De omnibus dubitandum est. Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.

kaleką matematyką obliczamy swoją wartość (Emily Dickinson)

wtorek, 11 lutego 2014

pod słońcem Australii


Miniony turniej Australian Open przebiegał dla mnie dwutorowo: nasi i "moi". Nasi powoli odpadali, została Agn-Isia i Kubot w deblu. Zgrzytałam zębami, kiedy o kolejnych awansach Polaków trąbiono we wszystkich wiadomościach, z wyjątkiem sukcesów Łukasza grającego w parze ze Szwedem. Czy tak trudno dopisać linijkę tekstu i ją przeczytać potem, Szanowni Przygotowywacze Wiadomości Wszelkich? Musiałam opłotkami szukać, co tam u Kubota. A o nim przypomniano sobie dopiero, kiedy doszedł do finału. I dopiero kiedy wygrał, się zaczęło chwalenie, informowanie, gratulowanie. I to, czego już zupełnie nie rozumiem, na ręce prezesa PZT (Polski Związek Tenisowy). A czemu nie bezpośrednio?! Transmisji z meczu Kubota z Lindstedem o finał musiałam słuchać w internetowym radiu po angielsku, bo polskie media temat olały. W każdym razie cieszę się, bo komentatorzy, obcy, wznosili raz za razem wspaniałe okrzyki narastającego zachwytu, a mnie serducho rosło, cała puchłam z dumy. Robert Lindsted po wygranej rozpłakał się i jakoś ucichł, Łukasz skakał jak dzieciak, tańczył kankana, wskoczył na górę do boksu trenerskiego i potem nie mógł zejść, bo za wysoko, co widziałam na odtworzeniu na jakimś filmiku YT. W radiu usłyszałam śpiew z kortu "Polska, biało-czerwoni" i podziękowania zawodników, Łukasz dziękował oczywiście po angielsku i, ku zaskoczeniu, także po polsku :) Można było zrobić piękną relację na żywo i wspólnie przeżywać wielki moment polskiego sportu, ale ktoś przespał, przegapił, mądry Polak po szkodzie. A ja - jak Łukasza Kubota lubiłam i trzymałam kciuki od wielu miesięcy, pilnie śledząc każdy niemal jego występ, tak dalej lubię i jeszcze bardziej oczekuję jego kolejnych sukcesów. Kiedy po Wimbledonie Isia, Jerzyk i Łukasz na zaproszenie odwiedzili Prezydenta, to właśnie Kubot przemawiał w imieniu sportowców i bardzo zgrabnie mu to wyszło.


Ciąg dalszy nastąpi, będzie o "moich", a ściślej, o jednym "moim".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz