De omnibus dubitandum est. Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.
kaleką matematyką obliczamy swoją wartość (Emily Dickinson)
niedziela, 9 sierpnia 2015
tempo
Ciepełko. Dobrze, nareszcie nie marznę. Chyba, że ktoś z klimą przesadzi. Przeczytałam Kobietę z wydm, usiłuję dokończyć oglądanie filmu na podstawie książki, ale nie mam aż tyle wolnego, by dokonać tego za jednym zamachem. Dziś, na przekór temperaturze, prasowałam, chyba pierwszy raz od kilkunastu lat, robiłam zapiekanki w piekarniku, piję kubek za kubkiem i szklanka za szklanką. Napoje gorące, no ok, mocno ciepłe, czerwona herbata na zmianę z ziółkami. Lody omijam szerokim łukiem, oszczędzam gardło. No i jakoś nie mam pewności odnośnie zawartości loda w lodzie. Kilka miesięcy temu zjadłam jednego i od razu wyskoczył mi pryszcz. Przeczytałam nareszcie Tramwaj zwany Pożądaniem w tłumaczeniu Jacka Poniedziałka, cztery pozostałe sztuki Tennessee Williamsa czekają cierpliwie w kącie łóżka, śpię 10 cm obok tomu wydawnictwa Znak, chwała im za wydanie. Miałam być teraz gdzie indziej, albo jeszcze gdzie indziej. Przedobrzyłam, odwołałam, potem to drugie gdzie indziej odwołało mnie i teraz siedzę w domu, do 3 rano muszę zdążyć wyspać się porządnie, przeczytać 400 stron Jedwabnika (JKR), którą to powieść miałam oddać trzy dni temu. O piątej rano spotkanie ze SZTUKĄ. Kamera, akcja. Z energią.
wtorek, 14 lipca 2015
"personifikacja psychicznej dominacji"
"Alexandre Dorfmann z ociąganiem wstaje zza biurka, wyraźnie zaaferowany dokumentem, którego lekturę przerwało mu moje wejście. Królewskim gestem zdejmuje okulary. Twarz mu się zmienia, posyła mi skąpy uśmiech.
- Ach, pan Delambre!
Już sam jego głos jest narzędziem dominacji. Bezbłędnie ustawiony, po najdrobniejszą intonację. Dorfmann podchodzi, ściska gorąco moją dłoń, i drugą trzymając mnie za łokieć, prowadzi do miejsca pełniącego funkcję salonu z biblioteką, która woła z daleka: "Jestem nie tylko wielkim bossem, ale i humanistą". Siadam.
Dorfmann zajmuje miejsce obok mnie. Bez ceregieli.
Trudno opisać, co w tym momencie czuję.
Ten człowiek ma niesamowitą charyzmę.
Są tacy ludzie. Elektryzujący. Emanujący prądy.
Dorfmann uosabia potęgę, tak jak Fontana uosabia zagrożenie. Dorfmann to personifikacja psychicznej dominacji.
Gdybym był zwierzęciem, zacząłbym warczeć".
Powyższy fragment pochodzi z książki "Zakładnik" (Cadres noirs), autor Pierre Lemaitre, Muza SA Warszawa 2012, przełożyła Joanna Polachowska, strony 333-334.
pewne blade pojęcie
"Wchodzimy do ajencji banku i oto jest "doradca klienta". Istna kopia mojego zięcia, ten sam garnitur, ta sama fryzura, ten sam sposób bycia, mówienia. Ile klonów tego modelu stworzono?"
"... siadam na jednym z foteli, z którego podnoszę nieźle już wymięty "Le Monde". Czytam: Pracownicy stanowią w chwili obecnej "największe zagrożenie" dla finansowego bezpieczeństwa przedsiębiorstw.
Zerkam na zegarek, nerwowo przerzucając gazetę. Strona ósma: Rekordowy wynik na licytacji jachtu Shahida Al-Abbasiego: sto siedemdziesiąt cztery miliony dolarów".
"Dlaczego w żaden sposób nie mogą mnie zrozumieć? To dla mnie zagadka. Choć w istocie niezupełnie. Początkowo dla Mathilde i Nicole bezrobocie było pewnym bladym pojęciem, pewnym konceptem: czymś, o czym piszą w gazetach, o czym się mówi w telewizji. Ale wkrótce rzeczywistość im uświadomiła, jak bardzo powszechne stało się bezrobocie. Bardzo szybko okazało się, że trudno nie zetknąć się z osobą bezpośrednio nim dotkniętą, nie spotkać kogoś mającego bezrobotnego wśród najbliższych. Jednak dla Mathilde i Nicole rzeczywistość ta nadal pozostawała mglista, bezrobocie bezsprzecznie występuje, lecz można z nim żyć; wiadomo, że istnieje, ale dotyczy tylko innych. Tak jak głód na świecie, jak bezdomni, jak AIDS. Jak hemoroidy. Dla tych, których bezpośrednio nie dotknęło, pozostaje abstrakcyjnym tłem. I nagle, kiedy nikt się tego nie spodziewał, bezrobocie zadzwoniło do naszych drzwi. Zachowało się jak Mathilde; położyło gruby paluch na przycisku domofonu, tyle że nie wszyscy słyszeli jego dzwonek równie długo. Na przykład ci, którzy rano idą do pracy, przez cały dzień pozostają poza jego zasięgiem, słyszą go dopiero wieczorem po powrocie do domu. I to tylko ci, którzy mieszkają z bezrobotnym, albo kiedy ten temat pojawi się w wieczornym dzienniku. Mathilde ten dzwonek słyszała rzadko, tylko w niektóre wieczory lub weekendy, kiedy nas odwiedzała. I tu jest właśnie ta zasadnicza różnica: mnie bezrobocie już dawno zaczęło rozrywać bębenki w uszach. I jak im to wytłumaczyć!?"
Powyższe fragmenty pochodzą z książki "Zakładnik" (Cadres noirs), autor Pierre Lemaitre, Muza SA Warszawa 2012, przełożyła Joanna Polachowska, strony 104 - 107.
poniedziałek, 13 lipca 2015
"ostatnio często sam siebie zaskakuję"
"Swego czasu dość dobrze znałem siebie. Mam na myśli to, że nigdy nie byłem zaskoczony własnym zachowaniem. Człowiek, który wiele w życiu przeszedł, wie, jak w danej sytuacji należy się zachować. Potrafi nawet określić okoliczności, w jakich niekoniecznie musi się kontrolować (jak na przykład rodzinne pyskówki z takim idiotą jak mój zięć). Poczynając od pewnego wieku, życie jest już tylko powtórką. Tymczasem tego, czego dowiadujemy się (lub nie) z własnego doświadczenia, dzięki metodom zarządzania nauczymy się w dwa lub trzy dni, za pomocą tabel, w których ludzie zostają sklasyfikowani zależnie od ich charakteru. Jest to praktyczne, zabawne, schlebia umysłowi, daje poczucie bycia inteligentnym; dzięki temu wyobrażamy sobie nawet, że zdołamy się nauczyć skuteczniejszego postępowania w życiu zawodowym. Krótko mówiąc, uspokaja. Z biegiem lat mody się zmieniają i jedne tabele zastępują drugie. Jednego roku poddajemy się testowi, żeby dowiedzieć się, czy jesteśmy metodyczni, energiczni, zdeterminowani i czy umiemy pracować w zespole. Następnego roku proponuje się nam sprawdzenie, czy jesteśmy pracowici, buntowniczy, twórczy, wytrwali, empatyczni i czy potrafimy marzyć. Jeśli zmienimy coacha, odkryjemy, że w rzeczywistości jesteśmy opiekuńczy, potrafimy kierować, porządkować, wyzwalać emocje i dodawać otuchy, a kolejne seminarium pomoże nam ustalić, czy jesteśmy nakierowani bardziej na działanie, na metodyczność, na idee czy na procedury. Jest to rodzaj oszustwa, które wszyscy uwielbiają. Jak w horoskopach - w końcu zawsze odkrywamy jakieś cechy, które nas upodabniają do innych, ale prawda jest taka, że nie będziemy wiedzieć, do czego tak naprawdę jesteśmy zdolni, dopóki nie znajdziemy się w sytuacji ekstremalnej. Ja na przykład ostatnio często sam siebie zaskakuję".
Powyższy fragment pochodzi z książki "Zakładnik" (Cadres noirs), autor Pierre Lemaitre, Muza SA Warszawa 2012, przełożyła Joanna Polachowska, strona 93.
sobota, 4 lipca 2015
lipcowe słoneczko dziury w mózgu wypalające
Tramwaj, do znajomej muszę wpaść, czytam, przejechałam dwa przystanki, wróciłam dwa przystanki, przesiadka, przystanek na żądanie. Stoi nas troje, prawie ósma wieczorem. O, jedzie autobus, ale już mija przystanek środkowym pasem, bo nikt z nas nie macha, stoimy jak zaczadzeni. Pierwsza przytomnieję i trochę późno, ale macham. Kierowca na hamulec i z tego środkowego pasa już za przystankiem ale przecież zjechał i zatrzymał się. Biegniemy we trójkę, jeden z panów biegnąc dojada banana. W środku zawstydzeni, nawet nie śmiejemy się z "przygody". U znajomej pod domofonem zaczynam medytować. Dwie cyfry? Może trzy? Nieważne, skoro i tak nie pamiętam, jakie. Chyba była jakaś szóstka, podczas czwartej próby przytomnieję, w domofonie głos znajomej.
Nie wiem na co serię zaćmień zwalić, na wyrośnięty spod ziemi upał, na pełnię Księżyca czy jeszcze co innego. Co by to mogło być? Może prawo równowagi. Coś nie poszło, by pójść mogło coś. Wykorzystać swój limit błędów, pomyłek, przeoczeń i gaf na rzeczy mało istotne.
Czytam, oglądam, żyję, nastawiam małosolne. Wygrałam bilet do kina na film francuski (Nowa dziewczyna Ozona) i nawet mogłam pójść ;) Dziś chciałam rano do kina na film czeski, ale zapomniałam i dobrze, bo na Ale Kino leciał film islandzki! Dopiero co czytałam dwa islandzkie kryminały, Yrsę i Arnaldura. Potem Lizę Marklund. Czytam ich seryjnie, wszystko co napiszą. I teraz kończę trójcę Miłoszewskiego. Wszyscy wokół polecają Lemaitre. No dobrze, z rozkoszą dam się namówić :) Obejrzałam którejś nocy połowę "Kobiety z wydm" i zachwyciłam się, teraz z niemal równym zachwytem czytam. Wypatrzyłam niedawno komedię meksykańską w tv, obejrzałam dwa razy, następnego dnia nadali powtórkę. Występował Jaime Camil, a rzecz była o królestwie Navarry i o Euskarze. Faktycznie duża część filmu była po baskijsku!
Niczym kometa przeleciał XV Międzynarodowy Konkurs im. Piotra Czajkowskiego w Moskwie (15 czerwca - 3 lipca), a ja kątem ucha. Niemniej zdążyłam wyłowić Lucasa Debargue, lat 24, mojego nowego mistrza fortepianu ;)
Nie ma dnia, żebym nie pisała intensywnie tego bloga, na niewidocznych kartach zapisuję w przelocie calutkie długie posty. Może kiedyś jeszcze przetasują się w meandrach komórek mózgowych i przedostaną powtórnie do świadomości.
sobota, 6 czerwca 2015
"Gość w rzeczywistości"
W bibliotece na stoliczku leżała książka do zabrania za darmo. Lagerkvist, znakomicie. Od razu wzięłam się za czytanie. Mały chłopiec, syn pracownika kolei, najmłodszy z licznego rodzeństwa, żyje w kochającej ubogiej rodzinie. Nic się niby nie dzieje, ale to pozór. Przecież toczy się ŻYCIE, jakim by skromnym i spokojnym nie było. Chłopiec patrzy, widzi, myśli, analizuje, przeżywa, rośnie, dorasta. Panicznie boi się śmierci. Dostrzega piękno świata. Zauważa przepastną pustkę rzeczywistości, którą reszta rodziny zapełnia obecnością Boga, codziennym czytaniem Biblii. Walczy z lękami, czasem nawet z paniką. Na co dzień jest wesoły, pogodny. Docenia ciepło domowe, ale z własnej woli wychodzi na świat, gdzie chłodniej ale bardziej rześko i lepiej się oddycha. Ma nielicznych przyjaciół, poznaje dziewczynę.
W posłowiu tłumacza Zygmunta Łanowskiego wyczytałam, że ta powieść, prawdopodobnie w dużej mierze autobiograficzna, jest kluczem do zrozumienia twórczości Lagerkvista. Szkoda, że nie wiedziałam wcześniej. Zatem klika jego książek przeczytałam bezrozumnie ;)
"Bez względu na to, jak połowicznie i nieprawdziwie się żyje, mimo to żyje się. Samo życie zmusza człowieka do tego i tak go przerabia, że się z tym dobrze czuje. Choćby grunt usuwał się komuś spod nóg - jednak jakoś to idzie"
"Gdy tylko wynurzył się ze swego lochu, świat leżał przed nim przedziwnie otwarty. Nie było wtedy żadnej wady, dobra widoczność na wszystkie strony. I to, co było w świecie dobre i rzetelne, rzucało się wtedy wyraźnie w oczy. Tak, gdyby zechciał, wystarczyłoby tylko wytknąć głowę przez piwniczne okienko..."
Pär Lagerkvist
Gość w rzeczywistości
(Gäst hos verkligheten)
rok wydania: 1925
wydanie polskie: 1986
"List", 2001
Rzecz między innymi antywojenna. Akcja dzieje się tuż po wojnie na Bałkanach. W obozie dla uchodźców mieszkają także dzieci. Wśród nich chłopiec bez nogi i jego przyjaciel. W czasie gry w piłkę łamie się kula, dająca jako taką swobodę przemieszczania się. Chłopaki piszą list do ONZ z prośbą o nowe kule. Ale wioska daleko od cywilizacji, listonosz akurat złamał nogę, poczta bardzo daleko i nikt nie che zabrać listu. Przyjaźń jest silna, chłopczyk wyrusza pieszo w daleką drogę na pocztę, by nadać list. A po drodze mało życzliwi ludzie, zaminowany teren i jeszcze pada deszcz. Znajduje się wreszcie człowiek pomocny, jeden, drugi, trzeci. Chłopczyk ciemną nocą dociera do budynku poczty. Oczywiście zamkniętej, a i list po drodze ulega zniszczeniu.
Oprócz oczywistych przebitek fragmentów wojennego okrucieństwa, z naciskiem na MINY, oprócz krótkiego wątku fabularnego, rzecz jest moim zdaniem o stosunku dorosłych do dzieci. Totalne zlewanie. Siedź cicho i nie przeszkadzaj, rób co do ciebie należy, pomagaj, nie pałętaj się, nie przeszkadzaj, pętaku, utrapienie. Słuchaj się matki (ojcowie poginęli na wojnie), siedź w domu. Broń boże nie myśl, nie wymyślaj, nie planuj, nie miej i nie używaj wyobraźni, nie używaj mózgu, głowy. Nie miej inicjatywy, najlepiej bądź niewidzialny. A jeśli już dziecko się odezwie, zapyta, poprosi, wymyśli coś, spróbuje nawiązać dialog, relację z dorosłym, zostaje zlekceważone, niezauważone, zbyte milczeniem, w najlepszym razie słowem na odczepnego. Chłopiec pragnący pomóc przyjacielowi w jedyny możliwy dla niego sposób, chcący tylko oddać na pocztę list, staje przed ścianą niezrozumienia i niemożności, zostaje potraktowany jak naprzykrzająca się mucha i jak mucha wielokrotnie doznaje zniecierpliwionego odgonienia. Taka naturalna pierwsza reakcja dorosłego. Nieliczni po chwili naprzykrzania reflektują się, że może to małe nieodrosłe od ziemi stworzenie jednak warte jest wysłuchania i reakcji, pomocy, porady, rozmowy. Niektórzy dorośli traktują chłopca jako odbiorcę swoich historii, które mają do opowiedzenia, hura, nareszcie mnie ktoś wysłucha.
Niewesoły to film, zdarzy się pomrugać okiem, gdzieś ukłuje, trochę zatrzęsie. Czy tak jest tylko na Bałkanach? Czy taki efekt uboczny działań wojennych? Niestety nie. To zjawisko globalne. Przecież dzieci to tylko dzieci, małe to, głupie, dać cukierka, podetrzeć nos i ubrać w różową czapeczkę.
Obejrzałam na TVP Kultura.
List
Polska, Bośnia i Hercegowina 2001
Reżyseria: Denijal Hasanovic
Scenariusz:
Denijal Hasanovic
sobota, 30 maja 2015
"swego nie znacie"
TV Polonia nadała dzisiaj dokument o polskim naukowcu Janie Czochralskim, światowej sławy samouku z nadanym tytułem: doctor honoris causa. Oprócz tego, że wynalazł jedenastoskładnikowy proszek na katar, był chemikiem, metalurgiem i metaloznawcą. W Wikipedii napisano: wynalazca powszechnie stosowanej do dzisiaj metody otrzymywania monokryształów krzemu, nazwanej później metodą Czochralskiego, podstawy procesu produkcji mikroprocesorów. Najczęściej cytowany polski uczony we współczesnym świecie techniki.
Urodził się w 1885 roku na ziemiach jeszcze pod zaborem pruskim, żył i pracował w Niemczech, ożenił z Niemką, ale wojnę i okres powojenny spędził już znowu w Polsce. W czasach powojennych nękany za rzekomą kolaborację, nie był dopuszczony do działalności naukowej ani uniwersyteckiej. Po kolejnych odwiedzinach panów z ówczesnych służb przeniósł się na tamten świat i został pochowany bezimiennie, a był rok 1953. Wiele lat później w IPN zostały odnalezione dokumenty potwierdzające jego współpracę z AK i zostało oficjalnie oczyszczony z wszelkich podejrzeń.
W filmie nazwisko naukowca stawiane jest w szeregu z Kopernikiem i Skłodowską-Curie. Jego pomysły i wynalazki przyczyniły się między innymi do zwiększenia prędkości pociągów i do lotów w kosmos. W Polsce wielka cisza, nikt nie słyszał, nie zna, nie wie. Bardzo pięknie dziękuję twórcom za ten dokument.
Powrót Chemika
Polska 2014
dokumentalny
Reżyseria: Anna Laszczka
Scenariusz: Anna Laszczka
"Kung Fury"
Dziwne, obejrzałam wcześniej niż mój syn, nareszcie. Zazwyczaj filmy (hity kinowe to trafniejsze określenie) typu Iron Man, Thor itp. oglądam z wielomiesięcznym poślizgiem, ale tym razem trzymałam rękę na pulsie, dzięki rozlicznym znajomym. Niby pół godzinki, a nie sposób obejrzeć bez wielokrotnego cofania. Płonący dziecięcy wózek, akt przemocy transformersa na białym kudłatym uroczym małym piesku, rozpłatanie gliniarza (i ten język...), klimatyczne mieszkanko na dachu (muzyczka!), czerwone niezasznurowane trampki, scena w kosmosie, E=mc3, reklama telefonu, a potem to już prawie każda scena, nie ma sensu wyliczać, to po prostu trzeba zobaczyć. Reakcja nie zależy od wieku. Zależy od poczucia humoru i stopnia umiłowania filmowej fikcji na przestrzeni lat. W Kung Fury są tak liczne odniesienia i skojarzenia, że z pewnością nie da się wyłapać wszystkich, trzeba by wespół w zespół sporządzić ogólnoświatową listę ;) My name is K...obra. Uśmiałam się i mam chrypkę. Sceny masakrowania tak mocno przerysowane, że nie można ich zaliczyć do okrutnych.
A na portalu filmowym info: W tej chwili nigdzie nie można obejrzeć tego filmu. A można obejrzeć go WSZĘDZIE. Czekam niecierpliwie na możliwość powtórki w polskiej wersji językowej.
Kung Fury
Szwecja 2015
Reżyseria: David F. Sandberg
Szwecja 2015
Reżyseria: David F. Sandberg
Scenariusz: David F. Sandberg
niedziela, 10 maja 2015
"Magic Men"
Zadzwonił kolega, że jakieś filmy w Muranowie i może też pójdę. Akurat czytałam książkę, w trybie pilnym, muszę oddać i byłam już trochę znudzona, bo nie lubię, kiedy muszę. Chętnie umyłam zęby, wskoczyłam w ciuchy i pognałam w te pędy do kina. Wchodząc na salę, nie znałam tytułu, wiedziałam, że coś o ojcu i synu, jadą gdzieś odszukać jakiegoś staruszka i w tle Izrael i Grecja. Poderwało mnie z fotela już przy napisach początkowych: Zohar Strauss! W myślach wyjęłam notesik i naskrobałam w ciemnościach: "ozłocić kumpla za cynk o seansie".
Zaczyna się. Trochę zgryźliwy żydowski tetryk pochodzenia greckiego zostaje oddelegowany do Grecji z racji swoich korzeni, w ramach partnerstwa miast. Jako opiekun starszego pana wyrusza od lat z nim skłócony syn rabin, Zohar Strauss właśnie. Do twarzy mu w kapeluszu. Podobnie jak w mundurze, w czerwieni i we wszystkim innym, ten typ tak ma. Właściwie to nie syn jest skłócony z ojcem, a ojciec z synem. Wiekowy ateista nie może pogodzić się, że najbliższym przyjacielem jedynego syna jest wyimaginowana postać (chodzi o Boga), że syna dmucha w tubę i daje koncerty jako raper. W Grecji dochodzi do wielu zabawnych i zupełnie nieoczekiwanych sytuacji, głównie za sprawą nieprzewidywalności starszego pana. Bezpośredni humor, filtry jakich użyto do produkcji, krajobrazy nadmorskie, nadają produkcji lekkość i światłość. Reakcja raczej generalna: uśmiech, lekkość, odprężenie. Film jak dobry masaż. Pojawia się młoda kobieta, parę sytuacji przypadkowych, które zapewne nie są przypadkowe, jako że spisane ponad naszymi głowami, dzieje się, co ma się stać. Zakończenie jest piękne, sceny z Zoharem Straussem rewelacyjne. Tytułowa magia tylko pozornie ma związek ze "sztuczkami magicznymi".
Wracam do lektury "obowiązkowej" polecając "Magic Men" waszej uwadze.
poniedziałek, 13 kwietnia 2015
Chopin i reszta
Natenczas eliminacje do Konkursu Chopinowskiego nastały, od dziś przez 11 dni, non stop niemal, na żywo, można słuchać i oglądać na YT. Wystarczy kliknąć w niebieski pasek z Chopinem u góry ;) Konkurs Międzynarodowy dopiero 1 października, ale jego uczestnicy właśnie teraz przecierani przez sito. Miałam podjęte zobowiązania dziś na cały dzień, jednak nie mogłam ich wykonać z pakietem zafundowanym mi przez gardło & Co. Musiałam odwołać, zła na cały świat i z fochem. Ale jak tu wypiąć się na własne gardło? Teraz już głaskam, chucham, dmucham (niezwykle trudne technicznie w realizacji ;) Rozpieszczam i wygrzewam, byle szybko wyzdrowiało i pozwoliło żyć. Ale za to mogę SŁUCHAĆ :)
*******

Usłyszałam o książce niedawno i zastanawiam się skąd zdobyć, chciałabym przeczytać. Znalazłam początek w Sieci, umieszczony na zachętę, ciekawa wydaje się strona 43. Czy ktoś czytał całość i może podzielić się wrażeniami? Tytuł jednego z podrozdziałów "Blokady pojęciowe".
"Ani świadomość, ani umysł, ani też ciało witalne nie są zaklasyfikowane jako twory niefizyczne. Należy rozwiązać problem dwoistości, ale kto powiedział, że nie da się go w żaden sposób obejść i że to przeszkoda nie do pokonania?"
Amit Goswami "Lekarz kwantowy"
*******
Rozwiązanie ostatniej zagadki. Okazało się, że ja także nie znam pełnej prawidłowej odpowiedzi (dzięki, Nitagerze!)...
*******
A skąd jest ten wierszyk?
"Ooo Mamba, Mamba, Mamba!
Ikakindra Kolomamba!
Jaki to ma brzuch pękaty,
jaki to ma grzbiet łuszczaty,
jakie łapy ma palczaste,
jakie ślepia wyłupiaste –
wzrok na pewno mnie nie myli:
najwstrętniejszy z krokodyli!"
********
Günter Grass
16 października 1927 - 13 kwietnia 2015
Ikakindra Kolomamba!
Jaki to ma brzuch pękaty,
jaki to ma grzbiet łuszczaty,
jakie łapy ma palczaste,
jakie ślepia wyłupiaste –
wzrok na pewno mnie nie myli:
najwstrętniejszy z krokodyli!"
********
Günter Grass
16 października 1927 - 13 kwietnia 2015
piątek, 10 kwietnia 2015
litości zmiłowania ;)
Litości zmiłowania dla mojego obolałego gardła upraszam, miłość odpuszczam ;) Zachciało się xbw spontanicznie nocnego niespania na świeżym warszawskim powietrzu, do szóstej rano, z gołą głową, bez stosownego "ocieplenia", a z nieba śnieg z deszczem. W życiu tak nie zmarzłam, ale i tak było warto. Tylko teraz rolka papierowa na metry, opatulone partie szyjne i głos stanowczo nie mój. Ale czytelnictwo wzrosło! Mrożek na co dzień po kawałku, muszę tylko egzemplarz biblioteczny wymienić, bo ten, którego teraz kolej nawet nie jak psu z gardła wyjęty, tylko z, no, innego końca psa. Brzydzę się przewracać kolejne strony. Lubię czytać Gretkowską. Nareszcie dotarłam do pierwowzoru dawno oglądanego teatru telewizji na podstawie jej opowiadanka "Sandra K", doskonałe. No i dobrałam się wreszcie do Miłoszewskiego, pan całkiem sensownie pisze, z malutkimi zastrzeżeniami. Pod przymusem (musiałam oddać pożyczoną) przeczytałam wreszcie zakazaną przez sąd opowieść o filmowym i medialnym ubarwieniu i udramatyzowaniu rzeczywistości Sekretne życie motyli. Książka dająca do myślenia, niewątpliwie, bardzo aktualna, niestety.
Dziś gardło obudziło mnie już koło czwartej rano, hurra, nie musiałam nastawiać budzika na krótkometrażówki. Nie, jeszcze mi nie przeszło oglądanie wszelkich shortów, a tych najwięcej w nocy (Kino Polska i Ale Kino). Obejrzałam wspomnienia o Smoleńsku, krótkometrażówkę, wiadomości, dokument o misiach polarnych i pogadałam z tym szwankującym organem w szyi czy się jeszcze zdrzemnie, czy wystarczy mu wygrzewanie się na stojąco, zezwolił na pion. Chwilę trwało zmaganie się ze wspomnieniem sprzed pięciu lat, znów pojawiła się urocza muzyka Steely Dan, puzzle i te chwile dezorientacji, kiedy zaczęli w telewizorze czytać nazwiska, 96 nazwisk. Jedno z nich było nazwiskiem mojej dawnej klientki. Te mgły wspomnień rozwiały się równie szybko, jak tamte nad lotniskiem. Skąd się w ludziach bierze to absolutne przeświadczenie o tym, że nam nic nie może się stać, jakiś cholerny efekt Titanica. Przecież każdy odruch, każdy instynkt, nakazuje każdej istocie myślącej jeden prosty wniosek: nie widać podłoża - nie lądować. Wielka kropka. Wszystko, co po niej, jest drugorzędne.
***
Organ który nie przestrzega przykazania "nie chorować" czasem mocniej miesza i ręce nie bardzo dają radę książkę utrzymać, wtedy uświadamiam się inaczej. Zauważyłam, że koło fo-sko-fo-sko-fo-sko zatrzymało się na dłużej na przegródce fo. F1 teraz w Chinach. Agnieszka dobro narodowe Radwańska coraz wyżej w polskim turnieju WTA, nawet kawałek zarejestrowałam, przyjemnie na nią popatrzeć, cały czas w ruchu, gotowości, spokojna i kontrolująca. Równolegle z meczem na korcie w Katowicach, w Poznaniu Lech walczył większą piłką z drugoligowcem o finał w Pucharze Polski. Ale się zdziwiłam, kiedy w połowie pierwszej połowy jedną bramką prowadził Stargard Szczeciński! Ale na narodowym 2 maja zagra ostatecznie Legia i Lech. Tak czy inaczej pokłon dla Błękitnych ze Stargardu, większość spotkania grali w dziesiątkę i naprawdę niewiele brakowało. W Pucharze Niemiec jeszcze dziwniej, do półfinału awansowała drużyna z trzeciej ligi.
Z wieści pozasportowych wielce ucieszyło mnie aktywowanie zmodernizowanego Wielkiego Zderzacza Hadronów, który znów hula pod Genewą i to ze znacznie powiększoną mocą. Będzie szybciej, będzie mocniej i nie wiadomo, co z tego wyniknie. Jakieś badania nad ciemną materią, nowe wymiary, nowe nieznane siły, doczekać się nie mogę. Zdecydowanie zrezygnowałam z picia czarnej torebkowej herbaty, którą kupowałam z przyzwyczajenia i dla wygody. Basta. Mój organizm nadmiarowi fluoru mówi zdecydowane NIE. Teraz na(d)ciąga herbata czerwona pu-erh. Na półce trzy różne kawy otrzymane w prezencie systematycznie okrywają się kurzem nieużywania. Dobrze, że świąteczne Mironowe wypozamykanie skończone. Skutkiem nadmiaru wolnego wielkanocnego czasu obejrzałam Sherlocka, sztuk dziewięć i pilot dziesiąty. Serial Moffata-Gatissa doskonały. Gracie w lotto? Kumulacja 40. Wow. Czyli po polsku: o rany; ho, ho; jejciu ;)
Szę pro na pa dziś da go po - ZAGADKA: kto wie z jakiej to książki i co znaczy?
piątek, 13 marca 2015
kosmiczna rura
Czytamy, oglądamy filmy, także science fiction, chodzimy do muzeów i cieszymy się, że wyobraźnia nasza ma się dobrze, tak ciągle dokarmiana. Dobrze być au courant. Ale mnie mało. Zaczęłam chodzić na wykłady z fizyki, to dla wyobraźni jak zastrzyk z adrenaliny prosto w serce, wystrzela z trzecią prędkością kosmiczną ;) Wczoraj byłam na wykładzie astrofizyka o kształcie Wszechświata o tytule roboczym "Czy Wszechświat jest rurą?" i nareszcie poczułam się na właściwym miejscu, w środku rozpływałam się cała z radości. Bardzo często zadaję sobie w różnych okolicznościach pytanie, co ja tu właściwie robię. Ale nie tam, w auli Wydziału Fizyki UW. Zwłaszcza z Nosorożcem Ionesco w torebce ;) Czynności związane z "coś zróbmy, coś zaróbmy, trochę żywności kupmy" są czasem fajne, czasem ciekawe, czasem pasjonujące, ale także żenujące momentami i tylko dzięki wyobraźni i równoważeniu mogę je nadal wykonywać. Wiecie ile to jest milion sekund? Słyszeliście o kompozytorze astronomie, odkrywcy planety Uran Williamie Herschelu? Czy gęstość może być ujemna? Czy można osiągnąć prędkość większą od prędkości światła? Czy Wielki Wybuch nastąpił w jakimś jednym punkcie? Jaki zasięg oddziaływania ma czarna dziura? Ile stopni ma suma kątów w trójkącie gdzieś w kosmosie? Czy jeśli Wszechświat rozszerza się bez końca to i my się rozszerzamy i co z tym wspólnego ma Woody Allen? Czy każda materia składa się z atomów? Nie wiem, co ciekawsze, pytania czy odpowiedzi ;)
Na wykładzie zobaczyłam coś niesamowitego, ruch obiektów kosmicznych nagrywany przez kilkadziesiąt lat i odtworzony w gigantycznym przyspieszeniu, co wyglądało jak symulacja komputerowa, ale nią nie było. Wrażenie kolosalne. Dowiedziałam się, że piłeczka podrzucona do góry najpierw zwalnia, a potem przyspiesza! A już kompletnie zaskoczona byłam informacją, że jeden obiekt kosmiczny może być widziany przez nas wielokrotnie, więc ta mnogość punkcików na niebie może być w pewnym sensie złudzeniem. No, wkręciłam się. Czego i Wam życzę!
Szacowany udział ciemnej energii i ciemnej materii w energii Wszechświata
Współcześnie uznawany model powstania i ekspansji czasoprzestrzeni
sobota, 28 lutego 2015
facet mówi, xbw słucha
Wracam sobie któregoś dnia do domu z Sękocina, głodna, spragniona, zmarznięta, w korkach, już w centrum prawie, myślą w domowym ciepełku z gorącą herbatą. Komórka dzwoni. Kolega zaprasza na prelekcję o Japonii, za godzinę. No w sumie to czemu nie, nawet w korkach i pomimo tego, że ktoś spalił za sobą most, a ja muszę przez Wisłę, powinnam zdążyć. Zmiana kierunku jazdy, po drodze sklep ze zdrową żywnością, więc wstępuję po przekąskę, zjadam w tramwaju (!), to pierwszy tego dnia posiłek, więc się nie przejmuję i wcinam. Prelekcja w bibliotece, w specjalnej przytulnej kameralnej sali, w kąciku termos z wrzątkiem, kawa, herbata i wielki stos ciasteczek. Jestem nawet przed prelegentem, pytam, czy to tu ten wykład o Japonii. Oczekujący już ludzie mówią, że wykład ma być o Laponii ;) Atakuję ciasteczka, dubluję herbatkę. Przybywa mój kolega prelegent i gada z głowy bez przygotowania o ostatniej podróży do kraju, gdzie wiśnie kwitną najobficiej. Słuchacze zachwyceni, ja też, degustujemy herbatę japońską prosto z Japonii, zieloną, z prażonymi ziarenkami ryżu, miga nam historia, zdjęcia, waluty, hotele, statki, pałace, pomniki, odniesienia do wydarzeń w reszcie świata. Mało, chce się jeszcze, tak ciekawie i z pasją mówił. Mam ochotę wyoglądać wszystkie japońskie filmy po powrocie do domu. I Króla szczurów przeczytać. To się nazywa zarazić pasją :) Chcę wracać tak, jak przyjechałam, kolega mówi, żeby wsiąść do innego autobusu, no to wsiadam, bo faktycznie lepszy. Wsiadam, siadam, wzrok do góry, a tam informacja na monitorze o wykładzie księdza profesora Michała Hellera, Fizyka i filozofia czasu. I nikt mi nie wmówi, że to był przypadek ;) Od wtedy za dwa dni. Akurat będę na Ochocie, a wykład na Pasteura, zajęta do 17.00 a wykład o 18.00. I-de-al-nie! Ksiądz profesor właśnie skończy 79 lat w marcu!
Dwa dni później, znów głodna, spragniona i odrobinę zmarznięta (bardziej z niejedzenia niż z zimna), z zamiarem nabycia choć gorącej czekolady z automatu w przelocie, gnałam na wykład, nie spodziewając się tłumu. Na Pasteura chodziłam na fiński, myślałam, że to może będzie ten sam budynek, ale nie, to ten nowy naprzeciwko, więc piękna szatnia i super toalety, ale automatu z napojami nie ma. Może gdzieś ukryty, ale NIE MA CZASU szukać. Ależ tłok, istna ludzka nawałnica, a myślałam, że ze trzy osoby na krzyż przyjdą. Muszę zmienić zdanie o ludzkości lokalnej, nie doceniałam, jednakowoż. Kiedy stałam grzecznie w ogonku do szatni i zwiedzałam pięterko z łazienką, wszystkie miejsca w auli zostały zajęte i musiałam w kucki na schodach zgięta w pałąk słuchać o Erze Plancka, Schredingerze, Hawkingu, czarnych dziurach, osobliwościach, grawitacji, mechanice kwantowej i że CZASU NIE MA. Najciekawszy był chyba fragment o wpływie przyszłości na przeszłość (teraźniejszość). Zreferować nie zreferuję, ale nie czułam się za specjalnie wyobcowana. Rozumiałam większość i nie wiem czy to zasługa jasności wykładu księdza profesora czy mojego podczytywania przez lata pisemek typu "Świat nauki", a może lektury towarzyszącej oglądaniu filmu "Hawking" z Cumberbatchem, w zeszłym roku. Pewnie wszystkiego naraz ;) Oczywiście było także filozoficznie: Boecjusz, fenomenologia, Husserl, ale to pamiętam ze studiów, przydaje się na coś ta moja filozofia po latach... Z wielką radością przyjęłam informację o cykliczności wykładów. Najbliższy już 12 marca :) Szczegóły na stronie ZAPYTAJ FIZYKA.
Co poza słuchaniem? Oglądanie! Aktualnie wkręciłam się w trzy seriale. Jeden kolumbijski (w oryginale), drugi turecki (kiedy kończą się odcinki tłumaczone, oglądam w oryginale, a potem tureckie słówka plączą mi się całymi godzinami po głowie i przegonić się nie dają), trzeci kryminał BBC (w oryginale). Zaczęłam też pierwszy raz w życiu oglądać fińskie filmy i seriale w oryginale, coś absolutnie niesamowitego. Jedną z nocy poświęciłam na obejrzenie pierwszego sezonu serialu polskiego Krew z krwi z nagrodzoną Oscarem za Idę Agatą Kuleszą, mogę śmiało polecić, całkiem całkiem. Czytanie w kącie, ale w torebce Mrożek, na miasto idealny, pośród absurdów i bezsensów codzienności czyta się z rozkoszą. Pozwala funkcjonować w równowadze, zapełnia, uzupełnia. Mam z nim taki problem, że kiedy chcę wynotować ulubione fragmenty, okazuje się, że muszę przepisywać większość strony, a własnego zbioru Mrożkowego nie posiadam. Nie rozumiem, jak można Mrożka nie rozumieć. Nie znać, nie czytać. Teraz Testarium - koniecznie!
niedziela, 25 stycznia 2015
wesoło i swobodnie
Stoi jakaś babka obok, ja z sekretnym dziennikiem Adrian MOLE lat 13 i 3/4, ona zagaduje: „co czytamy?” Pokazuję. Ona: „MO-LE, nie znam”. Ogólnie wesoło mi, ale na wszelki wypadek (sorry, taki klimat za oknem teraz, że zjazd z automatu) dokarmiam się komediami. Często napisane, że KOMEDIA, a śmiać się nie za bardzo z czego. Ale polecam Świąteczne ciasto, płacz i turlanie się po wszelkich powierzchniach płaskich. Animowany francuski short, dostępny bezpłatnie jeszcze przez trzy tygodnie. Dożyłam chwili, kiedy mój syn rodzony używa słów w języku polskim, których nie znam, cóż, teraz ja uczę się od niego, na potęgę. Wygrałam bilet do kina. Znowu mamuśkowałam dwóm „moim” pieskom, strasznie kochane istoty, ależ mi powitanie zgotowały. Na co dzień nie mogłabym posiadać własnych futrzaków, niezgodność trybów funkcjonowania, Ale tak od czasu do czasu zaprzyjaźniony zwierzak zaprzyjaźnionych ludzi, z rozpoznanym psim charakterem – czemu nie. Australian Open w tym roku głęboko w tle, dosłownie kątem oka. Umarł król. Arabii Saudyjskiej. W Brazylii susza zamiast pory deszczowej. Strzępy wieści. Dobrze, że obok pigwa w słoiczku, od samego patrzenia słońce we mnie i wokół mnie. Niedługo wejdę w posiadanie książki nowej, której nie kupiłam. Żyję w dwóch światach. W jednym wszystko wokół brzęczących i papierowych (zwłaszcza) nominałów się obraca, w drugim dobra wszelkie zmieniają właściciela, ot tak, po prostu. Przemieszczam się swobodnie i równolegle przez oba światy i pomiędzy nimi z nadzieją, że nie utknę w przejściu.
"Biedny pan Lucas!"
Pan Lucas przyszedł dziś rano, żeby się dowiedzieć, czy matce nie potrzeba pomocy. To bardzo miłe z jego strony. Pani Lucas myła od zewnątrz okna ich domu. Drabina, na której stała, nie wyglądała na zbyt bezpieczną.
Zapisałem się do biblioteki. Wypożyczyłem Jak dbać o cerę, O powstawaniu gatunków oraz książkę tej baby, o której matka bez przerwy ględzi. Książka nazywa się Duma i uprzedzenie, a napisała ją jakaś Jane Austen. Zauważyłem, że mój wybór zrobił wrażenie na bibliotekarce; niewykluczone, że też jest intelektualistką.
Pan Lucas pił z matką kawę w kuchni. W pomieszczeniu było pełno dymu. Zanosili się śmiechem, ale urwali, kiedy wszedłem. W domu obok pani Lucas czyściła rynny. Odniosłem wrażenie, że jest w złym humorze. Małżeństwo państwa Lucasów chyba nie jest udane. Biedny pan Lucas!
Przyszedł pan Lucas i zaproponował, że zawiezie matkę samochodem do sklepu. Podrzucili mnie do szkoły. Z przyjemnością wysiadłem z samochodu, gdzie aż się kłębiło od chichotu i dymu tytoniowego. Po drodze widzieliśmy panią Lucas, która niosła wielkie torby z zakupami. Matka jej pomachała, ale pani Lucas nie miała czym odmachać.
Zacząłem dzisiaj czytać O powstawaniu gatunków, ale książka nie dorównuje serialowi telewizyjnemu.
Dziś rano obudzono mnie bardzo wcześnie. Pani Lucas betonowała podwórko od frontu i nie mogła wyłączyć betoniarki, żeby beton nie zastygł, kiedy go rozprowadzała. Pan Lucas podał jej herbatę. To naprawdę dobry człowiek.
Pani Lucas pokłóciła się z moją matką o psa, który jakoś wydostał się z domu i zostawił ślady na jej świeżym betonie. Ojciec zaproponował, że odda psa do uśpienia, ale matka zaczęła płakać, więc obiecał, że tego nie zrobi.
Pies znowu był u weterynarza. Beton przykleił mu się do łap; nic dziwnego, że w nocy tak hałasował na schodach.
Matka szuka pracy! Teraz już na pewno skończę jako młodociany przestępca, wałęsający się po ulicach i w ogóle. Co zrobię w ferie? Będę przesiadywał w pralni samoobsługowej, żeby się ogrzać? Albo zostanę dzieciakiem z kluczem na szyi, cokolwiek to oznacza? I kto zajmie się psem? Co będę jadł przez cały dzień? Będę musiał się odżywiać chrupkami i słodyczami, od których zrujnuję sobie cerę i wypadną mi zęby. Uważam, że matka zachowuje się bardzo samolubnie. A w pracy i tak się nie sprawdzi - nie jest zbyt bystra i za dużo pije w święta Bożego Narodzenia.
Państwo Lucas się rozwodzą! Są pierwsi na naszej ulicy. Matka poszła pocieszyć pana Lucasa. Musiał być bardzo zdenerwowany, bo kiedy ojciec wrócił z pracy, wciąż jeszcze tam siedziała. Pani Lucas pojechała gdzieś taksówką. Chyba odeszła na zawsze, bo zabrała ze sobą komplet kluczy francuskich. Biedny pan Lucas, teraz będzie musiał sam sobie robić pranie i w ogóle.
powyżej fragmenty:
Sue Townsed "Adrian Mole lat 13 i 3/4. Sekretny dziennik" (The Secret Diary of Adrian Mole Aged 13 3/4), W.A.B. Warszawa 2005, przełożyła Barbara Kopeć-Umiastowska
piątek, 23 stycznia 2015
"Les Gazelles" (2013)
Komedia, tylko dla pełnoletnich, obejrzana na VOD w ramach MyFrenchFilmFestival.com. Jakoś boków nie zrywałam. Kobiety wychudzone, połowa wyglądała jak Daniel Auteuil. Grały role niewiast samotnych, ciągle i natarczywie poszukujących, chaotycznych, rzucających się jak ryby w sieci albo punki w pogo. Wskakiwały facetom do łóżek na prawo i lewo. Obraz dość przykry i żałosny, choć z założenia miał być prawdopodobnie zabawny. Jakoś nie chce mi się śmiać z kobiecej głupoty i totalnego zagubienia. Duży plus filmu to dobór panów do ról męskich, choć mimo niewątpliwej urody pokazani zostali w większości w rolach zredukowanych do samców "zaliczających". Nie podobał mi się obraz Polski przedstawiony w Gazelach: prostaccy budowlańcy handlujący pokątnie polską wódką, zakąszający czystą ogórkiem i słuchający disco polo. Dobrze, że chociaż jeden z nich mówił po francusku.
Historia jest o dziewczynie, która ma dość swojego chłopaka i postanawia go porzucić chwilę po wspólnym nabyciu mieszkania na kredyt z trzydziestoletnią spłatą rat. Temat kredytu na mieszkanie też pewnie nie wyda się śmieszny nikomu, kto akurat takowy posiada, zwłaszcza w szwajcarskiej walucie.
Dziewczyna uderza wieczorami, wespół z innymi samotnymi paniami, w miasto, na podryw. Tuła się przy tym pomiędzy mieszkaniami siostry, rodziców, koleżanek i własnym świeżo nabytym remontowanym przez Janusza z Polski. Nie ma jakiegoś wyraźnie zarysowanego zakończenia, wątki się nie kończą, dobiegają jedynie do schodka, historia poza kadrem mogłaby toczyć się dalej...
Najdziwniejsze, że nie żałuję obejrzenia nic a nic, może z powodu tych francuskich przystojniaków ;)
"Gazele"
(Les Gazelles)
Francja 2013
Reżyseria: Mona Achache
Francja 2013
Reżyseria: Mona Achache
Scenariusz: Camille Chamoux, Cécile Sellam
Subskrybuj:
Posty (Atom)





