.

De omnibus dubitandum est. Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.

kaleką matematyką obliczamy swoją wartość (Emily Dickinson)

piątek, 22 listopada 2013

"lepszego bycia z sobą"


"jakże prędko
spełniły się wszystkie
moje życzenia
lepszego bycia z kimś
teraz lepszego
bycia z sobą
puste miejsca
zapełniam gorączkowo
datami wzorami
garściami słów
szeleszczą
ale
wszystko na próżno
wszystko na próżno
puste miejsca
czarne dziury"

Wiersz Anny Rynkiewicz. Znalazłam go ze trzydzieści lat temu w jakimś czasopiśmie. Kołatał mi się po głowie, a właściwie jego fragmenty, aż tu dziś znalazłam w starym kajeciku CAŁOŚĆ. Szukajcie a znajdziecie ;)

środa, 20 listopada 2013

o wyjaśnienie upraszam


Reprezentacja Polski w piłce nożnej. Kropka. Bo po co słowa i czas marnować. Debiut nowego trenera tradycyjnie w plecy. Ze SŁOWACJĄ, U SIEBIE, przegraliśmy 0:2. Towarzysko, ale do rankingu znowu dopisujemy minusy. Dobiło mnie, że ta sama Słowacja wczoraj bezbramkowo zremisowała z debiutującym w międzynarodowej piłce Gibraltarem. Słoneczko zaświeciło przy drugim w życiu (i pod rząd) hat-tricku Arkadiusza Milika w meczyku z Grecją U-21, i to o nie byle jaką stawkę, bo o awans do MME. Cieszy, nareszcie coś cieszy. I fajnie się oglądało popisy mistrzów kopanej w barażu Szwecji z Portugalią, hat-trick Ronaldo i stos ciał w radosnym szale po dobijającym golu. Głupieję, kiedy słyszę zachwyty na temat Lewandowskiego płynące z całego świata piłkarskiego na tle jego niemocy na reprezentacyjnych boiskach. Pod jaką kategorię taki dysonans podczepić? Słyszałam, że Messi w reprezentacji Argentyny też ma problemy ze skutecznością, ale przecież Lewandowski jest z Dortmundu wyjęty jak cenna roślina przy przesadzaniu w asyście Piszczka i Błaszczykowskiego. No i nie rozumiem i o wyjaśnienie upraszam, bo tak jawnej sprzeczności dawno w otaczającym mnie świecie nie zarejestrowałam.


I jeszcze dla Soboty Jupiler Pro League zaczęłam oglądać, żeby wiedzieć, jak mu się tam w Belgii dzieje, a on tu przyjeżdża i nie ma na czym oka zawiesić, zresztą ostatnio tam też. Powtórzę za jednym z komentatorów sportowych, tęsknię, o dziwo za meczykami Ekstraklasy, to już pojutrze. I skoki się zaczynają i inne zimowe. I już w styczniu Australian Open :)

poniedziałek, 18 listopada 2013

"Spóźnieni kochankowie" - William Wharton


Dziwna to książka, próbowałam czytać przed laty, ale stawiała silny opór. Teraz sama do mnie przyszła i powiedziała, że już czas. I pochłonęłam, ale z jakimś nietypowym uczuciem.

Mirabelle ma 71 lat i jest niewidoma. Cierpi na ślepotę histeryczną (la cécité hystérique). Jacques ma 49 lat, rzucił pracę w białym kołnierzyku i postanowił malować paryskie widoki. Wpadają na siebie na ulicy i zaprzyjaźniają się. On jest pierwszym mężczyzną obecnym w jej życiu, oprócz dawno zmarłego ojca. Mieszkała z siostrą, ale ta już także zmarła.

Mirabelle mogłaby teoretycznie widzieć, nie ma przeciwwskazań medycznych, ale widzenia odmawia jej psychika. Od 14 roku życia nie widzi, bo nie chce. Zadawnione blokady usuwa nieświadomie i stopniowo żyjący niemal jak kloszard Jacques. Ich losy splatają się coraz ciaśniej, aż do zbliżenia najintymniejszego. Czytelnik młodszy nie wierzy w to co czyta, realizm zerowy. Ale przecież nie wiemy wszystkiego, więc może i takie pary natura ze sobą zestawia. Przede wszystkim jest porozumienie, silny pozytywny wzajemny wpływ, uczenie się, "efekt katalizatora". Zmiany. Ona realizuje ciche marzenia, on zaczyna malować, jak nigdy dotąd, wyłania się z cichego chaosu w który zamienił siebie.

A ja cieszę się, że zrealizowałam tyluletnią zaległość. Jak zacerowanie wielkiej dziury w skarpetce. Napatrzyłam się na Paryż z 1975, zanurzyłam w olbrzymią paletę barw. Otarłam się o plamy sjeny palonej, żółtej ochry, alizarynowego karmazynu z odrobiną ultramaryny. Wsłuchałam się w muzykę, którą skomponował między innymi François Couperin i Louis Couperin, choć nie przepadam za klawesynem (nie ta częstotliwość). I wiem już co to Tic-Toc-Choc.

Po przeczytaniu całości "waham się pomiędzy wszechogarniającym spokojem a silnym podnieceniem" ;)

William Wharton
"Spóźnieni kochankowie"
(Last Lovers)
rok wydania: 1991
wydanie polskie: 1993


niedziela, 17 listopada 2013

pole rzeka las



Świat piękny o każdej porze roku, trzeba się tylko wnikliwiej przyjrzeć. Barwy stonowane, ale są, w przecudnej harmonii. Nagie łyse kształty, uśpione, żywe. Więcej przestrzeni, wzrok dalej sięga, choć między drzewami slalomem. A ja przeszczęśliwa w takich klimatach, krzaczory, pola, łąki, dużo drzew. Czy można nawdychać się na zapas?




Herbata z termosu rozgrzewa z braku ogniska, choć wiaterek ledwo ledwo i nawet nie czuć chłodu. Dywan w lesie trochę monotonny, ale za to przyjemnie szeleszczący.


 zdjęcia: xbw

czwartek, 14 listopada 2013

boję się zepsucia


Boję się zepsucia, bardzo. Pralki zepsucia. Bo naprawa, nie dość, że wyżera na-co-innego-przeznaczone zasoby, to jeszcze wymusza obcowanie z naprawiaczem pralek. A naprawiacz pralek udowadnia, że nie ma kryzysu, bo umówiwszy się ze mną wczoraj na dzisiaj dzwoni po czasie, że nie mógł zaparkować i jedzie już do domu i może znajdę sobie kogoś innego. Ratuje mnie sąsiadka numerem telefonu do naprawiacza z polecenia. Naprawiacz okazuje się tylko lodówkowy, ale poleca mi serdecznie naprawiacza pralkowego. Serdecznie dziękuję, dzwonię, polecam się od pana Waldka i już po godzinie witam się z niepozornym człowieczkiem, który od razu bierze się za bary z pralką i toczy upartą walkę, łazienka wygląda jak pole bitwy, pralka i naprawiacz przemieszczają się niczym w ringu. Uderzam w gong, podaję herbatę. Boli mnie głowa, zdenerwowałam się panem "nie-potrafię-zaparkować", który urodził się wczoraj i nie miał pojęcia, że w centrum miasta mogą być problemy z postawieniem auta. Nie lubię być wystawiana, czuję się jak filcowo-gąbkowo-brezentowa podłoga ringu, jakby to po mnie przetoczyła się dzika walka. Niepozorny naprawiacz zwyciężył. Chyba nikt tak żarliwie jak ja nie dziękował mu za jego pracę. Szkoda, że nie potrafię naprawiać ustrojstw piorąco-płucząco-wirujących, to naprawdę potrzebny i wartościowy zawód. Znów mogę uskuteczniać przysiady podczas wieszania kolejnej porcji prania, hura. Czego i Wam życzę.

wtorek, 12 listopada 2013

dno glinianej beczki


"Obawiam się droga Berno, że to co wykopały twoje
służby... to jakaś nowa Puszka Pandora."

SEKSMISJA
Scenariusz i reżyseria:
Juliusz Machulski


Nawet jeśli niejaki Pandor był jednak kobietą a puszka była glinianą beczką, jednakowoż otwarta została i nieszczęścia bziuuuu... Zrobiły rundkę po wszechświecie i niczym rój perseidów naleciały na niebo nad głową, jak szarańcza. Jakieś podsłuchy, inwigilacje, nagrywania, pedofilia, petardy, podpalenia. Czy ktoś normalny włącza jeszcze tv i sobie dobrowolnie dokłada? Ależ oczywiście. Nawet czajniki i żelazka, podobno, zawierają. Mogą zawierać. Bardziej śmieszno niż straszno jednak. Kiedy jechałam przez Puszczę Piską krótko po przejściu trąby powietrznej, ścierpła mi skóra, pierwsze naoczne zetknięcie nie z żywiołem, jedynie z jego bezpośrednimi skutkami. I mam większe obawy i respekt jednak do niszczącej siły natury. Destrukcja przez człowieka dokonywana jest jednak do powstrzymania, przynajmniej teoretycznie.

"Trzeba wziąć na siebie cały ciężar świata
i uczynić go lekkim, znośnym.
Zarzucić go sobie na ramiona
tak jak plecak i ruszyć w drogę."
Adam Zagajewski
wiersz Improwizacja, fragment
z tomu "Niewidzialna ręka"

Adam Zagajewski dostał akurat nagrodę od niemieckich literatów, jeszcze niewręczona. Tu podpalają, wszczynają, tam w podzięce nagradzają. Krok do tyłu, oddech, jeszcze jeden krok, jeszcze jeden oddech. Jednak ludzie częściej powinni latać w kosmos dla nabrania dystansu (niektórych powinno się dyscyplinarnie w ten kosmos wystrzelać). Wróć, czytałam, że i na ISS wirus w kompie. Zawartość puszki-beczki przenika, hula i dokazuje. Podobno na dnie nadzieja.

sobota, 9 listopada 2013

Checkpoint Charlie


Dwa tygodnie po upadku Berliner Mauer wylądowałam w Berlinie, przez przypadek. Syn właścicielki mojego poznańskiego studenckiego pokoiku wpadł w odwiedziny do mamy i okazało się, że wybiera się w krótką podróż do kolegi za zachodnią granicę i stanęło na tym, że ja z nim. Bez grosza przy duszy, ale zawsze żądna przygód ;) Mama zadzwoniła, kiedy wychodziłam na dworzec, oczywiście coś ją tknęło, ale nie wygadałam się, że właśnie jadę nach Berlin. Artur dał konduktorowi pociągu jakieś dolary, ten nas wpuścił do kuszetki i przekimaliśmy sobie bezstresowo całą podróż. Dzikość na Checkpoin Charli, przejściu granicznym pomiędzy Wschodem a Zachodem, tłum, żywioł. Jakby ludzie się bali, że niedługo znów zamkną, że to tylko na chwilę. Pierwsze spojrzenie na nieznane, zachwyty, oczy pożerały wystawy, autobusy piętrowe. Zatrzymaliśmy się u kolegi Artura mieszkającego na squacie tuż przy Murze. Zapisałam sobie wtedy:

"Parę dni na Zachodzie. Klimat chwilowej emigracji polskiej. Muzycy, malujący, dusze wyzwolone lub na pograniczu wystraszenia i wolności. Raczej z przechyłem na wystraszenie".


Jedliśmy chleb turecki na jedną markę z keczupem i owoce uzbierane na bazarze. Słuchaliśmy The Clash. Ludzie przy Murze łupali ile się dało, każdy chciał mieć dla siebie i na zaś. My tylko patrzyliśmy, nie mam fragmentu. Robiłam zdjęcia, ale do dziś większości nie wywołałam i nie wiem czy jeszcze się da. Sprawdzę.


W drodze powrotnej zgubiliśmy się na przejściu w tłumie. Kilka godzin przesiedziłam na Hauptbanhof czekając na pociąg do Poznania. Dwoje Rosjan, Murzyn i cała masa Polaków. Znalazł się Artur, Berolina 15.30 nam uciekła, pojechaliśmy dopiero wieczornym. Do Kunowic jechałam na gapę, kiedy sprawdzano bilety wyszłam do toalety. W Kunowicach zgłosiłam brak biletu i wykupiłam u konduktora za 4500 zł. To jedyny koszt jaki poniosłam, cała wyprawa w sumie spadła mi z nieba.

Tak mi się przypomniało rocznicowo, po 24 latach.

"tell me the truth"


"Scene: Clara's house. There is a knock on the door

Voice: It's Emmett, Clara.

Clara is writing at a desk. She gets up and opens the door, smiling when she sees Doc.

Clara: Oh, Emmett, won't you come in?

Doc: No...I better not. I...

Clara: What's wrong?

Doc: I've come to say goodbye.

Clara: Goodbye? Well, where ya goin'?

Doc: I'm going away...and I'm afraid I'll never see you again.

Clara: Emmett...

Doc: Clara...I want you know that I care about you deeply, but I
realize that I don't belong here, and I have to go back to where I came from.

Clara: And where might that be?

Doc: ...I can't tell you.

Clara: Well, wherever you're going, take me with you!

Doc: I can't, Clara. I wish it didn't have to be this way...but just
believe me when I say that I'll never forget you and that...I love you.

Clara: I don't understand what you're trying to say.

Doc: Clara...I don't think there's anyway that you can understand it.

Clara: Please, Emmett, please...I have to know. If you sincerely do
love me...then tell me the truth.

Doc: All right then. I'm from the future. Clara looks at him in
disbelief. I came here in a time machine that I invented and tomorrow I have to go back to the year 1985.

Clara: Clara's face changes to a look of certainty. Yes, Emmett, I do understand. Doc looks relieved, but Clara slowly clenches her teeth and menacingly steps toward him. I understand that because you know I'm partial to the writings of Jules Verne you concocted those mendacities in order to take advantage of me! She slaps Doc on the cheek. Oh, I've heard some whoppers in my day but the fact that you'd expect me to entertain a notion like that is so...insulting and degrading! She turns back toward her door. All you had to say is "I don't love you and I don't want to see you anymore." That at least would've been respectful!
She slams the door.

Doc: Staring after her. But that's not the truth!

There is a pause. Doc, in a heartbreakingly emotional way, removes the flower from his suit that Clara has given him and leaves it on the window sill next to her doorway. He exits, and we notice through the window a bedroom. Clara runs into the room and buries her face on the bed, crying."

Back to the Future, Part 3

piątek, 8 listopada 2013

dzień po


Urodziny kolejne miałam. Straszny dzień. Jakieś mechanizmy podsumowujące aktywują się samoistnie.

Następnego dnia lepiej, spokojniej, jakby ciśnienie atmosferyczne zmalało, czuję mniejszy ucisk życia na cm kwadratowy ciała. Wisły kijem nie zawrócę, bo i jaki w tym niby sens. Częściej trzeba teraz nad rzekę, uczyć się, mądrość czerpać, wiedzę o przemijaniu. Płynąca woda zamiast telewizora i takich tam. 

Marek Hłasko w "Pięknych dwudziestoletnich" pisze, że: "świat dzieli się na dwie połowy, z tym jednak, że w jednej z nich jest nie do życia, w drugiej nie do wytrzymania". Po dwakroć i ćwierć - i nadal doświadczam. Chyba trochę zbyt często, może los na stare lata chociaż odpuści? Może zacznę liczyć siwe włosy. Może nad morze. Bardzo chętnie, poproszę, ale chętniej w góry, może da radę w te najwyższe od razu? Ale po co. Tu też dobrze. Czasami.


A teraz obejrzę Rashomona.

niedziela, 3 listopada 2013

chlebak Stachury

Edward Stachura
1937 - 1979

Grzegorz Przemyk
1964 - 1983

Grzegorz Przemyk został śmiertelnie pobity na Jezuickiej 4. Miał dziewiętnaście lat. Zdawał akurat maturę. Pisał wiersze. Opiekował mamą. Nosił słynny chlebak Edwarda Stachury, który Marta Kucharska po śmierci Steda ofiarowała Barbarze Sadowskiej, mamie Grzegorza. Z tym chlebakiem został pochowany.

Grzegorz pisał:

***

"Jak krzyk przechodzący w śmiech

słyszałem

głos

zadrżałem bojąc się spojrzeć

w ten dół skąd się nie powraca

to ja?

i znów drżę cały

podaję wolno rękę

i ruszam na schody

do ciszy"


***
"(...)
a potem przyśniła mu się

śmierć

ale to nie sen był

bo się z niego

nigdy nie obudził

(...)"


Wiersze oraz informacje o losie chlebaka z książki:
Grzegorz Przemyk
"W dniu, w którym przyjdziesz po mnie..."
Wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa 2008

środa, 30 października 2013

Benek C.


Obejrzałam kiedyś w TV film o młodym umierającym facecie, którego kumple zabierają na wycieczkę w wertepy, na wózku dla niepełnosprawnych. "Trzecia gwiazda" (Third Star), bardzo poruszające półtorej godziny, zwłaszcza końcówka, choć w wszystko w konwencji zabawowej, dracznej. Chłopaka na wózku grał Benedict Cumberbatch. Wtedy pierwszy raz zwróciłam na niego uwagę, rola była nadzwyczaj intrygująca, a on sam magnetyzujący. Reakcja - jakby ktoś potrącił strunę i ona brzmiała we mnie całe miesiące. Potem masa ludzi mówiła mi, żebym koniecznie obejrzała nowego Sherlocka, syn nawet mnie zmusił do zobaczenia kawałka, ale skutecznie migałam się przed całością serialu, cóż za pożeracz czasu i życia. Ale kiedyś, przez przypadek, na jakiś odcinek w końcu się natknęłam i teraz nie mogę (i nie chcę) się uwolnić od wpływu serialu i osoby Benka. Twórcy serialu to równocześnie scenarzyści i producenci wykonawczy, a jeden nawet w Sherlocku występuje grając Mycrofta Holmesa. Na pewno rzucę się na książkę Sir Artura (Ignatiusa Conan Doyle'a), waruje gotowa pod ręką od lat, a ja się przymierzam jak szachista korespondencyjny, ale czuję, że już niedługo dopadnę i capnę. Z obrazkami. Ale prędzej rzucę się na filmy z Benkiem, których kręci na szczęście sporo. Grał między innymi Howkinga i Van Gogha, teraz Assange'a. Spędził rok w klasztorze tybetańskim, jeszcze przed studiami. Co obejrzę, to opiszę :) Zwiódł mnie na pokuszenie, no.

poniedziałek, 21 października 2013

laska lat 45


Dowiedziałam się przez przypadek, że Sonique będzie w Warszawie. Nie koncert, ale w galerii handlowej. Moje korzystanie z życia ogranicza się ostatnio do oferty bezpłatnej, więc pomyślałam, że grzech odpuścić i opuścić. No i powędrowałam, uprzednio zlokalizowawszy orientacyjną godzinę "występu". Na platformie stał jakiś koleś w kapturze i majstrował przy aparaturze grającej, kręcił, ustawiał, regulował, w końcu, zadowolony, powiedział do mikrofonu, że gotowe, podgłośnił, zdjął kaptur i okazało się, że to Sonique :)


Występ był stosunkowo krótki, z licznymi przerwami, spacerowaniem, wędrowaniem, obijaniem się, ale w sumie czemu się dziwić, ludzie wokół reagowali jak na kondukt żałobny, mało kto nawet nóżką tupnął lub się choć trochę "gibnął". Dzień wcześniej miałam okazję dość intensywnie wytańczyć się, więc byłam całkiem rozbujana jeszcze, a dźwięki aż podrywały do góry. Ale tłum, wcale nie tak gęsty, powiedziałabym nawet, że intensywnie rzedniejący, stał zatwardziale, z pojedynczymi wyjątkami. Sama Sonique bardzo atrakcyjna, szczuplutka, zgrabna, wysportowana, jestem heteroseksualna, ale oczu nie mogłam oderwać. Kiedyś trenowała lekkoatletykę i teraz ma figurę idealną. Przykro, że nie było żywo i spontanicznie, jak na koncercie, ale dla mnie i tak rewelacja. Niesamowity głos. Szkoda, że tak niewiele śpiewa.




czwartek, 17 października 2013

chopinowska rocznica

 


17 października w wieku 39 lat odszedł Fryderyk Chopin. Było to w 1849 roku. Dzięki za przypomnienie, zazwyczaj bywam na bakier z datami, zwłaszcza rocznicowymi.


poniedziałek, 14 października 2013

wakacje 2012


                 zdjęcie: Elladu


Wakacje 2013 spędziłam głównie próbując wyprzedzać staruszki w wyścigach chodnikowych (po czerwcowej wyrostkowej niespodziance), wspominam więc sobie zeszłoroczne letnie słoneczko. W cieniu żywopłotowego labiryntu za Arkadami Kubickiego uchwyciła mnie koleżanka. W moim wieku całe niemal lato w plecy to wielka strata. Bu. Korzystajcie, drogie dziatki, ze słonecznych miesięcy ile się da, pókiście piękni i młodzi!