wykształcone czy wiedzą co to WikiLeaks i kto to Julian Assange. Nie wiedziały.

Piąta władza
The Fifth Estate
Belgia, USA, Wielka Brytania 2013
Reżyseria: Bill Condon
Scenariusz: Josh Singer


wtorek, 18 marca 2014

Stuart & Alexander


Historia prawdziwa, sfilmowana dla BBC. Alexander zajmuje się bezdomnymi. Poznaje Stuarta i postanawia napisać o nim książkę. Stuart jest niewątpliwie inteligentny, bystry, dowcipny, choć mieszka pod drzewem i jest uosobieniem menela. Dziwnie mówi, dziwnie chodzi i jest "nieco" nieobecny. Alkohol i nie wiadomo co jeszcze. Ma dopiero 33 lata, dziadków, mamę, siostrę, nawet syna. Zaliczył już kilkadziesiąt odsiadek. Można by powiedzieć, że świr, ale przecież przeważnie normalny. Prowadzi auto nie przekraczając 30. Chłopaki zaprzyjaźniają się w pewnym sensie, książka powoli powstaje, tyle, że od tyłu, Stuart opowiada kolejne etapy swojego życia od teraz wstecz, aż do dzieciństwa. Poznajemy stopniowo fakty, historie. Coraz bardziej niepokojące.

Obaj przyjaciele mają na siebie dobry wpływ, spędzają ze sobą sporo czasu. Tolerują się takimi, jakimi są. Grzeczny i ułożony Alexander momentami zaczyna ciut więcej swawolić, niepokorny Stuart jakby wraca coraz bardziej do zwyczajności, lepiej wygląda.

Twórcy filmu ciężki temat jakoś tak przetworzyli, że podany jest w niesamowicie lekkiej formie, nie przygniata, nie przydusza, lekko nas muska, ale i w takiej postaci przekaz jest pełny i trafiający do celu. Książki wg której produkcja tv powstała jeszcze nie czytałam, poza zasięgiem, ale poszukam. Znalazłam fragment, boing, boing, whoosh ;)

Moja ulubiona scena - kiedy Stuart po rajdzie na kosiarce pije herbatkę Lapsang souchong (very tasty, yeah) :)

Tom Hardy jako Stuart - brilliant, Benek Cumberbatch w roli Alexandra, wyluzowanego ale bez przesady (middle class) inteligenta w okularkach, na rowerze - całkiem całkiem :) Obaj panowie wystąpili razem w jeszcze jednym filmie, już widziałam, ale opiszę, jak przeczytam książkę i obejrzę ponownie.


Babybird - You're Gorgeous


Stuart: Spojrzenie w przeszłość
Stuart: A Life Backwards
Wielka Brytania 2007
Reżyseria: David Attwood
Na podstawie książki Alexandra Mastersa "Stuart. Życie do tyłu" (Stuart: A Life Backwards)

Marcel z Joigny


"Właśnie w pozornych osłabieniach prawdopodobieństwa mój realizm okazuje się najbardziej czujny... zgodnie z metodą analizy matematycznej, która polega na tym, aby pracując nad liczbą absurdalną, urojoną, wyprowadzić z niej możliwe do przyjęcia równania, wychodzę od wyimaginowanych danych ze spokojnym sumieniem i silną wiarą w prawdziwość rozwiązania, tak iż kończąc nowelę mam prawo (ponieważ przez cały czas byłem realistą) ignorować absurdy, jakim dałem się ponieść".
Marcel Aymé
ze wstępu do tomu nowel Derrière chez Martin


"Marcel Aymé urodził się w Joigny w 1902 r. w departamencie Yonne, jako ostatnie z siedmiorga dzieci miejscowego kowala. Osierocony przez matkę w wieku dwóch lat, chował się u dziadków. Dziadek jego, właściciel wiejskiej cegielni, był zdecydowanym antyklerykałem i jego poglądy nie pozostały bez wpływu na późniejsze postawy pisarza. Po śmierci dziadka, babki i ukochanej ciotki tułał się po domach krewniaków, co niezbyt sprzyjało nauce, zwłaszcza iż nadszedł ciężki okres I wojny światowej. (...) Zdał maturę w liceum w Besançon, a ponieważ zdradzał znaczne uzdolnienia matematyczne, otrzymał nawet stypendium na studia. Niestety na samym wstępie przerwała mu je choroba. W latach 1921-23 odbył jako artylerzysta służbę wojskową we francuskiej strefie okupacyjnej w Niemczech. Po powrocie do kraju marzył o studiach medycznych, ale z prawdziwym zapałem oddawał się ponoć jedynie lekturze i ... grze w karty. Ostatecznie podjąć musiał pracę zarobkową. Zaczynał jako urzędnik bankowy, lecz wytrwał w tym zawodzie tylko rok, potem był kolejno statystą filmowym, agentem firmy ubezpieczeń, sprzedawcą, śmieciarzem, wreszcie dziennikarzem. W 1925 roku znowu zapadł na zdrowiu i powrócił w rodzinne strony na rekonwalescencję. Wtedy to podjął pierwsze próby pisarskie. (...) Najbardziej znaną z jego książek jest Zielona kobyła. (...) Jego fantastyka (...) służy odsłanianiu hipokryzji, głupoty i podłości, demaskowaniu świata zastygłego w pustych rytuałach. (...) Aymé zawsze był przeciwko wszelkiego rodzaju fanatyzmowi, konwenansom i kapliczkom. (...) Jego ulubionymi bohaterami są ludzie prości, zwłaszcza francuscy wieśniacy z Jury, z których się wywodził i którym pozostał wierny. Obserwuje ich, pozbawiony złudzeń, ironicznie, lecz życzliwie, przekonany, że największe nawet wady, ograniczenia i słabostki nie są w stanie stłumić wewnętrznego dramatu istnienia w najnędzniejszym z nich. Ten zmarły w 1967 r. samotnik z wyboru nie stworzył szkoły i nie pozostawił naśladowców. Całe życie konsekwentnie trzymał się z dala od grup i manifestów".

Wszystko powyżej,
z cytatem Marcela Aymé włącznie,
to fragmenty posłowia Wandy Błońskiej
do "Rusałki",
Wydawnictwo Literackie 1981

sobota, 15 marca 2014

mizaru kikazaru iwazaru




mizaru, kikazaru, iwazaru
nie widzę, nie słyszę, nie mówię
nie widzę nic złego, nie słyszę nic złego, nie mówię nic złego

nie szukaj i nie wytykaj błędnych czynów i słów innych ludzi

źródło: Wikipedia

piątek, 14 marca 2014

dziewczynka z rosyjskiej bajki



Na blogu IwoX zachwyciłam się powyższą ilustracją do bajki. Na szczęście otrzymałam zgodę (dziękuję!) i czmychnęłam do siebie z nową zdobyczą.  Mam nieustającą fazę na kolor zielony, od niedawna na brzozy i w ogóle lubię obrazki wszelkie, byle dobrze skomponowane. A ten tutaj ścina z nóg. Podziwiam tak wymowna prostotę. Malował niejaki Игорь Олейников.

pisanie dla przekazania


"Nie ma tłumaczenia, że coś stare. Czym co starsze, tym powinno być lepsze. Bo przeważnie tak jest. Rozwlekłości są bliższe raczej naszych czasów niż dawnych. Na głupoty zawsze było miejsce, choć w dawnych epokach technicznie było trudniej o rozpowszechnianie głupot. Choćby ilościowo. Trud wyrycia, przepisania był duży. Mało ludzi umiało pisać. A ci, co pisali, to pisali nie dla pisania, ale dla przekazania. Więc ich przekazy były zwarte i celowe. Chociaż do końca nie wiadomo. Patrzę z zazdrością na taką przeszłość zza naszej góry śmieci."

Fragment książki "Zawał" Mirona Białoszewskiego, 1977, str. 76

środa, 12 marca 2014

Benek & Benek



Film krótkometrażowy, poniżej w całości. W podwójnej roli (bliźniacy Joe i Charlie) Benedict Cumberbatch. Warto poświęcić te 11 minut.

Inseparable
Wielka Brytania 2007
Reżyseria: Nick White
Scenariusz: Matthew James Wilkinson


"nie giń, bo ci nie wolno"


"Kmicic milczał.
- No! czemu milczysz? - zawołał podniesionym głosem Radziwiłł - czynię cię na moim miejscu hetmanem wielkim i wojewodą wileńskim, a ty nie giń, bo to nie sztuka, ale ratuj kraj: broń województw zajętych, pomścij popioły Wilna, broń Żmudzi przeciw szwedzkiemu najściu, ba! Broń całej Rzeczypospolitej, wyżeń z granic wszystkich nieprzyjaciół!... Porwij się samotrzeć na tysiące i nie giń!... i nie giń, bo ci nie wolno, ale ratuj kraj!...
- Nie jestem hetmanem i wojewodą wileńskim - odparł Kmicic- i co do mnie nie należy, to nie moja głowa... Ale jeśli chodzi o to, by się porwać samotrzeć na tysiące, to się porwę!
- Słuchaj tedy, żołnierzu: skoro nie twoja głowa ma ratować kraj, to zostaw to mojej i ufaj!
- Nie mogę! - rzekł ze ściśniętymi zębami Kmicic.
Radziwiłł potrząsnął głową:
- Nie liczyłem na tamtych, spodziewałem się tego, co się stało, alem się na tobie zawiódł. Nie przerywaj i słuchaj... Postawiłem cię na nogi, uwolniłem od sądu i od kary, przygarnąłem do serca jak syna. Czy wiesz dlaczego? Bom myślał, że masz duszę śmiałą, do wielkich przedsięwzięć gotową. Potrzebowałem takich ludzi, tego nie ukrywam. Nie było koło mnie nikogo, kto by śmiał w słońce spojrzeć nieulękłym okiem... Byli ludzie małego ducha i małej fantazji. Takim nie ukazuj nigdy innej drogi, jak ta, po której oni sami i ich ojcowie chodzić zwykli, bo cię zakraczą, że ich na manowce prowadzisz. A przecie gdzie, jeżeli nie do przepaści, doszliśmy wszyscy owymi starymi drogami? Co się dzieje z tą Rzecząpospolitą, która niegdyś światu przegrażać mogła?
Tu książę głowę wziął w ręce i powtórzył po trzykroć:
- Boże! Boże! Boże!...
Po chwili tak mówił dalej:
- Nadeszły czasy gniewu bożego, czasy takich klęsk i takiego upadku, że zwykłymi sposoby już nam się nie podnieść z tej choroby, a gdy ja chcę użyć nowych, jedynie salutem przynieść mogących, tedy mnie opuszczają nawet ci, na których gotowość liczyłem, którzy powinni mi byli ufać, którzy mi ufność na krucyfiksie zaprzysięgli... Przez krew i rany Chrystusa! Zali ty myślisz, że ja na wieki poddałem się pod protekcję Karola Gustawa, że ja ten kraj naprawdę myślę ze Szwecją połączyć, że ten układ, za który zdrajcą mnie okrzyknięto, dłużej jak rok trwać będzie?... Czegoż to spoglądasz zdumionymi oczyma?... Więcej się jeszcze zdumiejesz, gdy wszystkiego wysłuchasz... Więcej się przerazisz, bo tu stanie się coś takiego, czego nikt się nie domyśla, nikt nie przypuszcza, czego umysł zwyczajnego człeka objąć nie zdoła. Ale mówię ci, nie drżyj, bo w tym zbawienie tego kraju, nie cofaj się, bo gdy nikogo nie znajdę do pomocy, tedy może zginę, ale ze mną zginie Rzeczpospolita i wy wszyscy - na wieki ! Ja jeden uratować ją mogę, ale na to muszę zgnieść i zdeptać wszystkie przeszkody. Biada temu, kto mi się oprze, bo sam Bóg go przeze mnie zetrze, czy to będzie pan wojewoda witebski, czy pan podskarbi Gosiewski, czy wojsko, czy szlachta oporna. Chcę ratować ojczyznę, i wszystkie drogi, wszystkie sposoby do tego mi dobre... Rzym w chwilach klęski mianował dyktatorów - takiej, ba! większej, trwalszej władzy mi potrzeba... Nie pycha mnie do niej ciągnie kto się czuje na siłach, niech ją za mnie bierze! Ale gdy nie ma nikogo, ja ją wezmę, chyba mi te mury pierwej upadną na głowę!..
To rzekłszy książę wyciągnął obie ręce do góry, jakby naprawdę chciał podeprzeć walące się sklepienia, i było w nim coś tak olbrzymiego, że Kmicic otworzył szeroko oczy i patrzył nań, jakby go nigdy dotąd nie widział - a na koniec spytał zmienionym głosem:
- Dokąd wasza książęca mość dążysz?... Czego chcesz?...
- Chcę... korony! - zakrzyknął Radziwiłł.
- Jezus Maria!...

Nastała chwila głuchej ciszy - jeno puszczyk na wieży zamkowej począł się śmiać przeraźliwie."

Henryk Sienkiewicz "Potop"