De omnibus dubitandum est. Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.

kaleką matematyką obliczamy swoją wartość (Emily Dickinson)

poniedziałek, 7 stycznia 2013

dobrze że się skończył


Czekałam na symboliczny koniec tego paskudnego w sumie 2012. To, że był to rok grasowania moli spożywczych, remontów i klepania biedy, to jeszcze nie najgorsze. Zostałam "wypchnięta do pierwszego szeregu", jak to określił mankellowski Wallander po śmieci swojego ojca.


2012 to niekończąca się, miałam wrażenie, wymiana rur, zakłócająca mir domowy na wszelkie możliwe sposoby. Po krótkiej przerwie powymianowe łatanie łazienki. Znów "pan od brudnej łazienkowej roboty" chciał zaanektować mi całe mieszkanie, wymyślił sobie, że popracuje sobie na balkonie, ale aktywowałam maksimum asertywności i pola ustąpiłam tylko na powierzchni łazienki i przedpokoju.

A i tak to był, okazało się, pikuś, nadciągała zawieruch remontu budynku z zewnątrz, ocieplania, wymiany balkonów. Ciemności egipskie, rusztowania zasłonięte siatką. Miałam prywatną "jaskinię Platona". Widziałam cienie poruszające się po przeciwległej ścianie. Słyszałam dzikie odgłosy, jakby ludzi pierwotnych, a to robotnicy byli. Rozróżniałam przekleństwa. Widziałam same stopy chodzące po górnym rusztowaniu lub ich cienie. Łopotały fragmenty osłaniającej siatki, za oknem i na cieniu. Ziemia się trzęsła, kiedy panowie "wskakiwali" z fantazją w kilku z rusztowania na balkon, robili to nieustannie. Czasem jednak "mężczyźni na balkonie" skradali się, a że zimno chwytało powoli, naciągali kaptury. Kilka razy przechadzałam się, zadowolona, że akurat pięć minut spokoju, na ułamek sekundy odwracam się i widzę NAGLE ciemną zakapturzoną postać, wyglądającą jak uosobienie złych mocy z horrorów. Dowiedziałam się, jak to jest być doprowadzonym do ostateczności.

Zulus. Mieszka nade mną. Wali piętami w goły parkiet, aż się budynek trzęsie. Energiczny. Czasem mam wrażenie, że rzuca meblami. A może to tylko jego kot się bawi.

Podróże 2012 ograniczyły się do dwóch wyjazdów na pogrzeby.

Koncerty 2012 - nieliczne, nie było zbyt wiele "muzyczno - chemicznego" wspomożenia organizmu muzyką na żywo. Dzięki znajomym "zaliczyłam" jedynie trzy koncerty tegorocznego ChiJE, bardzo jestem wdzięczna i za to. Może w 2013 nadrobię niedobory.

Czytelnictwo 2012 - w ciemnościach i z "człowiekiem pracującym" w kuchni, łazience lub z drugiej strony parapetu także nie było zabawne ani treściwe, zwłaszcza kiedy kurz i hałas wiertarek i kucia tynków zatykały zmysły i drażniły absolutnie cały system nerwowy.

Jedzonko 2012 - zaczęło się od tego, że po odkryciu moli spożywczych wyrzuciłam wszytko co jadalne, oprócz ziemniaków, wszelkie ryże, kasze, makarony, mąki, ziarna, przyprawy (skurczybyki zalęgły się nawet w słoiczku z liśćmi laurowymi). Niewiele pomogło, siedziały nawet wewnątrz otwieracza do puszek, w pudełeczkach z zapałkami i w zeszytach z przepisami. Cały rok pod znakiem jabłek, kartofelków, soli i cukru w kostkach. Ostatniego mola odnotowałam w listopadzie i dopiero kilka dni temu nabyłam pierwsze opakowanie ryżu i zestaw przypraw, na razie cisza, ale pozostaję nieufna i ostrożna.

Ale cnotę cierpliwości za to wyćwiczyłam niemal do granic, nerwy już są na bardzo krótkich postronkach i cieszę się, że potrafiłam ten istny zalew doświadczeń jako tako, na ile się dało, przełożyć na pozytywy, na wypracowanie własnych metod radzenia sobie w "ekstremalnej codzienności". Parę razy byłam blisko doświadczenia syndromu pourazowego jak uczestnicy działań wojennych.


Po świętach sąsiedzi zza ściany rozpoczęli remont mieszkania, już "zaliczyliśmy" pierwsze wiercenia wiertarką. Czego Wam absolutnie nie życzę.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz