.

De omnibus dubitandum est. Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.

kaleką matematyką obliczamy swoją wartość (Emily Dickinson)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą latka lecą. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą latka lecą. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 sierpnia 2019

schyłek lata


Obejrzałam jakiś czas temu "Piranie" skutkiem czego film rozsiadł się we mnie i spokoju nie daje. Aż książkę na podstawie której popełniono tę wspaniałą dla mnie produkcję, zdecydowałam się pozyskać. Musiałam pojechać po nią dziś, a czasu jakoś mało. Więc na rower i śmig, jako że sieciówka nieaktywna (karta miejska na środki transportu publicznego), aktywuję jutro. Cyklistka nawrócona po kilkunastu latach przerwy. Samochodami już jeździłam, następnym etapem skuter, jak w Neapolu?

Latka lecą. Trzeba jakoś racjonalnie dobę zagospodarować, choć w minimalnym stopniu. Ruch. Rower, siłownia, basen, praca fizyczna jakaś, choćby wyrzucanie śmieci (tak z dziesięć razy dziennie bez windy), ogarnięcie chałupki. Podlanie kwiatków i zrobienie herbaty się nie liczy.

Przez ostatni rok przeczytałam 12 scenariuszy filmowych. I jedno opowiadanie Hena. No to teraz nadrabiam czytając szóstą książkę pod rząd. Teraz czyli w sierpniu. I znowu oglądam sporo filmów, ale to jeszcze i tak nie tyle ile bym chciała.

Przerwa długa? No to co? Teraz będzie częściej. Facet nie sprzyja pisaniu, ale o tym innym razem, albo i nie. Pa, czółko, mam do dooglądania film, do doczytania książkę, a jutrzejsze wstawanie bladym świtem, poniekąd z konieczności.

piątek, 7 listopada 2014

sto lat na piszczałce


Dziś jest pełnia (każde życzenie się spełnia?), jasność księżyca 100%. Dziś są moje urodziny.

Wybrałam się znowu na filmy w ramach 12. WJFF (Warszawski Festiwal Filmów o Tematyce Żydowskiej). Właściwie T. mnie wyciągnął. Lubię dokumenty, ale wolę je oglądać we wnętrzach mieszkalnych, z całym komfortem projekcji domowych. W torebce Kafka. Wysiadam z tramwaju, z sąsiednich drzwi przez pomost wyjeżdża dziewczyna na wózku. Na światłach czeka sporo ludzi, zielone, wszyscy ruszyli, dziewczyna na wózku też, ale mniejsze kółka wózka trochę haczyły o tory i nie zdołała pokonać całego przejścia (tory + asfalt jezdni) na zielonym. Szedł chłopak, który chciał pomóc, ale ciągnął sporą walizkę na kółkach. Złapałam jego walizkę, on wózek i poszliśmy dalej razem gawędząc o pobliskim muzeum. Chciałabym, żeby tak właśnie funkcjonował świat :) Prosto, zwyczajnie, najzwyczajniej.

W sali muzeum POLIN przysposobionej na kinową zasiadłam sama, T. poszedł jeszcze na jakiś koncert i spóźnił się na początek pierwszego dokumentu.

L'Chaim!: To Life! (Lechaim: Za życie!) w reżyserii Elkana Spillera. Facet z brodą, Chaim Lubelski, jedzie do Antwerpii, zajmie się mamą, która jest chora i w mocno podeszłym wieku. Szuka w Holandii coffee shopu. Popala sobie. Ma 63 lata, ale duszę i przeszłość hippisa. Do tego jest Żydem z całokształtem traum i obciążeń po Holokauście. Na handlu jeansami w Stanach zarobił dwa miliony dolarów, ale stracił je grając na giełdzie. Nie ma żony. Kiedy Chaim pojawia się na ekranie, rozbraja swoim sposobem bycia, swoją osobowością, skromnością. Dowiadujemy się stopniowo, że objechał świat, że zna mnóstwo ludzi i kilka języków, że doskonale gra w szachy. Właśnie o takich ludziach trzeba robić filmy. Po seansie rozmowa z reżyserem. Jest krewnym Chaima i do tej pory nie wyszedł z długów po nakręceniu L'Chaim!: To Life! Opowiada, że Chaim jest genialny, mówi w ośmiu językach, nigdy nie był w Polsce, choć mama urodziła się w Sosnowcu. On sam jest w Polsce po raz pierwszy. Mówi, że Polacy noszą w sobie jakiś smutek, choć obserwacja dopiero co pozyskana, bo jest tu dopiero dwa dni. Po akcji pytanie-tłumacz-odpowiedź-tłumacz reżyser wychodzi z sali razem z widzami. Rozgląda się, uśmiecha, sympatyczny, otwarty, więc podeszłam, a co, i podziękowałam za film i przekazałam pozdrowienia dla Chaima :) Pierwszy raz zdarzyło mi się dziękować twórcy filmu za jego dzieło i na dodatek pozdrawiać bohatera tego dzieła. Pełnia.

Total Eclipse (Całkowite zaćmienie), izraelski film artystyczny wyreżyserowany przez Samuela Maoza. W filmie występuje Jenya Dodina oraz Ohad Naharin, izraelski tancerz i choreograf. Ruch i dźwięki robią piorunujące wrażenie, nie wiadomo na początku kompletnie, o co chodzi. Z każdą sceną pojawiają się u widza coraz liczniejsze domysły, ale potem trochę się temat produkcji rozjaśnia. Tancerze. Trochę jak w "Pinie". Przypomina mi się Malczewski i, nie wiedzieć czemu, Witkacy. Wskakują z pamięci sceny z Wyrocznią z filmu "Kundun - życie Dalaj Lamy" Martina Scorsese. Jestem pod wrażeniem. Muszę zapamiętać, Ohad Naharin. 

Późno, zbieramy się do wyjścia. O, Karol! Za godzinę mam urodziny, więc Karol gra mi na piszczałce sto lat. Na sali zostaje jedna śpiąca pani. Wychodzę z muzeum z dwoma przystojniakami ;) Jemy jabłka i rogaliki. Gonimy ostatnie autobusy i tramwaje. A Łysy z nieba daje na maksa.

poniedziałek, 12 maja 2014

ręka na pulsach


Skutkiem ubocznym odwiedzin Benedicta Cumberbatcha w naszym peryferyjnym kraju było zarejestrowanie offowego festiwalu, który, pod nieobecność mojego filmowego syna, pewnie w ogóle bym przegapiła. W zaistniałych okolicznościach posiadam nawet wiedzę o zwycięzcy. "Eastern Boys". Zdecydowanie przekierowałam się na Europę, jeśli chodzi o kulturę i amerykański tłuściutki bestseller, który dziś do mnie trafił na krótko, jest mi całkowicie nie po drodze.

Świat wkoło wiruje jakoś szybciej i szybciej, jakby ktoś nieustannie podkręcał tempo, jakby manipulował czasem skracając go niepostrzeżenie codziennie o parę sekund, czasem minut. Tym kimś jesteśmy my sami. Ciągle chcemy trzymać rękę na pulsie, tylko tych pulsów zatrzęsienie, a ręka jedna, no dobrze, dwie, ale druga potrzebna do innych czynności. Stroję ucho, łowię to co dla mnie najistotniejsze i tam podążam, resztę bez żalu lekceważąc.

Śnił mi się dziś rok mojej śmierci, dziwne. Szmat czasu przede mną, jeśli wierzyć snom. Chyba pora najwyższa zacząć sobie organizować długą emeryturę.

Arnaud Rebotini - "Whos Gonna Play This Old Machine"



czwartek, 24 kwietnia 2014

świat demaskowany


Matka to po fińsku podróż. Matką jestem od 22 lat. Równiutko. Funkcja rodzica korespondencyjnego - małe ciche bohaterstwo, przez nikogo nie zauważone, przez nikogo nie docenione. Po raz pierwszy jestem matką na dystans, Gniozdurek poszedł w świat.

Świat, który zdejmuje kolejne maski i warstwy otuliny, odziera człowieka z kolejnych złudzeń. My odarci, świat coraz bardziej zdemaskowany. Łuski w oczy wciskamy jak szkła kontaktowe, byle jeszcze trochę przesłonić całą prawdę niepiękną. Zawsze tak było, tylko bez Internetu, łatwiej było trzymać się z daleka od drzewa poznania dobra i zła. Technologie galopują, już prawie nikt nie nadąża, a to dopiero początek. 

Świat żegna Marqueza, Polska żegna Różewicza, Machulski napisał sztukę o Machiavellim. "Machia" będzie wystawiana w kilku teatrach, może uda mi się jakoś pójść, albo choć przeczytać wersję pisaną. Polski teatr nadąża za rzeczywistością, głęboki ukłon.

W odległości mniej więcej dłuższej przekątnej Polski, na wschód, miękko pełznie cicha wojna. Reakcje równie ciche, eteryczne, jak cienie na ścianie (jaskini?).

Idę, poopowiadam sobie bajki. "Coś zróbmy, coś zaróbmy, trochę żywności kupmy!" (Jan Brzechwa)

PA! CZÓŁKO.



"Happy" z Belfastu, szczególnie przywiązałam się do tego właśnie wykonania.

sobota, 1 lutego 2014

fo-sko-fo-sko


Miościewy. Ciepła pora kojarzy mi się nieustająco z sezonem F1, pora zimna - ze skokami narciarskimi, biegami, zjazdami, slalomami, biathlonem. Formuła dopiero co się skończyła i nastały skoki, a czytam, że już znowu lada moment bziu bzzziuuu zaczną latać bolidy po torach świata, już się testy rozpoczęły. A w skokach tuż tuż, tylko patrzeć Planica i koniec sezonu zimowego, jeszcze tylko krótki luty i wiosny początek. Zaczyna mi już coraz szybciej migać ta zmiana pór i dyscyplin, śmiga jak bolid F1 na najszybszym okrążeniu, jakby korbką ktoś coraz żwawiej obracał. Aż mi się od tego przelatywania zlewa w jedno pasmo zamazane Formuła 1 - skoki narciarskie - formuła - skoki - fo - sko - fo - sko - fo - sko...

wtorek, 10 grudnia 2013

trzeba było


"Czwarta bieda: wiatr, zimnisko,
mróz odetchnąć nie da,
Ale za to wiosna blisko" 

fragment wiersza "Rok i bieda" Juliana Tuwima


Czas ubierania twarzy przed wyjściem z domu, żeby nie zmarzła. Czas pustych galerii handlowych - mimo nastroju, choinek, światełek i melodii świątecznych - ludzie nie robią w dzikim tłumie szaleńczych zakupów. Albo zmądrzeli, albo nie maja za co, albo walą do Biedronki. Czas, w którym niewiasty z gołymi głowami noszą kurteczki-wiatr-i-mróz-przedmucha-nereczki. 

O czwartej rano termometr na drzewie pokazywał minus trzy. Fajnie było przejść się kawałek, poślizgać na jedynej kałuży i wrócić do ciepełka na gorącą herbatę z sokiem malinowym. A potem (trzeba było kupić wiewiórkę*) trzeba było zdrzemnąć się choć trochę, a nie wstawiać pranie i teraz robić za zombie. Jeszcze nie jestem aż tak stara ani tak młoda, by wystarczyły 3-4 godziny snu.


*Z filmu "Wyścig szczurów" (Rat Race).

sobota, 9 listopada 2013

Checkpoint Charlie


Dwa tygodnie po upadku Berliner Mauer wylądowałam w Berlinie, przez przypadek. Syn właścicielki mojego poznańskiego studenckiego pokoiku wpadł w odwiedziny do mamy i okazało się, że wybiera się w krótką podróż do kolegi za zachodnią granicę i stanęło na tym, że ja z nim. Bez grosza przy duszy, ale zawsze żądna przygód ;) Mama zadzwoniła, kiedy wychodziłam na dworzec, oczywiście coś ją tknęło, ale nie wygadałam się, że właśnie jadę nach Berlin. Artur dał konduktorowi pociągu jakieś dolary, ten nas wpuścił do kuszetki i przekimaliśmy sobie bezstresowo całą podróż. Dzikość na Checkpoin Charli, przejściu granicznym pomiędzy Wschodem a Zachodem, tłum, żywioł. Jakby ludzie się bali, że niedługo znów zamkną, że to tylko na chwilę. Pierwsze spojrzenie na nieznane, zachwyty, oczy pożerały wystawy, autobusy piętrowe. Zatrzymaliśmy się u kolegi Artura mieszkającego na squacie tuż przy Murze. Zapisałam sobie wtedy:

"Parę dni na Zachodzie. Klimat chwilowej emigracji polskiej. Muzycy, malujący, dusze wyzwolone lub na pograniczu wystraszenia i wolności. Raczej z przechyłem na wystraszenie".


Jedliśmy chleb turecki na jedną markę z keczupem i owoce uzbierane na bazarze. Słuchaliśmy The Clash. Ludzie przy Murze łupali ile się dało, każdy chciał mieć dla siebie i na zaś. My tylko patrzyliśmy, nie mam fragmentu. Robiłam zdjęcia, ale do dziś większości nie wywołałam i nie wiem czy jeszcze się da. Sprawdzę.


W drodze powrotnej zgubiliśmy się na przejściu w tłumie. Kilka godzin przesiedziłam na Hauptbanhof czekając na pociąg do Poznania. Dwoje Rosjan, Murzyn i cała masa Polaków. Znalazł się Artur, Berolina 15.30 nam uciekła, pojechaliśmy dopiero wieczornym. Do Kunowic jechałam na gapę, kiedy sprawdzano bilety wyszłam do toalety. W Kunowicach zgłosiłam brak biletu i wykupiłam u konduktora za 4500 zł. To jedyny koszt jaki poniosłam, cała wyprawa w sumie spadła mi z nieba.

Tak mi się przypomniało rocznicowo, po 24 latach.

piątek, 8 listopada 2013

dzień po


Urodziny kolejne miałam. Straszny dzień. Jakieś mechanizmy podsumowujące aktywują się samoistnie.

Następnego dnia lepiej, spokojniej, jakby ciśnienie atmosferyczne zmalało, czuję mniejszy ucisk życia na cm kwadratowy ciała. Wisły kijem nie zawrócę, bo i jaki w tym niby sens. Częściej trzeba teraz nad rzekę, uczyć się, mądrość czerpać, wiedzę o przemijaniu. Płynąca woda zamiast telewizora i takich tam. 

Marek Hłasko w "Pięknych dwudziestoletnich" pisze, że: "świat dzieli się na dwie połowy, z tym jednak, że w jednej z nich jest nie do życia, w drugiej nie do wytrzymania". Po dwakroć i ćwierć - i nadal doświadczam. Chyba trochę zbyt często, może los na stare lata chociaż odpuści? Może zacznę liczyć siwe włosy. Może nad morze. Bardzo chętnie, poproszę, ale chętniej w góry, może da radę w te najwyższe od razu? Ale po co. Tu też dobrze. Czasami.


A teraz obejrzę Rashomona.

środa, 11 września 2013

ze środka tygodnia


Szarości znów nastały, słońce zgasło na dłużej, pewnie aż do wiosny. Relaks balkonowy czas zwijać, choć jeszcze nie na stałe, jeszcze liczę na przeplatanki słoneczka i (jego) ciepełka. Sandałki czas pakować. Zaczynam jak głupio do dzieci zdrobnieniami. Dziecinnieję czy jeszcze nie dorosłam?

Wyszłam na miasto, maszerowali protestujący związkowcy akurat, grzecznie, równiutko, porządnie, hałasując umiarkowanie, pozdrawiając mieszkańców Warszawy. Dziwne uczucie, wielka siła ludu pracującego, można by pomiarów dokonać, wskaźniki osiągnęłyby ogromną wartość. Prawie żywioł. Może i bez prawie. Tramwaje nie jeździły tylko przez chwilę. Reakcje na wędrówkę gromadną czasem negatywne, czasem agresywne. Czemu? Czasem trzeba wyjść na ulicę, jeśli nie można inaczej. Teraz można wychodzić z protestem na ulicę, taki rodzaj wolności.

Rosja mówi ustami Putina o Ukrainie jak o swojej, nieprawdopodobne ale prawdziwe. Putin znalazł proste rozwiązanie sytuacji z bronią chemiczną w Syrii, ale to nie on dostał pokojową Nagrodę Nobla. Czernie i biele mieszają się nie tworząc odcieni szarości, color blindness szerzy się na potęgę. Lekarstwa jeszcze nie wynaleziono.

Nowojorski uso pen skończony i dobrze, bo kiedy jechała karetka słyszałam Azarenkę. Waleczny Stanislas mieszany czesko-niemiecko-szwajcarski Wawrinka pięknie wojował i aż szkoda, że tylko do półfinału. Ale i finał zajmujący, jako człowiek kobieta stanowczo wolę męski. Nadal, Rafael Nadal, przeszedł samego siebie wygrywając osiem z dziewięciu ostatnich gemów. I operatorzy dostają ode mnie Oscara za ujęcia kortów.

San Marino, number FIFA 207 zmieniło bilans bramkowy z 0-38 na 1-43, za naszych kopaczy, nie chwaląc się, przyczyną. Anglicy wzięli i zremisowali z Ukrainą, jakoś chyba na przekór, na złość. Trzeba będzie jeszcze pobiegać w październiku, jeszcze nie o pietruszkę. "Futbol jest okrutny" - taka książka powstała, mam nadzieję kiedyś upolować, przeczytać. Oprócz eseju Orwella nie czytałam jeszcze żadnej piłkarskiej książki, a ciągnie mnie w te rejony. Jak ludziom może wystarczyć jedno życie. Chyba wyjdę na ulice protestować. Chcę więcej, na początek kilkanaście. Żeby wszystko zdążyć.

środa, 26 czerwca 2013

niespodziewane, częśc pierwsza


Dzień. Zjadłam. Boli. Ukasz też zjadł i nie boli. Zwijam się, przesypiam, budzę, wściekle boli. Noc, twardzielka sięga po przeciwbólowy. Zasypiam. Budzę się. Boli. Chodzę. Przestaje. Nareszcie. Idę na umówioną wiele dni wcześniej wizytę u ortopedy. Wspominam, że boli. Nakrzyczał i wygonił do chirurga przyszpitalnego najbliższego w trybie bezwzględnie natychmiastowym. Szpital Dzieciątka Jezus. Chyba przeginam z wędrówką śladami Mirona. To tu leżał w 1974 roku po pierwszym zawale. Zaczyna padać. Szukam "emergency", jest SOR. Kładą od razu na łóżko, w ciuchach, butach, tętno, ciśnienie, płyny do analizy, wkłucie, wenflon, kroplówka, przychodzi ratownik medyczny, stażystka, lekarz, pytają, badają, uciskają. Leżę, płyn z butli kapie, rozpoznaję wzrokowo teren, za oknem grzmi. Ze mną jeden gej, drugi rodzi kamień. Wiozą nas meleksem na drugi koniec kompleksu szpitalnego (dawne koszary) na USG. Cisza, pochmurno, rześko, jedziemy przez Aleję Kasztanową. Badają nam brzuchy. Burza szaleje z piorunami, grzmotami. Jedziemy z powrotem mokrym meleksem, cicho, rześko, tylko wdychać. Ale nie, łóżko i kapanie, choć przerwane brakiem współpracy naczyń krwionośnych. Jeszcze jedna konsultacja, idę z pielęgniarzem przez park, już noc. Czekam, komary szaleją. Wokół kobiety z dużymi brzuszkami. Badają. Przychodzi pielęgniarz, wracamy przez park. Nikt nie ma pojęcia, co mi jest, dr USG wykluczył aliena, stan kosmitów w organizmie zero. Zdrowa. Ale boli. Wypisali z SOR-u. O 3 w nocy jadę meleksem Aleją Kasztanową na chirurgię, ach, romantycznie. Kładą mnie na pustej sali. Wszystko się lepi, myślałam, że z brudu, a to od płynu dezynfekującego. W zasadzie zdrowa zasypiam jak zabita. Dwie godziny później budzi mnie przystojny miły pan dr. Rozkręca się szpitalna karuzela. Wenflony, strzykawki, pobrania, ciśnienie, kroplówki (woreczki małe i duże), EKG, rentgen, w końcu tomografia z kontrastem, jadę na nią karetką. Bingo, jednak wyrostek, skurczybyk nie chciał się dać zdiagnozować, stawiał zacięty opór. Zwiedzam pięterko. Kibelek masakra, pokoik kąpielowy czyściutki, przytulny. Jestem głodna, chce mi się pić! Wkładam kusą kiecę rozciętą na plecach, bandażują mi nogi, taka procedura antyżylakowa. Jadę na wózku na ciachanie. Serducho trochę kołacze, ale pojęcia nie mam, czemu. Przecież JA się nie boję nic a nic. Twardzielka. Okablowują mnie całą, krząta się dziki tłum ludzi - na jeden kilkucentymetrowy wyrostek, maseczka i ...

... budzę się na OIOM-ie. Teraz to dopiero boli. Jęczę rozdzierająco, błagam o cokolwiek przeciwbólowego, twardzielka się ulotniła, rozpuściła w narkozie. Mają mnie dosyć, a ja ich i całej sytuacji. Lecą mi łzy, bo co bezsilnej babie pozostaje. W końcu ból przycicha, da się wytrzymać. Każą wstawać, siadam, wszystko się dziwnie rusza. Chcę do łazienki, przynoszą basen. Okablowują, monitor, serce, ciśnienie, w wenflonie już dwa kabelki z kranem, oba pompują, cewnik. Kleik i szpitalna herbatka, powoli i niepewnie przyswajam, śniadanko kończy się gwałtownym protestem trwającym kilka najbliższych godzin z przerwami. Zasiadam na wózeczku, wiozą na salę. Wstaję jakoś, twardzielka wróciła, snuję się zgięta wpół po ścianach, dosłownie. Trzeba chodzić, wyganiają, żeby nie było zrostów. Padam, na szczęście okablowują, więc mam wymówkę. Tankują mnie niemal non stop. Kłują, w ramię, w brzuch, pobierają, mierzą. Wstaję za pomącą drabinki metodą podciągania, wenflon przeszkadza we wszystkim, 

Ciąg dalszy nastąpi niebawem. Mały, którego już nie ma, protestuje z niebytu i zarządza leżenie, jednak.

Odcinek Scrubs z wyrostkiem :)


piątek, 3 maja 2013

"Mam sześć lat" - powiedział mój blog


Latka lecą, mój blog się starzeje (a ja wraz z nim). Trzeciego maja 2007 roku zaczęłam pisać i ciągnę ten wózek uparcie.

Sześć lat temu mój kolega Pendragon wyjechał do Irlandii i zaczął opisywać blaski i cienie emigranta na blogu. Tak sobie poczytałam i pozazdrościłam i też sobie bloga założyłam, ojcze chrzestny Pendragonie. Skoro nie mogłam zostać emigrantką ;)

Miałam zamiar skrobnąć jakąś notkę okolicznościową, ale pogoda wespół z porażką dokumentną "mojego" Śląska we wczorajszym PP wytrąciły mnie z doskonałego jeszcze przed meczem nastroju, łamie mnie we wszystkich kościach, chyba po prostu pójdę spać uprzednio poczytawszy, a czyje tomiszcze, dowiecie się wkrótce, oczywiście.

Chyba nie lubię rocznic. Wolę świętowanie/czczenie/pamiętanie rozłożone równomiernie.  Rok ma 365/6 dni. Ale czasem napomknąć nie zawadzi.





Kazimierz Wojniakowski
Widok Sejmu w czasie uchwalania Konstytucji 3 maja
1806, Muzeum Narodowe w Warszawie.


poniedziałek, 22 kwietnia 2013

"Take a day at a time"


Z cyklu "latka lecą"...

Scatman John - John Paul Larkin (1942-1999).

Ważny składnik mojej muzycznej przeszłości.
Słuchałam ongiś dużo i często i w zasadzie jeszcze mi nie przeszło.





sobota, 13 kwietnia 2013

czas coraz szybciej kawalony


"W dzieciństwie ludzie wydają się ustaleni. W młodszości ludzie się przesuwają, ale przedmioty wydają się ustalone. Ustalone cywilizacje, kultury. Z wiekiem i to się rozlatuje. I bez podróży międzygwiezdnej mamy przeżycia coraz szybciej kawalonego czasu. W miarę upływu lat widzimy, że pół wieku to jest nic, potem, że i pięć razy tyle to byłoby nic."

Miron Białoszewski, Rozkurz

środa, 30 stycznia 2013

plaster


Latka lecą. Wriemienieczko idiot, jak pisze Wilk w "Wołoce". Od tresera mojego kręgosłupa dostałam plaster na plecki, który, kiedy siedzę nieprawidłowo, napomina mnie surowym głosem Pana R. :) Dziś w trakcie zabiegów poczułam się już na jakieś osiemdziesiąt, czyli o jakieś dziesięć młodziej, niż wczoraj. 

Jak pisze Wilk w "Wołoce" (może skrótem, bo często będę tego zwrotu używała - jpWw"W", może być?): "Dni brudne, śnieg stajał, niebo jak wory pod oczami. Ni pisać, ni czytać, ni żyć się nie chce. Jeno spać. Gęste sny zastępują rozrzedzone życie. Życie jak brudnopis (...)".

Mnie tam chce się żyć, to jedyna różnica, reszta jakby się zgadza. Od kiedy kładę się spać bez kota na środku kołdry i bez machających psich ogonów, śnią mi się, z tęsknoty za nimi, psy, te moje i nie tylko. Wczoraj podczas snu głaskałam pięknego pieska, długiego jak jamnik, ale kudłatego, w realu nie występuje, o niesamowicie gładkim futerku, do tej pory mam wyraźne odczucie, jakbym dopiero co przestała przesuwać po nim dłonią. W snach wędruję sobie po różnych domach, budowlach, instytucjach, ni to szkoła, ni to praca, jadę tramwajem, rozmawiam sobie z ludźmi, szykuję się na wyjście na koncert w jakimś angielskojęzycznym kraju, podejrzewam, że mogła to być Australia, bo nie wiedziałam czy będzie dwadzieścia czy czterdzieści na plusie. Wyglądam przez okno jakiegoś domu, wychodzę na taras i widzę wokół rozlane cudne jezioro polodowcowe, przebogate jeśli chodzi o "wystrój" linii brzegowej, zagęszczone dodatkowo stworzeniami latającymi. Śni mi się także, że jestem w Islandii. Otwieram po takich gęstych snach oczy, ledwo zwlekam kręgosłup z łóżka i zastanawiam się, czemu tak. A może to pora na dłuższy sen zimowy, taki naprawczy, jak u zwierząt. W każdym razie, sprawa pory roku, pogody czy czego tam jeszcze, aktywność siada, senność ogarnia i nie pomaga żadne wspomaganie ani podkręcanie. Może wystarczy przeczekać.

Jutro kolejna porcja działań, nie na froncie a na tyłach, dokładnie od tyłka w górę. Mam nadzieję, że nie zdezerteruję. 

poniedziałek, 7 stycznia 2013

dobrze że się skończył


Czekałam na symboliczny koniec tego paskudnego w sumie 2012. To, że był to rok grasowania moli spożywczych, remontów i klepania biedy, to jeszcze nie najgorsze. Zostałam "wypchnięta do pierwszego szeregu", jak to określił mankellowski Wallander po śmieci swojego ojca.


2012 to niekończąca się, miałam wrażenie, wymiana rur, zakłócająca mir domowy na wszelkie możliwe sposoby. Po krótkiej przerwie powymianowe łatanie łazienki. Znów "pan od brudnej łazienkowej roboty" chciał zaanektować mi całe mieszkanie, wymyślił sobie, że popracuje sobie na balkonie, ale aktywowałam maksimum asertywności i pola ustąpiłam tylko na powierzchni łazienki i przedpokoju.

A i tak to był, okazało się, pikuś, nadciągała zawieruch remontu budynku z zewnątrz, ocieplania, wymiany balkonów. Ciemności egipskie, rusztowania zasłonięte siatką. Miałam prywatną "jaskinię Platona". Widziałam cienie poruszające się po przeciwległej ścianie. Słyszałam dzikie odgłosy, jakby ludzi pierwotnych, a to robotnicy byli. Rozróżniałam przekleństwa. Widziałam same stopy chodzące po górnym rusztowaniu lub ich cienie. Łopotały fragmenty osłaniającej siatki, za oknem i na cieniu. Ziemia się trzęsła, kiedy panowie "wskakiwali" z fantazją w kilku z rusztowania na balkon, robili to nieustannie. Czasem jednak "mężczyźni na balkonie" skradali się, a że zimno chwytało powoli, naciągali kaptury. Kilka razy przechadzałam się, zadowolona, że akurat pięć minut spokoju, na ułamek sekundy odwracam się i widzę NAGLE ciemną zakapturzoną postać, wyglądającą jak uosobienie złych mocy z horrorów. Dowiedziałam się, jak to jest być doprowadzonym do ostateczności.

Zulus. Mieszka nade mną. Wali piętami w goły parkiet, aż się budynek trzęsie. Energiczny. Czasem mam wrażenie, że rzuca meblami. A może to tylko jego kot się bawi.

Podróże 2012 ograniczyły się do dwóch wyjazdów na pogrzeby.

Koncerty 2012 - nieliczne, nie było zbyt wiele "muzyczno - chemicznego" wspomożenia organizmu muzyką na żywo. Dzięki znajomym "zaliczyłam" jedynie trzy koncerty tegorocznego ChiJE, bardzo jestem wdzięczna i za to. Może w 2013 nadrobię niedobory.

Czytelnictwo 2012 - w ciemnościach i z "człowiekiem pracującym" w kuchni, łazience lub z drugiej strony parapetu także nie było zabawne ani treściwe, zwłaszcza kiedy kurz i hałas wiertarek i kucia tynków zatykały zmysły i drażniły absolutnie cały system nerwowy.

Jedzonko 2012 - zaczęło się od tego, że po odkryciu moli spożywczych wyrzuciłam wszytko co jadalne, oprócz ziemniaków, wszelkie ryże, kasze, makarony, mąki, ziarna, przyprawy (skurczybyki zalęgły się nawet w słoiczku z liśćmi laurowymi). Niewiele pomogło, siedziały nawet wewnątrz otwieracza do puszek, w pudełeczkach z zapałkami i w zeszytach z przepisami. Cały rok pod znakiem jabłek, kartofelków, soli i cukru w kostkach. Ostatniego mola odnotowałam w listopadzie i dopiero kilka dni temu nabyłam pierwsze opakowanie ryżu i zestaw przypraw, na razie cisza, ale pozostaję nieufna i ostrożna.

Ale cnotę cierpliwości za to wyćwiczyłam niemal do granic, nerwy już są na bardzo krótkich postronkach i cieszę się, że potrafiłam ten istny zalew doświadczeń jako tako, na ile się dało, przełożyć na pozytywy, na wypracowanie własnych metod radzenia sobie w "ekstremalnej codzienności". Parę razy byłam blisko doświadczenia syndromu pourazowego jak uczestnicy działań wojennych.


Po świętach sąsiedzi zza ściany rozpoczęli remont mieszkania, już "zaliczyliśmy" pierwsze wiercenia wiertarką. Czego Wam absolutnie nie życzę.



poniedziałek, 26 listopada 2012

"Niegdyś a dzisiaj"


"W młodszych dniach cieszyłem się z poranka,
Wieczorem płakałem; teraz, gdy jestem starszy,
W zwątpieniu zaczynam mój dzień, ale
Święty i światły jest mi koniec dnia."

                          Fryderyk Hölderlin
                         


wtorek, 6 listopada 2012

jutro 44


Urodziny mam jutro. Skorpionica. Nie obchodzę zasadniczo. Tak się życie układa, że zawsze się nie układa, by obchodzić. Jak zresztą inszych zwyczajowych obchodów. Regularnie tylko gości u mnie choinka, raz do roku, tego obchodu nie odpuszczam.

piątek, 13 kwietnia 2012

odłączanie sysytemów


Latka lecą, lawinowo. Ciałko coraz starsze, niezależnie od sposobu karmienia, niezależnie od ilości snu i sposobów regeneracji. Joginem nie jestem, zahibernować się i spowolnić nie potrafię. Paktu z diabłem nie podpiszę.

Czuję się jak Hal 9000 z Odysei  kosmicznej Kubricka. Stopniowo wyłączają się kolejne funkcje. I spowalniam. Ciekaw, kiedy zacznę śpiewać "Daisy".


sobota, 7 lutego 2009

langsam langsam aber sicher


Powolutku życie toczy się dalej. Czekamy na coś, co ma się wydarzyć, to coś nadchodzi, dzieje się, przechodzi w niebyt przeszłości, znowu na coś czekamy, und so weiter, und so fort. Z punktu do punktu, od wydarzenia do wydarzenia. W etapach dniowych, tygodniowych, miesięcznych. Czasem czekamy całe lata... Niekiedy, czekając, niewiele potrafimy zdziałać, gdyż jesteśmy jednym wielkim oczekiwaniem. Zatem czekać czy nie czekać, oto je pytanko....


Osobiście skłaniam się ku opcji, by nie czekać.
Czekaniu mówimy stanowcze, zdecydowane NIE :)

Nich da?