De omnibus dubitandum est. Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.

kaleką matematyką obliczamy swoją wartość (Emily Dickinson)

czwartek, 26 kwietnia 2012

rury nowe hura


Nadejszła chwila, wymieniają rury. Totalny kataklizm. Zwłaszcza w malutkim mieszkanku zapakowanym po sufit. Przemieszczanie szafek i gratów na tak ograniczonej przestrzeni do najprzyjemniejszych czynności nie należy. Demolka kuchni (otwartej na resztę mieszkania), dziura od podłogi do sufitu na samym środku. Kilkumetrowa szafka kuchenna, solidna, wielka, ciężka, stoi w centrum pokoju eliminując resztki wolnej przestrzeni. Dzień pierwszy - od rana nie ma wody w kuchni, bez uprzedzenia. Dzień drugi - kucie dziury w ścianie kuchni, zmiana rur. Dzień trzeci - zamurowywanie dziury w kuchni, brak wody w łazience. Dzień czwarty - malowanie kuchni, całkowity brak łazienki od 7 rano, niemożność załatwienia potrzeb fizjologicznych. Itd., itp. Łomot kolosalny. Kują u góry,  u dołu, u sąsiadów z jednej strony, u sąsiadów z drugiej strony. Kurz, pył, wszystko siwe. Poprzykrywane niby, ale pyłek się wszędy przedostanie. Litości zmiłowania. Otwieram drzwi na balkon, przeciąg, nie da rady. Gorąco, pot się leje. Idę na balkon. A co tak będę stała, okna umyję. No i myję wszyściutkie co do jednego. Wszystko mnie boli. Nogi się uginają, ręce mdleją. Zaczynam się przyzwyczajać. Ganiam w te i nazad między kuchnią i łazienką nosząc wodę w zależności od tego gdzie leci a gdzie nie. Odżywiamy się kefirem, serkami homo i pizzą. Tylko budziki nastawić rano, obudzić się na czas, nie robić cyrku otwierając zaspana w kusej koszulce panom robotnikom. Tylko dwa razy otwierałam w koszulce, no TYLKO. Gigant szafka z kuchni, niezdejmowana chyba od chwili zbudowania domu i wprowadzki pierwszego lokatora okazuje się być poręczną półeczką na wszystko. Lustro łazienkowe przyklejone kiedyś przez jakąś nadzwyczaj ciężko myślącą osobę do kafelków, już opłakane i pożegnane (ale co z tymi siedmioma latami nieszczęścia?) cudownie ocalone przez robotników, którzy nie olali, przyłożyli się i odkleili w całości. Kibelka brak, okres przejściowy, stary już wyniesiony, nowego jeszcze nie ma. Trzeba zahibernować fizjologię albo najechać łazienkę sąsiadów. Kiedy wybierałam się wieczorem myć głowę w zlewie kuchennym przypadkowo odkryłam, że pojawiła się woda w łazience. Dawno nie cieszyłam się aż tak bardzo z faktu możliwości użycia ciepłej wody w wannie.

Home is my castle? Brutalnie naruszono mir domowy. Ale przeżyję, co mam nie przeżyć. Mam nerwy w o wiele lepszym stanie niż przypuszczałam :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz