.

De omnibus dubitandum est. Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.

kaleką matematyką obliczamy swoją wartość (Emily Dickinson)

środa, 20 czerwca 2012

ku kolejnym mistrzostwom powolutku


Upłynął termin zwrotu wypożyczonych książek, a ja nadal uważam Euro i czytanie za mało kompatybilne. Książki do biblioteki oddam nieprzeczytane, po futbolowym szaleństwie zamówię jeszcze raz, olimpiady nie zamierzam oglądać, ani ciut ciut.


Nie byłabym sobą, gdybym przy meczyku nie robiła niczego innego, tylko oglądała. Zaatakowałam więc stos mocno zakurzonych krzyżówek, składowanych na kupkę od 2002 roku. Ile tam Jolek! :D

Dziecię me dorosłe, zupełnie podświadomie, wyciągnęło stare sudoku i rozwiązuje, co prawda nie podczas meczu, bo on kiedy ogląda, to ogląda, nie to co ja. Jaki fajny mechanizm zachodzi między osobami często ze sobą przebywającymi, przejmują od siebie zachowania zupełnie tego nie zauważając. 

Oglądając to co się dzieje na naszym Euro myślami przemieszczam się do 7 września, wtedy gramy pierwszy mecz eliminacyjny do Mistrzostw Świata, z Czarnogórą.

Nasza grupa w rankingu FIFA:

Anglia - miejsce 6
Czarnogóra - miejsce 50
Ukraina - miejsce 52
Polska - miejsce 62
Mołdawia - miejsce 140
San Marino - miejsce 206

Zważywszy, że z 53 drużyn w 9 grupach (8x6 + 1x5) awansuje tylko 13, to jakie mamy szanse? Wystarczyło popatrzeć, jak grała wczoraj Ukraina. Nawet jeśli sędziowie nie uznają ewidentnie strzelonego gola (co woła o pomstę do nieba, w takich momentach to mi się odechciewa, nie tylko oglądania zmagań na boiskach).

13 drużyn - 9 z nich to najlepsza drużyna każdej grupy, a o resztę miejsc walka, 8 najlepszych drugich miejsc w grupie rywalizuje pomiędzy sobą, co nosi cudną nazwę dwumeczy barażowych.


 7 września 2012  
Czarnogóra - Polska

11 września 2012  
Polska - Mołdawia

16 października 2012  
Polska - Anglia

22 marca 2013  
Polska - Ukraina

26 marca 2013
Polska - San Marino

7 czerwca 2013
Mołdawia - Polska

6 września 2013
Polska - Czarnogóra

10 września 2013
San Marino - Polska

11 października 2013
Ukraina - Polska

15 października 2013
Anglia - Polska


Wpiszcie sobie te daty do kalendarza.
Ciekawa jestem czy będzie ogólnokrajowe pospolite ruszenie podobne do tego z początku Euro. Mam nadzieję, wszak kilka z tych meczów powinniśmy wygrać :)

W każdym razie, z nami czy bez nas, Mundial 2014 warto będzie obejrzeć. I czekamy na następne Euro 2016, już z Polakami co najmniej w ćwierćfinałach. Szybko zleci, po drodze kolejny konkurs chopinowski. 

wtorek, 19 czerwca 2012

tot ziens "van"


Holendrzy odpadli. Nawet z grupy nie wyszli. Dziwne, bo to wicemistrzowie świata (Mundial 2010). Ale na Mistrzostwach Europy coś im nie idzie. Ostatnio (2008) w ćwierćfinałach niby zremisowali z Rosją, ale w dogrywce ulegli i pojechali do domu. Miejsce 4 w rankingu FIFA. Hm. 

Niby nie żal, ale jednak przyzwyczaiłam się i będzie mi brakowało głosu komentatorów powtarzających co chwilę "van". Van Bommel, van Persie. Wszystkie obie bramki strzelili właśnie "van", mianowicie van Persie i van der Vaart. Strzelali tak jak my, też mamy +2. Ale za to my mamy dwa punkty i -3 (trzy stracone bramki), a Holendrzy punktów ZERO i -5. 

Ale to po naszych zawodnikach "się jeździ". Na szczęście, nie wszyscy :) A ci nasi biedacy ze skóry wyłazili, siódme poty wylewali, nikt się nie snuł po zielonej trawce jak biała dama, zasuwali, aż im para uszami wychodziła. Dopiero druga połowa ostatniego meczu, kiedy załamali się, stracili wiarę i beznadziejne położenie odebrało im siły, była naprawdę kiepska. Ale łomot na początku meczu z Czechami był, taktyka wg planu, tylko skutek odmienny od założonego. Potem się okopali na pozycjach, też wg planu, tyle, że nie było czego bronić.

Weszliśmy jako organizator, bez eliminacji. Jakoś nie bierze się tego faktu zbyt często pod uwagę. Sprytnie usuwa się też ze świadomości, że Grecja 8 lat temu została mistrzem Europy.

Aktualny ranking FIFA:
Rosja - miejsce 13
Grecja - miejsce 15
Czechy - miejsce 27
Polska - miejsce 62

Chłopaki, wielkie dzięki, i tak było PIĘKNIE :)

Po tym solidarnym odpadnięciu pewnie nadal będą nas w świecie mylić: Holand - Poland :)

No i kto powiedział, że nie można łączyć pasji?! :D



Zdjęcie: https://www.facebook.com/trombonesrco  za wiedzą i zgodą :)

Trombones Royal Concertgebouw Orchestra 



niedziela, 17 czerwca 2012

jednak Krecik


Prawdziwa żałoba narodowa. Trochę w nią wczoraj weszłam, przeszłam i wychodzę powoli, nie zwyciężyliśmy. Przegraną zasadniczo "odchorowałam" po meczu z Grecją, teraz porażkę zniosłam spokojnie.

Bardzo jestem zadowolona, bo.

* Mamy Euro, u nas, za oknem, w tv i komputerze na okrągło, jest radośnie, biało-czerwono, wszędzie czysto, ładnie, przyjaźnie, twarze uśmiechnięte, gościnność i uczynność na porządku dziennym. Świat się kręci wokół piłki i w zasadzie tylko, piła nam słoneczko zastąpiła, została pępkiem, centrum i tematem numer jeden. Choć na chwilę. Wznieść piłce nożnej pomnik.

* Drużyna polska, okazało się, istnieje. Co prawda okresowo, czasem blednie i zanika, ale z tendencją do ponownego wyraźnego zaistnienia. W meczu z Grecją pojawiła się na pół meczu, potem powoli zaczęła znikać. W meczu z Rosją jaśniała jak żarówa, zgodnie z wytycznymi Polanskiego rozpoczęła nawet mecz z Czechami, ale w drugiej połowie zniknęli całkiem. Ale na pewno się jeszcze pojawią :)

* Znam skład polskiej reprezentacji, nareszcie lepiej niż niemieckiej, łącznie z rezerwowymi, kojarzę twarze z nazwiskami i wiem, który biegający punkcik na ekranie jak się nazywa, bo wiem nawet, na jakich pozycjach grają, jakiego są wzrostu, prawie pamiętam numery na koszulkach i znam fryzury i tatuaże. Tak stanowczo łatwiej kibicować. Trochę także pogłębiła się moja wiedza o zawodnikach innych drużyn.

* Poznałam trochę wnikliwiej regulaminy mistrzostw. Coraz bardziej kumam co jest konsekwencją czego i dlaczego.

* Przeżyłam niesamowite emocje, przedmeczowe, meczowe, okołomeczowe - dotyczy wszystkich drużyn, głównie naszej.

* Mogłam się wyrwać z rutyny codzienności, wejść na kilka (naście, dziesiąt) dni w inny wszechświat, zająć myśli tylko jednym tematem, odsunąć resztę i cieszyć się jak dziecko na super wakacjach, na maksa.

Bardzo jestem niezadowolona, bo.


* Smuda trener zrobił z gęby cholewę i nie wystawił do ostatniego meczu Wojtka Szczęsnego. Bu.

* Liczyłam na Maćka Rybusa, a on zniknął i tyle.

* Nie bardzo wiemy co się stało, że przegraliśmy i odpadliśmy. Dach, deszcz, zawodnicy, trener, taktyka, przygotowania, kto zawinił, co przeszkodziło? 


Stanowczo będę oglądała teraz z większą pasją pozostałe mecze, także po Euro. I, pomimo małych naszych szans, od 7 września, kiedy gramy z Czarnogórą, będę obserwowała eliminacje do Mistrzostw Świata. Stanowczo piłka jest najfajniejszym sportem. Obyśmy wreszcie pozyskali mądrego skutecznego trenera i pozwolili mu spokojnie robić swoje. Dołączmy tę pozycję do codziennych wieczornych próśb w paciorku, amen.




sobota, 16 czerwca 2012

migawki z Euro


Wszystko się wymieszało, nadmiar wrażeń mimo ograniczenia bodźców. Nie czytam książek (!), nie oglądam filmów, nie słucham muzyki, od ponad tygodnia. Oglądam mecze, wysłuchuję dziesiątki komentarzy.

Dowiedziałam się, że hymn hiszpański nie ma słów.

Wydaje mi się, że pojęłam już z grubsza, co znaczy "tiki-taka".

Ani jeden mecz na Euro 2012 nie zakończył się dotychczas bezbramkowo, wczoraj w obu meczach padło siedem bramek, w tym jedna tyłem :)

Gola tyłem zdobył dla Anglików Danny Welbeck we wczorajszym meczu ze Szwecją.

Przedwczoraj jako pierwsza drużyna odpadła Irlandia, kibice stanęli na wysokości zadania i cud piękności wykonali chórem na stadionie w ostatnich minutach meczu "The Fields of Athenry". Trener Irlandczyków Giovanni Trapattoni ma 73 lata. Jest najstarszym trenerem na Euro 2012. 

Wczoraj odpadła druga drużyna, Szwedzi. Uwielbienie szwedzkiej literatury, języka i kraju nie przekłada się w moim przypadku na Trzy Korony. Już wiem, że tak nazywana jest reprezentacja szwedzka (Szwedzi mają w herbie trzy żółte korony na niebieskim tle).

Zachwyciła mnie bramka Andrei (czy tak odmienia się włoskie męskie imię Andrea?) Pirlo. Strzelił ją z rzutu wolnego, kop, lot nad głowami "murujących" Chorwatów i piłka wpada prościutko do bramki, tuż obok wyciągniętych dłoni bramkarza.

Jeszcze nie wiem czemu na Francuzów mówi się Koguty.

A wczoraj była burza nad stadionem w Doniecku, sędzia po pierwszym piorunie, w strugach deszczu przerwał mecz już w 4. minucie. Reprezentacje Ukrainy i Francji skryły się na godzinę pod dach, kibice mimo potopu doskonale się bawili.

"Prawy do lewego". Jeśli "Lewy" to Lewandowski, to kto jest "Prawy"?

Eugen Polanski nadal swojsko przeklina, tym razem na konferencji prasowej. "Piękną" polszczyzną wyraził najtrafniej jak umiał, co powinniśmy zrobić by dziś wygrać, rozśmieszając nawet Smudę o kamiennej twarzy. "N.........ć".

Dziś wieczorem najwyższe emocje. Trzeba się im poddać :) Jak powiedział Tomasz Zimoch: "dajmy się zwariować" :D

Nie pamiętam, kto tak błyskotliwie ujął myśl w słowa: "Nie widzę innego wyjścia jak wyjście z grupy". 

Flaga 52 x 30 uszyta, kibice trenują szybki "rozwój" "zwoju", nie wiem tylko, czemu z dołu go góry zamiast z góry na dół.

Wygramy, wygramy, wygramy!

Dziś wieczorem.

czwartek, 14 czerwca 2012

Kibicem byłaś czy świeżo zostałaś?


Kibicem zostałam w 1974, podczas Mundialu. To były moje pierwsze obejrzane i kibicowane mistrzostwa świata w piłce nożnej. Ojciec i starszy brat siedzieli i oglądali, no to i ja z nimi. Braciszek dodatkowo prowadził taki duży gruby zeszyt z wycinkami w gazet i czasopism, zapisywał wyniki, składy, gole, karne, kartki, minuty, wynik do przerwy. Były tam też wszystkie reprezentacje na zdjęciach i miniplakatach. Kolorowe. Czytać umiałam już od trzech lat. Mniej więcej wtedy nauczyłam się też prowadzic samochód. "Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci." Rowerem nauczyłam się jeździć o wiele później. Początek był zachęcający, bo to właśnie wtedy reprezentacja Polski zajęła 3. miejsce pokonując Brazylię. Nic dziwnego, że połknęłam bakcyla dożywotnio. Pamiętam jeszcze, że wygraliśmy z Haiti 7:0.

Piłkę nożną za młodu uprawiałam także czynnie. Kiedy do brata przychodzili koledzy i graliśmy na podwórku, to ja zawsze stałam na bramce. Może stąd mój sentyment do bramkarzy.

W moim życiu wiele długich lat upłynęło bez posiadania i kontaktu z telewizorem, na mecze także nie chodziłam, więc jakoś mi to kibicowanie zanikało i pojawiało się, ostatnio dwa lata temu oglądałam właściwie calutkie mistrzostwa w RPA. Kibicowałam zawzięcie Niemcom i Urugwajowi, dość skutecznie, bo zajęli 3. i 4. miejsce. A Diego Forlan (Urugwaj) to mój ulubiony piłkarz.

Ileś tam lat temu kolega zaprosił mnie do teatru na balet i uparł się zawieźć i przywieźć mnie taksówką. Były to mocno minione czasy najwyższych obcasów i takich tam najróżniejszych ekstremalnych kobiecych akcesoriów. Po spektaklu wsiadam pod teatrem do taksówki, taka "całkiem kobieca" od stóp do głów i natarczywie pytam taksówkarza o wynik meczu, już nie pamiętam, jakiego. Jego mina - bezcenna.

Teraz, z Vademecum kibica pod ręką, oglądam wszystkie mecze Euro, na takim "zastępczym" sprzęcie, małym monitorku komputerowym, niewiele widać, ale zawsze to coś. Mecze Polaków i Niemców oglądam z zoomem, to znaczy przybliżam się do ekranu do około jednego metra, wtedy z grubsza widzę co się dzieje na boisku. Marzy mi się plazma, ale i tak się cieszę, że mam czas i mogę go poświęcić na to wielkie sportowe święto. Słucham dużo komentarzy, uzupełniają to czego nie dojrzałam :)




Góra od lewej: Sebastian Boenisch, Robert Lewandowski, Damien Perquis, Wojciech Szczęsny, Eugen Polanski, Jakub Błaszczykowski. 

Dół od lewej: Łukasz Piszczek, Marcin Wasilewski, Ludovic Obraniak, Rafał Murawski, Maciej Rybus.


zdjęcie z Wikipedii


środa, 13 czerwca 2012

"zachód słońca gdzieś nad Warszawą"


Był wtorek, dwunastego czerwca. Nad Stadionem Narodowym zachodziło słońce. Polska drużyna wybiegła na murawę. Chłopaki zagrali na poziomie, mądrze, zadziwili kibiców remisując z potencjalnie silniejszym przeciwnikiem. Robili swoje, każdy z osobna i wszyscy razem. Bramkarz jak Inspektor Gadżet, "dalej, dalej, ręce Tytonia", Obraniak dośrodkowywał niemal wzorcowo, Wasilewski hamował i pilnował, Boenisch był wszędzie i tam gdzie trzeba, Piszczek wypracowywał, Kuba strzelał, no każdy z nich dawał z siebie, co miał najlepszego. Polanski strzelił bramkę, wydarł ryk najwyższego zachwytu z gardeł Polaków na całym świecie, nie szkodzi, że był spalony, prawie się udało. I kiedy Boguś Eugenem zwany zaklął całkiem nie po niemiecku, nie trzeba było eksperta, by odczytał z ruchu jego warg nasze swojskie "k.... m..". Wszak to chłopak z Sosnowca, co z tego, że potem przysposobiony.
Dobrze wiedzieć, że mamy skuteczną, bojową, odważną, zgraną drużynę tworzącą jeden organizm. Nasi nie grali perfekcyjnie, do ideału im jeszcze odrobinę brakuje, robili błędy, tracili piłkę. To był chyba największy mankament, ale jeśli nad nim popracują, to jeszcze może być kosmos :)

Z fletu szkolnego najprostszego przysposobionego na wuwuzelę udało mi się wydobyć w czasie meczu charakterystyczną dopingującą piłkarzy sekwencję odgłosów.

Szkoda, że Lewandowski nie odpalił.

Szkoda, że w sobotę nie możemy mieć dwóch bramkarzy, bo serce już oddałam obu ;) Ale chętnie w sobotę popatrzę sobie na Wojciecha.

Sborna smutna.
Ciekawe czy matki kibicki   Arszawinem dzieci będą straszyły.

niedziela, 10 czerwca 2012

Euro 2012 - dzień drugi. Löw na Arenie Lwów


- No ale Tytoń przecież obronił karnego.
- To nie Tytoń bronił tylko aniołowie i wszyscy święci. Klękał i modlił się i znak krzyża zrobił, załatwił sobie wsparcie. Akurat bardzo było mu potrzebne. A jak kto w potrzebie i wie jak poprosić o pomoc, to ją dostanie.

Dzień pierwszy.
Polska - Grecja 1:1
Rosja - Czechy 4:1

Dzień drugi.
Holandia - Dania 0:1
Niemcy - Portugalia 1:0

To już czwarty dzień bez książek, nie mogę czytać. Ani jednej linijki. Ciekawe, kiedy mi przejdzie, nie przewiduję bym mogła długo pociągnąć nie dokarmiając się słowem czytanym.

Wczorajszy popołudniowy mecz Holendrów z Duńczykami ani mnie ziębił ani grzał. Nie kibicowałam żadnej z drużyn, oglądałam z pozycji neutralnej. Ale takiego bombardowania i zmasowanego ciągłego ataku na bramkę dawno nie oglądałam. A Duńczycy z tego zamieszania na chwilę myk zrobili, potem drugi i nie wiadomo kiedy zdobyli bramkę. Holendrzy biegali, strzelali, atakowali, dwoili się, troili, a w tym czasie Dania spokojnie dowiozła sobie zwycięstwo do końca drugiej połowy, niezbyt się "szarpiąc". Dziwny to był mecz, ale szacunek dla zwycięzców.

Wieczorem "mój" mecz. Na Arenie Lwów :D Z niemieckiej drużyny znam więcej zawodników, niż z polskiej. Bardzo trzymałam za chłopaków kciuki i pomogło! Byli lepsi w grze, ale ostatnio jakoś tak się dzieje, że nie zawsze lepszy wygrywa. Trzeba zdobyć bramkę. Ale Niemcom udało się jedno i drugie. Obrońcy byli niepokonani, razem z bramkarzem stworzyli zaporę nie do przebicia. Z przodka też było dobrze a i w środku i po bokach :) Drużyna kompletna. Jednak czegoś mi w ich grze brakowało. Podolski jakiś taki niemrawy, Müller też jakoś nieskuteczny, choć pracowity jak mróweczka. Özil mokry już od początku meczu, ganiał jak nawiedzony, komentatorzy mówią, że był najlepszy. Nie podobało mi się, kiedy Pepe, który wcześniej troskliwie pomagał wstać właśnie Mesutowi Özilowi, koledze z Realu Madryt, staranował bezczelnie Klosego, kiedy ten zasuwał lewą stroną pod portugalską bramkę, a sędzie nawet tego nie odgwizdał. Ostatnie dziesięć minut niby byłam spokojna, ale serducho mi waliło z emocji. Portugalczycy wyczyniali cuda by strzelić bramkę i mogło im się udać. Ale obrońcy i bramkarz do samego końca zachowali mega czujność. A Joachim Löw jak zwykle dłubał w nosie.  

W bardzo dobrym nastroju pomyślałam sobie, że jeśli wyjdziemy  z grupy - to na drugim miejscu. Niemcy zapewne wyjdą ze swojej na pierwszym. I wtedy w ćwierćfinale zagramy z nimi i oczywiście wygramy i tak oto znajdziemy się w półfinale. Czemu nie? :D

sobota, 9 czerwca 2012

Oczekiwania źródłem cierpień


Buddyści mają rację. Na pewno w odniesieniu do piłki nożnej. Tyle radości wczoraj unosiło się w powietrzu, mniej więcej przez pierwszą połowę meczu otwarcia. Euforia, coraz większe nadzieje i oczekiwania. Zanosiło się na jakieś 3:0. Piękna siedemnasta minuta, Lewandowski strzelił gola, polska drużyna grała jak natchniona. Kibice przecierali oczy ze zdumienia, że nasi w ogóle tak potrafią. Kiedy hiszpański temperamentny sędzia wyrwał ze swojej książeczki z papierem kolorowym czerwoną stronę i Grekom ubył jeden zawodnik, wydawało się, że już pozamiatane. Nastała druga połowa, po chwili remis, obrońcy, stoperami zwani, nawalili, Szczęsny ratował sytuację, rzucił się na Greka niczym Rejtan, no pasaran, a właściwie no pasara (pasara, pasaras, pasara, pasaramos, pasarais, pasaran, si, de acuerdo :). I sędzia wyrwał kolejną kartkę z bloczku, znowu czerwoną. Bramkarz otrzymał urlop okolicznościowy. Wszedł, boso niemal, po drodze w biegu buty sznurując, rezerwowy Tytoń i z marszu, bez rozgrzewki, wziął i obronił karnego, którego mu Wojciech w spadku zostawił. Naród odetchnął zbiorowo. Trener Smuda zastygł i tak mu już zostało, zapomniał, że zawodnicy po kilkunastu minutach maksymalnego wysiłku fizycznego i psychicznego mają prawo być odrobinę zmęczeni. Świeża krew nie napłynęła do organizmu naszej drużyny narodowej. Coraz bardziej anemicznie dotrwaliśmy w jedynkowym remisie do końca. Kibice z głupimi minami odchodzili od telewizorów. Nie wiadomo, mamy się cieszyć czy mamy się nie cieszyć. Totalna dezorientacja.


Nad moją głowę nadciągnęła chmura, ciężka, gradowa, nastała jesień, konkretnie listopad. Nawet ja sama siebie nie lubię. Stoicyzm gdzieś się zapodział. Umiar i zrównoważenie też wybyły. Mecz wieczorny dołożył do pieca, Rosjanie roznieśli Czechów w proch i pył, 4:1. Biedny Petr Czech.

Niedługo Holendrzy zetrą się na Ukrainie z Duńczykami. A ja czekam niecierpliwie na Niemców. Może ten mecz poprawi mój nastrój.


piątek, 8 czerwca 2012

Wboliwaj :)


Euro 2012 już dziś, pierwszy mecz Polska-Grecja za kilka godzin. Przyłapałam się na tym, że mam nastawienie niemal jak przed Bożym Narodzeniem, jeszcze jedno święto w roku, trochę szkoda, że jednorazowe. Ukasz przyniósł przed chwilą z kiosku Vademecum kibica, terminy, składy drużyn. Chcę wiedzieć. Lepiej się ogląda, kiedy rozpoznanie tematu pełniejsze. Obym po meczu miała równie dobry nastrój jak przed :)



środa, 6 czerwca 2012

Nex-Ex i stany


Juliusz Machulski ma się dobrze. Obejrzałam niedawno jego komedię "Next-Ex", niestety w teatrze tv, sztuka ok, obsada nieco mniej ok. Czemuż, ach, czemuż, obsadzono aktorów grających w popularnych serialach? Miałam wrażenie, że oglądam kolejny z odcinków Julii, M jak Miłość czy Na dobre i na złe. Albo inaczej, czemu aktorzy teatralni muszą być równocześnie aktorami serialowymi... :(

Tekst Machulskiego dość fajny, niestety zakończenie przewidywalne. Szkoda, że nie obejrzałam w teatrze, jakiś czas temu grano ją w Łodzi. Najbardziej utkwił mi w pamięci test na znajomość stanów amerykańskich, jaki ojciec przeprowadził na jednym z byłych chłopaków córki. Młodzieniec, nota bene, studiujący amerykanistykę, potrafił tych stanów wymienić 26. Kilka lat temu chodziłam na wykłady z kultury amerykańskiej, pewna siebie wzięłam ołóweczek i karteczkę i zaczęłam swój własny test. Utknęłam na 22. Pamięć mam dobrą, ale krótką. Przed chwilą test powtórzyłam, już lepiej, z biegu około 40, a po przypomnieniu niemal wszystkie. Macie ochotę na test ze znajomości stanów Stanów? :)

niedziela, 27 maja 2012

Noc w Operze Kameralnej


Zachciało mi się Mozarta posłuchać. A wczoraj Noc Mozarta była, bezbiletowo, więc się wybrałam. Zawsze miło posłuchać ulubionych arii z Czarodziejskiego fletu, z Don Giovanniego. No w ogóle, że Wolfgang Amadeusz wielkim/największym kompozytorem był, nie ulega. Kibic we mnie nie puścił mnie wcześniej, bo meczyk w TV leciał, Polacy grali, no jak nie obejrzeć. Ale kiedy tylko sędzia odgwizdał koniec, wygrana ze Słowacją 1:0, pognałam w te pędy w stronę Placu Bankowego i Warszawskiej Opery Kameralnej. Kolejka była na kilka godzin stania, niemal pod Bankowy. Pokręciłam się trochę smętnie, czy kto znajomy nie stoi bliżej drzwi popatrzyłam. Wchłonęłam atmosferę, zerknęłam w górę na piękne drzewa obrastające skwerek przyoperowy i zamiast zebrać się do chałupy i obejrzeć X-Factora, no bo przecież nie Eurowizję, bo w tym roku nas nie stać na transmisję, to nabrałam ochoty i przegoniłam podszepty rozsądku. Ustawiłam się w kolejce, która w międzyczasie urosła o jakąś godzinkę-półtorej. Stało się dobrze. Ale o zachodzie słońca dopadło mnie rozdziewające ziewanie. Byłam dzielna jak druhna drużynowa i mimo bolącego kręgosłupa nawet nie jęknęłam. Nagroda przyszła wkrótce, jakiś miły pan podszedł do kolejki i rozdał nam kilka wejściówek na 22.50. Wkrótce moja kolejka dosięgnęła pobliża drzwi i otrzymała wystane upragnione wejściówki, tym razem na 23.25. Dwukrotnie pod rząd zasiadłam więc na sali by wysłuchać, raz z balkonu a raz z pierwszego rzędu fragmentów Wesela Figara i Cosi fan tutte. Rewelacja. Dzikie tłumy, na zewnątrz ale i w środku, mimo wejściówek ludzi było więcej niż miejsc. Atmosfera niezapomniana. Muzyka słodka i piękna, raj muzyczny. Szkoda, że nie miałam już siły zostać do końca, na Eine kleine Nachtmusik i Don Giovanniego, kolejka była już sensowna, Warszawiacy wymiękli, zostali najbardziej zagorzali i wytrzymali.

We wtorek, pojutrze, na Krakowskim Przedmieściu Requiem Mozarta, w środku dnia. Tego już chyba żadne Media nie przeoczą.

piątek, 18 maja 2012

Co ci się tak nogi trzęsą?


W moim ogólniaku na dużej przerwie leciała muzyka. Dyrektor zawsze mnie pytał: Beata, co ci się tak nogi trzęsą? :) No, "trzęsły się" przy większości kawałków, moi koledzy z radiowęzła mieli dobry gust muzyczny a ja szczególną wrażliwość na kawałki taneczne. Może nie znałam wtedy Donny Summer, ale "I feel love" słuchałam namiętnie w wykonaniu Bronski Beat. Zwłaszcza na parkietach dyskotek, pod koniec szkoły i na początku studiów. Stare dzieje, szalona wczesna młodość :)

Donna Summer - I feel love

wtorek, 8 maja 2012

post rurum :)


"Bez sił, bez ducha, to szkieletów ludy"... - to ja po zakończonej wymianie rur. Serce mi się ostało, thank you very much. Dłonie spuchnięte, bolące opuszki palców nawet. Ale dziś już prawie odreagowałam to nagłe wyrwanie z ciągu czytelniczego. Wraz z ostatnim robotnikiem opuszczającym progi zajmowanego aktualnie lokalu mieszkalnego popadłam w euforię graniczącą z ekstazą. To już KONIEC.

Wracam do czytania o perypetiach Wallandera, to dziś. Jutro znów przerwa w uskutecznianiu czytelnictwa, w Dublinie rozpoczyna się drugi etap przesłuchań w ramach Dublin International Piano Competition, będę wisiała na słuchawkach on-line ile się uda. Czego i Wam życzę.

piątek, 27 kwietnia 2012

masakra powymianowa


Tydzień po kostki w kurzu i myślicie, że będzie tego? Ależ skąd. Do wieczora czekałam na uroczych panów w roboczych strojach, mieli wpaść na dwie minuty zawiesić szafkę gigant kuchenną. No niestety, nie zdążyli. Odpoczywali, weekend majowy, wiosna na całego, cieplutko, słoneczko, gdzież im o mojej skromnej osobie pamiętać. Obiecali, tak, pamiętają, tak, zaraz przyjdą, tak zawołają kogo trzeba. Szafka paraliżuje wszelki ruch w mieszkaniu, łóżka nie da się rozłożyć, kroku porządnego zrobić, nie mówiąc o posprzątaniu tego całego uroczego bajzelku. Umywalka dla towarzystwa szafce też się gdzieś pałęta, tyle fatygi przecież z jej podłączeniem, po co przed długim weekendem, kiedy można potem, za kilka dni. Niech żyje polski fachowiec, wznieść mu pomnik.

PS. Jeden z panów godny pochwały, NORMALNY, życzliwy, pracowity, zrobił w try miga swoją robotę i więcej, nie jęczał, nie migał się, machnął w minutę to o co go poprosiłam dodatkowo (trzy różne prośby) i nie dopraszał się o "na piwo". Wyjątek potwierdza regułę, stanowczo.


czwartek, 26 kwietnia 2012

rury nowe hura


Nadejszła chwila, wymieniają rury. Totalny kataklizm. Zwłaszcza w malutkim mieszkanku zapakowanym po sufit. Przemieszczanie szafek i gratów na tak ograniczonej przestrzeni do najprzyjemniejszych czynności nie należy. Demolka kuchni (otwartej na resztę mieszkania), dziura od podłogi do sufitu na samym środku. Kilkumetrowa szafka kuchenna, solidna, wielka, ciężka, stoi w centrum pokoju eliminując resztki wolnej przestrzeni. Dzień pierwszy - od rana nie ma wody w kuchni, bez uprzedzenia. Dzień drugi - kucie dziury w ścianie kuchni, zmiana rur. Dzień trzeci - zamurowywanie dziury w kuchni, brak wody w łazience. Dzień czwarty - malowanie kuchni, całkowity brak łazienki od 7 rano, niemożność załatwienia potrzeb fizjologicznych. Itd., itp. Łomot kolosalny. Kują u góry,  u dołu, u sąsiadów z jednej strony, u sąsiadów z drugiej strony. Kurz, pył, wszystko siwe. Poprzykrywane niby, ale pyłek się wszędy przedostanie. Litości zmiłowania. Otwieram drzwi na balkon, przeciąg, nie da rady. Gorąco, pot się leje. Idę na balkon. A co tak będę stała, okna umyję. No i myję wszyściutkie co do jednego. Wszystko mnie boli. Nogi się uginają, ręce mdleją. Zaczynam się przyzwyczajać. Ganiam w te i nazad między kuchnią i łazienką nosząc wodę w zależności od tego gdzie leci a gdzie nie. Odżywiamy się kefirem, serkami homo i pizzą. Tylko budziki nastawić rano, obudzić się na czas, nie robić cyrku otwierając zaspana w kusej koszulce panom robotnikom. Tylko dwa razy otwierałam w koszulce, no TYLKO. Gigant szafka z kuchni, niezdejmowana chyba od chwili zbudowania domu i wprowadzki pierwszego lokatora okazuje się być poręczną półeczką na wszystko. Lustro łazienkowe przyklejone kiedyś przez jakąś nadzwyczaj ciężko myślącą osobę do kafelków, już opłakane i pożegnane (ale co z tymi siedmioma latami nieszczęścia?) cudownie ocalone przez robotników, którzy nie olali, przyłożyli się i odkleili w całości. Kibelka brak, okres przejściowy, stary już wyniesiony, nowego jeszcze nie ma. Trzeba zahibernować fizjologię albo najechać łazienkę sąsiadów. Kiedy wybierałam się wieczorem myć głowę w zlewie kuchennym przypadkowo odkryłam, że pojawiła się woda w łazience. Dawno nie cieszyłam się aż tak bardzo z faktu możliwości użycia ciepłej wody w wannie.

Home is my castle? Brutalnie naruszono mir domowy. Ale przeżyję, co mam nie przeżyć. Mam nerwy w o wiele lepszym stanie niż przypuszczałam :)

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

pora deszczowa


Włączam tv a tam grobowe miny, dramat, tragedia, pogodynki i prowadzący różne programy z minami jak na pogrzebie, zaraz ogłoszą żałobę narodową. A powód? Deszcz pada. Pochmurno. Słońce nie świeci. I tak całe dwa albo i trzy dni! No to rzeczywiście, nic tylko wpaść w głęboką depresję z tego powodu. Moje ciśnienie wbrew prawom natury skacze w górę zamiast opadać, wkurzona jestem i totalnie nie rozumiem tego zbiorowego lamentu i pretensji kierowanych w stronę Niebios. Czekam kiedy zaczną się masowe protesty, że w ogóle jesień i zima istnieją a słońce wieczorem zachodzi.