De omnibus dubitandum est. Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.

kaleką matematyką obliczamy swoją wartość (Emily Dickinson)

wtorek, 13 listopada 2012

inwazja tenisa


Za nic nie można mnie było zagonić do oglądania tenisa. Nic się nie dzieje, malutka piłeczka i tylko stękanie słychać. Do gry przystąpiłam raz, za namową małżonka, na belgijskich kortach. Pamiętam, że straszliwie bolała mnie potem ręka i nie kontynuowałam. Oglądałam kilka meczyków Agnieszki Radwańskiej, ale jakoś się nie wciągnęłam, może ze względu na płeć. Lubię kobiety, ale wolę oglądać facetów, jestem dość mocno monogamiczna. No i bum, niespodziewana zmiana frontu, od zwycięstwa naszego młodego Jerzego Janowicza w Paryżu, najpierw z trzecim na świecie Andym Murrayem, potem z dziewiątym Janko Tipsarevicem i dwudziestym Gillesem Simonem. Co prawda w finale turnieju w końcu przegrał z piątym w rankingu ATP (ejtipi) Davidem Ferrerem, ale co to była za walka. Oglądałam wszystko co się dało, bo oczywiście telewizory zareagowały momentalnie, za co im chwała, a spotkanie z Murrayem, to będące największym chyba "przełamaniem" w dotychczasowej karierze Jerzego, obejrzałam na YouTube. No i mnie pożarło, połknęło i już jestem trawiona w wielkim brzuchu wielkiego tenisa. Wczoraj obejrzałam starcie Federera z Djokovicem w finale londyńskiego turnieju i nie żałuję, a właściwie żałuję, że muszę do nowego roku czekać na kolejne wciągające bez reszty rozgrywki tenisowe. Janowicza będę oglądał wszyściusieńkie, co do jednego, jak się uda, to i z powtórkami :) Miły sympatyczny i zadziorny, przystojny i ładny, trochę Arnolda Schwarzeneggera, trochę Alicji Bachledy-Curuś, trochę Bena Afflecka i odrobinę Liv Tyler. Ma w sobie urok aktora filmowego, niewątpliwie. Ale nie to najważniejsze. Grunt, że chłopak ma talent, wielką pasję i jest pracowity. Bardzo się cieszę, że jest, że z jego powodu mogę "rozszerzyć" moje zainteresowania. Trzymam kciuki i życzę wszystkiego najlepszego z okazji 22 urodzin. O matko, to połowa mojego życia. Lecę na kort. Wróć. Polecę, kiedy tylko "plecki" wyprostuję... Ale polecę, niech ręka potem boli, trudno. Bakcyl połknięty. Czego i Wam życzę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz