.

De omnibus dubitandum est. Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.

kaleką matematyką obliczamy swoją wartość (Emily Dickinson)

czwartek, 28 kwietnia 2011

plakat muzyczny



  


A ten plakat znalazłam przed chwilą zupełnie przypadkowo :)



plakat filmowy




  


Wczorajszy spacer po Rynku Starego Miasta, Strona Kołłątaja, idę do najlepszej lodziarni na lody jagodowe. Nagle zauważyłam kątem oka stoisko z miniaturkami plakatów, między innymi TEN. Niesamowity.


piątek, 22 kwietnia 2011

Batory


Dzień z odległej przeszłości, siedziałam wieczorem z rodzicami przed telewizorem, leciał Pegaz. Między innymi pokazywano wystawę plakatów w warszawskim muzeum, w Wilanowie. Następnego dnia o 6 rano jechałam do Warszawy. Musiałam. Plakaty mnie wołały.


  
Michał Batory

A ponieważ dziś jest dziś, a jutro jutro, a pojutrze i popojutrze ...
To powtórzę proste słowa, które usłyszałam trzy godziny temu.
Dobrego czasu życzę.


dziwny zbieg okoliczności...


   ... czyli jak znalazłam się w Teatrze Wielkim na festiwalu beethovenowskim :)

Baba J. powiedziała, że mam szlaban na najbliższe koncerty, aż do wakacji, no, może z wyjątkiem Sokołowa. Ale Dobra Wróżka skasowała postanowienie wrednej Baby. Coś zamieszała, poprzekładała, poprzestawiała, poprzesuwała, poprze... No, pojęcia nie mam jak, ale fakt faktem, byłam wczoraj na koncercie, znowu :)


Jakiś miesiąc temu koleżanka A. poleciła mi książkę Serce to samotny myśliwy. Zbierałam się do wypożyczenia jej, ale zawsze pobliski stos książek z tendencją wzrastającą jakoś mnie hamował. Kilka dni temu w końcu odwiedziłam bibliotekę i książkę do domu przyniósłszy natychmiast rozpoczęłam jej czytanie. Czemu nie jestem Światowidem i nie mogę czytać kilku książek jednocześnie? Wczoraj akurat doszłam do momentu, kiedy jedna z bohaterek, dziewczynka Mick, pierwszy raz słyszy Beethovena, a konkretnie III symfonię. Niesamowicie głęboko przeżywa słyszaną muzykę, ma doznania niemal jak pod wpływem silnego narkotyku, co pięknie opisuje autorka Carson McCullers. Chwilę potem siedziałam już przy YouTube i słuchałam pierwszej części tej symfonii. A jeszcze trochę potem zadzwoniła nieoceniona Tereska z pytaniem czy idę na Wagnera, bo wykopała spod ziemi wejściówki. Wagner w ramach festiwalu beethovenowskiego, koncert w Operze Narodowej. No gut, wskakuję w dyżurną marynarkę koncertową i idę. A w części drugiej koncertu - III symfonia Ludwiga van Beethovena. Niezbadane są ścieżki losu :)



  


Miło było odwiedzić Operę Narodową po tylu latach... Wagner, pierwszy raz w życiu, na dodatek na żywo, całkiem przyjaźnie brzmiał, na początek pięć pieśni w wykonaniu Petry Lang. Najbardziej podobała mi się Im Treibhaus. Wykonanie wczorajsze dla mojego niewyrobionego ucha nie było zbyt "harmonijne". Co prawda Rundfunk Sinfonieorchester Berlin pod dyrekcją Marka Janowskiego grała cudnie, Wagner brzmiał mi trochę jak ... Mahler, jednym słowem polubiłam, mimo że wokal częściej mi nie odpowiadał niż odpowiadał. No i nie zmieniłam zdania, pieśni pozostają nieco w tyle w moim rankingu ulubionych utworów. Potem Tristan i Izolda (Preludium i Miłosna śmierć Izoldy) - zachwycona byłam aż do momentu, w którym na scenę zakradła się Petra Lang, przepraszam, nie znam się, ale mi jej obecność przeszkodziła, zakłóciła doskonały kontakt z muzyką w wykonaniu orkiestry. A po przerwie już niczym niezakłócona wielka przyjemność poobcowania z nieznaną mi wcześniej III symfonią Beethovena. "Eroika" niczym niezakłócona... Z tym że, nie wiedzieć czemu, po pierwszej i nawet po drugiej części rozległy się brawa. No i jeszcze ktoś POTĘŻNIE kichnął rozśmieszając mimowolnie część słuchaczy Oklaski po wykonaniu całości były rzęsiste, długie i szczere, należały się bezapelacyjnie. Był też bis, ale nie odszyfrowałam, podobno to Schubert był, muzyka sama w sobie przepiękna i przepięknie wykonana.





PS. Terenia potwierdza, to Schubert był, IV symfonia, tzn. jej fragment.

Róża



 


Róża Kordos - Złota klatka VII


środa, 30 marca 2011

"... i w norce zapanowała zdumiewająca cisza"


Kajetan podszedł do aparatury odtwarzającej i nacisnął klawisz.
  Z głośników popłynęła muzyka klasyczna.
  Był to jeden z tych utworów, które nazywa się symfoniami.
  Zaczęli się wsłuchiwać.
  Dźwięki tworzyły melodię, współbrzmiały, harmonizowały ze sobą, opadały i wznosiły się, i z całą pewnością oddziaływały na wrażliwość odbiorców.
Był w tych dźwiękach jakiś czar i tajemnica, choć przecież nie przenosiły żadnych wyraźnych znaczeń i mogły być interpretowane na wiele sposobów.
  "Więc choć bez słów a jednak... - pomyślał kot delikatnie, dyrygując łapką.
- A jednak co..." - zastanowił się po chwili.
  I nie udzielił sobie odpowiedzi.
  Zasłuchany wyłączył się z nurtu codzienności i przeniósł w krainę dźwięków.
  Oto podbiegły do niego uśmiechnięte Glisanda i  razem z nim zaczęły radośnie ślizgać się po szczytach i dolinach kołysanych przez rytmiczne brzmienie.
  Oto uczestniczył w jakimś dramacie, który najpierw skradał się niepokojąco, by potem przemienić się w radosne wyzwolenie, oto wreszcie muzyka wciągnęła go w tryumfalny taniec, choć tak naprawdę siedział w wiklinowym fotelu i nie poruszał się zbyt gwałtownie, by skrzypienie nie zakłóciło mu odbioru.
  A gdy wreszcie zabrzmiały końcowe akordy i w norce zapanowała zdumiewająca cisza, przerywana tylko cichutkim skwierczeniem dopalających się świec, nie tylko Makawity, ale wszyscy uczestnicy tego wieczoru mieli dziwne odczucie.
  Nie bardzo mieli ochotę formułować jakieś wnioski, precyzować pojęcia, dopowiadać uczucia, które nimi targały.
  A równocześnie byli pewni, że to było przeżycie wspólne, że wszyscy słuchacze ulegli potędze i wdziękowi muzyki (...). Ech! Muzyka! Muzyka!

fragment książki Macieja Wojtyszki "Bromba i filozofia"


wtorek, 29 marca 2011

Wojtyszko - !!!


  Bibliotekarz Puciek porządkował swoją bibliotekę.
  - Co robisz? - spytała Bromba.
  - Porządkuję książki - odpowiedział Puciek.
  - Przeczytane? - zapytała Bromba.
  - Przeczytane - odpowiedział Puciek.

  - A zatem porządkujesz samego siebie - zauważyła Bromba.
  Puciek zgodził się, że można to i tak określić.

fragment książki Macieja Wojtyszki "Bromba i filozofia"


*******

  Malwinka otworzyła więc okno i zawołała:
  - Panie Fikandrze, pan Kajetan Chrumps prosi pana do telefonu.
  Fikander zaczerwienił się od stóp do głów i wszedł do pokoju Malwinki, żeby wziąć słuchawkę.
  - Halo, czy to Fikander? - zapytał detektyw.
  - W pewnym sensie - odpowiedział coraz mocniej zaczerwieniony poeta.
  - Nie można być sobą w pewnym sensie, a nie być w innym - powiedział Kajetan.
  - Można - odpowiedział smutno Fikander.
  - Ale to ty? - zaniepokoił się Kajetan.
  - Ale to ja - odpowiedział Fikander - w pewnym sensie.
  - A jak ty się czujesz, Fikandrze? Co ci przyszło do głowy, żeby chodzić za Malwinką?
  - Och! - westchnął Fikander - przepięknie...
  - Wytłumacz się jaśniej, co przepięknie?
  - Nie mogę. Imię rymuje się przepięknie... słoninka... wędlinka... koniczynka... przepięknie...
  - Zdaje się, że już wiem, o co chodzi. Poproś Malwinkę.
  - O co?
  - Do aparatu.

fragment książki Macieja Wojtyszki "Bromba i inni"


poniedziałek, 14 marca 2011

w słońcu prawie wiosennym


Gorąco, słońce grzeje pełną parą, kaloryfery też, zaczynam się powoli gotować. Nie wiem sama czy mam się cieszyć, dwoistość natury i skrajnie odmienne wymagania przeszkadzają. I ciepełko pożądane, ale i z ożywczym surowym chłodkiem trudno się jeszcze rozstać. Otworzenie okna ogłusza, nadciąga pora zatyczek do uszu, ani chybi.

Budzę się z hipotetycznymi obrazkami z Japonii pod powiekami. Na mapach Google często sobie podróżowałam ulicami miast, drogami na przedmieściach, nad brzegiem morza, przez lasy, przeważnie po Stanach czy Skandynawii. W weekend odpaliłam mapę Japonii, rejony nabrzeżne, wiadomo które. Jechałam przez zwykłe przedmieścia mijając zwykłe domki i wyobraźnia nakładała mi na sielskość obrazy z migawek telewizyjnych i internetowych. Koszmar. Sekwencja kataklizmów, wielkie potrząśnięcie, wielkie zalanie, a teraz na dodatek jeszcze ich napromieniuje, jedyna pociecha, że w bardzo niewielkim zakresie i stopniu. Jakoś mnie za bardzo do tego kraju i narodu nie ciągnęło wcześniej, jedynie filmy Kurosawy. Ale teraz siedzę z globusem pod ręką, plus osiem godzin i cóż, nic nie mogę. Takie martwienie się samo w sobie.

Wczoraj dowiedziałam się o nagłej chorobie wśród przyjaciół przyjaciół, rak. I kompletna bezradność, jak obserwowanie ruletki. Na dokładkę zafundowałam sobie kilka godzin słuchania Schuberta (Agniecha, zemszczę się! :), nie chciałam, ale jak już zaczęłam, nie mogłam się uwolnić, muzyka pochłonęła mnie bardziej niż jakaś klasyczna gierka komputerowa typu pasjans wchłania urzędnika, karmiąc się jego zabiurkowym znudzeniem. Czułam jakiś wir wciągająco-wysysający, jakby smutek muzyki Schuberta łączył się z troskami z mojej głowy i wyprowadzał tę niesprecyzowaną dziwnie mieszaną substancję do nie wiadomo gdzie istniejącej Krainy Wszelkich Smutków.

piątek, 21 stycznia 2011

wspomnienie z podróży



Trochę mój Edynburg.



 


 
  
zdjęcia: xbw

Dusiołki precz!



Szedł po świecie Bajdała,
Co go wiosna zagrzała -
Oprócz siebie - wiódł szkapę, oprócz szkapy - wołu,
Tyleż tędy, co wszędy, szedł z nimi pospołu.

Zachciało się Bajdale,
Przespać upał w upale,
Wypatrzył zezem ściółkę ze mchu popod lasem,
Czy dogodna dla karku - spróbował obcasem.

Poległ cielska tobołem
Między szkapą a wołem,
Skrzywił gębę na bakier i jęzorem mlasnął
I ziewnął wniebogłosy i splunął i zasnął.

Nie wiadomo dziś wcale,
Co się śniło Bajdale?
Lecz wiadomo, że szpecąc przystojność przestworza,
Wylazł z rowu Dusiołek, jak półbabek z łoża.

Pysk miał z żabia ślimaczy -
(Że też taki żyć raczy!) -
A zad tyli, co kwoka, kiedy znosi jajo.
Milcz gębo nieposłuszna, bo dziewki wyłają!

Ogon miał ci z rzemyka,
Podogonie zaś z łyka.
Siadł Bajdale na piersi, jak ten kruk na snopie -
Póty dusił i dusił, aż coś warkło w chłopie!

Warkło, trzasło, spotniało!
Coć się stało, Bajdało?
Dmucha w wąsy ze zgrozy, jękiem złemu przeczy -
Słuchajta, wszystkie wierzby, jak chłop przez sen beczy!

Sterał we śnie Bajdała
Pół duszy i pół ciała,
Lecz po prawdzie niedługo ze zmorą marudził -
Wyparskał ją nozdrzami, zmarszczył się i zbudził.

Rzekł Bajdała do szkapy:
Czemu zwieszasz swe chrapy?
Trzebać było kopytem Dusiołka przetrącić,
Zanim zdążył mój spokój w całym polu zmącić!

Rzekł Bajdała do wołu:
Czemuś skąpił mozołu?
Trzebać było rogami Dusiołka postronić,
Gdy chciał na mnie swej duszy paskudę wyłonić!

Rzekł Bajdała do Boga:
O, rety - olaboga!
Nie dość ci, żeś potworzył mnie, szkapę i wołka,
Jeszcześ musiał takiego zmajstrować Dusiołka?

czwartek, 23 grudnia 2010

tak sobie siedzę i myślę


Nie rozumiem. Siebie nie rozumiem. Byłam wczoraj pod budynkiem Filharmonii Narodowej, przed głównym wejściem, tuż po 19.00, chwilę przed rozpoczęciem koncertu, wykonanie na wysokim poziomie, kompozytor też w porządku, nawet bardzo, no i repertuar prima sort. VI i VII Symfonia Beethovena w wykonaniu orkiestry Sinfonia Varsovia pod dyrekcją Marca Minkowskiego. I ja nie weszłam do środka, przeszłam, minęłam i udałam się krokiem spacerowym na przystanek tramwajowy, wsiadłam i pojechałam do dom. A dziś czytam, że 30% miejsc świeciło PUSTKĄ. Czy ktoś mnie wytłumaczy mnie samej?


Może dlatego, że grała orkiestra, że nie było solisty grającego na fortepianie, na dodatek ten solista, którego nie było, nie był Trifonowem? No i Beethoven nie jest Chopinem. Czyżbym się zawęziła aż tak bardzo? Tragedia, muszę się odwęzić, bo będę tak do sierpnia czekała (dopiero wtedy Trifonow do Warszawy zjedzie). No, może do lutego, bo na Kultyszewa (finalista tegorocznego konkursu chopinowskiego, otrzymał wyróżnienie, no i też Rosjanin :) to się chyba zbiorę, tym bardziej, że w Studio Lutosławskiego znowu.


Już w poniedziałek marudziłam, że może i na Trifonowa nie pójdę, bo przecież i tak w radiu transmisja na żywo całego koncertu leciała. Wzięłam się jednak i wyprowadziłam, i dobrze, bo znowu chemia się w organizmie zmieniła, ja się zmieniłam. Każda wizyta w filharmonii, operze, sali koncertowej - zmienia, mnie przynajmniej. O wiele silniej, niż posłuchanie muzyki odtworzonej.

Wczoraj pod FN poczułam się jak auto z blokadą na kole. Muszę coś z tym zrobić. Chyba mi się tu jakieś postanowienie noworoczne wyłania..

 
 

A jutro Wigilia i już Boże Narodzenie. Zupełnie nie wprawiłam się w nastrój świąteczny i już chyba nie zdążę w tym roku, może za rok, za dwa? Ale jutro jednak pojadę po choinkę, Ukasz ją ustroi. Kapusta wigilijna ugotowana, zaraz będę pichciła barszczyk :) Uszka i pierogi będą, ze z góry upatrzonego zaufanego sklepu, no i podobnie kutia. Jutro spędzę parę godzin w kuchni, może przy dźwięku kolęd. Brakuje mi pianina, zdarzało mi się brzdąkać kiedyś jednym palcem jakieś kolędy i chętnie bym to powtórzyła, bo fortepian nadal za mną chodzi, jak wierny pies. Czuję tu kolejne postanowienie noworoczne, nawet je widzę, mimo że próbuje się skrywać za jakimiś śnieżnymi pagórkami. Siedmioma.

Mój komputer padł wczoraj nieruchomo i ja teraz na występach gościnnych, więc mocno czasem ograniczona i już MUSZĘ kończyć. Czemu padł akurat teraz? No, ok, głupie pytanie. 

Składam więc w pośpiechu Wszystkim Szanownym Czytelnikom Tego Bloga serdeczne życzenia szczęścia i zdrowia, wielu mądrych i ciekawych ludzi wokół i muzyki na co dzień. Niech w święta brzmią kolędy, zewsząd promienieją uśmiechy, niech Was otacza ciepło pozytywnych i radosnych uczuć. I mądrej miłości.


wtorek, 21 grudnia 2010

koncert


Już trzy dni temu pojechałam pod Studio Koncertowe Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego, nie wiem czemu, same nogi poniosły. A wczoraj byłam na koncercie z okazji Jubileuszu 85-lecia Polskiego Radia oraz 75-lecia Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach, w tymże studio. Głównym i jedynym powodem był występ Daniiła Trifonowa.

Nie można było nabyć biletu wcześniej, jedyną możliwością była rezerwacja telefoniczna i odbiór w kasie na godzinę przed koncertem. Już pół godziny wcześniej ludzie zaczęli się powoli zbierać przed okienkiem w radosnej atmosferze oczekiwania na MUZYKĘ oraz jej WYKONAWCÓW :) Fajne uczucie być w takim zgromadzeniu, wszyscy zupełnie sobie obcy, ale przecież tak podobni, w pewnym sensie.

Na początku NOSPR pod dyrekcją Jacka Kasprzyka zagrała "Małe requiem dla pewnej polki" Henryka Mikołaja Góreckiego, niedawno zmarłego. Było to dla mnie coś nowego, fortepian i 13 instrumentów, w tym dzwony. I dużo ciszy. Bałam się, że jeśli przeleci mucha, to będzie ją słychać i rozproszy muzyków i atmosferę, no i akurat przeleciała, chyba ją przyciągnęłam myślami, na szczęście bezszelestnie.

Nie mogę chodzić na koncerty skrzypcowe, niedawno na jednym byłam i musiałam wyjść po pierwszej części. Brzmienie skrzypiec albo mnie drażni albo zachwyca. Wczoraj mnie zachwyciło. Kiedy rozległo się pierwsze po dzwonach cichuteńkie nieśmiałe posunięcie smyczka pierwszych skrzypiec trochę mnie zatkało, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu. H.M. Górecki nie będzie pewnie moim ulubionym kompozytorem, ale cieszę się, że mogłam posłuchać takiego doskonałego wykonania. Dodam jeszcze, że w fortepian waliła Anna Górecka, za co ją potem dyrygent serdecznie uściskał. No waliła, tak popadło, nie była to subtelna szemraninka, ta dopiero po przerwie :)

Po niewielkim przemeblowaniu (zjechał Steinway, doszły krzesełka i pulpity dla kolejnych muzyków) z pełną parą na scenę wkroczył Prokofiew w wyborze suit z baletu "Romeo i Julia". NOSPR dał czadu, a i owszem, można było się zachwycać.

Na szczęście Prokofiewa bardzo lubię i mogę słuchać "na okrągło", zwłaszcza, że zima teraz i tuż przed świętami, a mnie jego muzyka się właśnie ze śniegiem kojarzy, może przez te dzwoneczki? Ale już w połowie "Romea i Julii" zaczęłam myśleć tylko o drugiej części koncertu. Jak zagra po powrocie z Ameryki, miał taki długi moment oderwania od konkursu i Chopina, przebywał w innym świecie, studia, prace domowe. A może pójść po autograf? Ale po co, nie zbieram przecież autografów. Zresztą na czym ten autograf. Ok, pójdę po ten autograf, co mi szkodzi. No i znów wróciłam na salę i usłyszałam dźwięki, wyłączenie na szczęście trwało krótko... Jacek Kasprzyk dyrygował niesamowicie, szczupły, przygarbiony, przywołując mi na myśl ekspresjonizm niemiecki...

W przerwie koncertu - dotoczenie Steinwaya - rozmowa z dyrygentem i wywiad z Daniiłem Trifonowem z głośników radiowych, jako że całość transmitowała bezpośrednio Dwójka. Z tego co pamiętam, Trifonow wybiera się teraz do Gdańska, będzie nagrywał płytę z orkiestrą tamtejszą. W Warszawie pokaże się niestety dopiero w sierpniu (uwzględnię w planach wakacyjnych, nie ma inaczej). Kiedy zaczął wyliczać jakie ma muzyczne plany, przestałam nadążać, i dobrze, młody jest, cała kariera przed nim. Ucieszyło mnie najbardziej, że przymierza się do III koncertu Rachmaninowa :))

No i nadejszła wiekopomna chwila, orkiestra się rozsiadła dostojnie i weszli mistrzowie. Zabrzmiał koncert e-moll Chopina. Trifonow zagrał delikatnie, pięknie, cieniując na Steinwayu ile się dało i szkoda, że nie było Fazioli, do którego nas przyzwyczaił. Jestem wrażliwa szczególnie na dwa momenty tego koncertu, ale gra młodego Rosjanina wydobyła takich momentów więcej i miałam ścieżki małych potoczków na pudrze w kremie spływające aż do szyi. No i trochę mnie potrzęsło z emocji. I parę razy zapomniałam o oddychaniu. Sąsiad obok zaczął kichać, może z emocji, a może z przeciągu, na szczęście robił to bezgłośnie, gratulacje :) Trochę głośno, zbyt głośno może grała orkiestra, ale siedziałam blisko, bliziutko i dlatego miałam takie wrażenie. W każdym razie Trifonow nie uciszał dyrygenta, jak w finale konkursu. Po e-mollu był tak uszczęśliwiony, radosny, uśmiechnięty, jakby właśnie wygrał. Może i wygrał ze strachem, bo widziałam jak ręce mu się trzęsły kiedy je spocone wycierał pomiędzy częściami koncertu. To było dopiero drugie po konkursie chopinowskim publiczne wykonanie e-moll (pierwsze miało miejsce w Poznaniu). Nie było owacji na stojąco, ale były trzy bisy, mazurki Chopina i tarantella. Ciekawe ile razy bisowałby nam, gdyby nie orkiestra, która nadal pozostawała na scenie. Bo brawa nie milkły, Daniił wychodził, kłania się i uśmiechał radośnie, promiennie, szczerze. Tarantellę zagrał tak szybko, że nie nadążałam ze słyszeniem dźwięków, a mazurki (bo to chyba były mazurki? mam problemy z odróżnianiem utworów...) delikatnie, on je wypieścił po prostu. I to był już niestety koniec, mało, jeszcze, niedosyt, brak, pustka. Stanowczo za mało, stanowczo za krótko.

No to może po ten autograf... Oj, chłopak przystojny, fajny, młody, utalentowany - będzie się teraz miał z wielbicielkami. Nie było problemu, żeby porozmawiać, a nawet uściskać.

Nie wiem, po co mi, ale mam ten autograf :)

czwartek, 16 grudnia 2010

zimowy obrazek






Namiary na autora (Rob Hain) otrzymałam niespodziewanie z Edynburga.

Dzięki Una Invitada :)