.

De omnibus dubitandum est. Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.

kaleką matematyką obliczamy swoją wartość (Emily Dickinson)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poznań. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poznań. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 marca 2009

Morasko c.d.


Widzę, że się podobało :))
No to jeszcze porcyjka, przyjemnego oglądania!


 
 
 
 

zdjęcia: xbw

poniedziałek, 30 marca 2009

dziwne miejsce pod Poznaniem




 




zdjęcia: xbw

Zdjęcia zrobiłam w Rezerwacie Morasko pod Poznaniam latem 2007 (nie w czasie urlopu czy wakacji a jedynie w czasie - delegacji...). Podobno spadł tam meteoryt, powyżej jeden z siedmiu kraterów powstałych około 5 tysięcy lat temu.


STOJĄCA WODA - ciekawe, prawda?
 (UWAGA - PYTANIE WIELOZNACZNE)


sobota, 10 listopada 2007

Impreza urodzinowa



Już w zasadzie po, choć jakoś tak się przeciągnął temat, że w pewnym sensie moje urodziny trwają nadal. Bo już dzień wcześniej rozpoczęta wieczorna wędrówka po poznańskim Rynku i okolicach sfinalizowała się odśpiewaniem jakże popularnej pieśni 100 lat już siedem (!) minut po północy w pubie "Deja Vu". Wielki Finał był Wielką Improwizacją, nic nie było zaplanowane wcześniej, oprócz czasu, miejsca i osób. Zaopatrzenie było składankowe, więc jego stan ujawnił się już w trakcie trwania i powalił swoim ogromem. A mówi się, że Poznaniacy tak raczej po szkocku do tematu podchodzą. Niniejszym dementuję :). W zasadzie przyszli wszyscy zaproszeni goście (skąd ja znam aż tyle osób w Poznaniu? :) i było przytulnie, wieszak od 30 nakryć wierzchnich nie wytrzymał i załamany, a nawet złamany odpadł od ściany. Wspomniałam koledze, żeby zabrał gitarę. Zabrał. Razem z piecem, mieliśmy koncert! Ochroniarz przyszedł tylko raz :) Sprzątania miałam tylko 2 godziny, od 6 do 8 rano. Położyłam się o 8.30, a już o 9.15 zadzwonił ktoś z zapytaniem, jak udała się impreza, a po kolejnych 15 minutach zaczął dzwonić budzik. W pięciominutowych drzemkach przerywanych moim ulubionym porannym odgłosem budzika z komórki dotrwałam do 10.00. Około 11. byłam w pracy. Nie spałam nawet w pociągu, gdyż dziwnym zbiegiem okoliczności część Poznania oraz poznańskiego stylu życia jechała tu ze mną :) Znów czeka mnie zatem wesoły wieczór, czego i Wam życzę.





 

zdjęcia by xbw

niedziela, 14 października 2007

Święty Marcin



Jest w Poznaniu ulica o bardzo ładnej nazwie Święty Marcin. Uwaga, nie - Świętego Marcina. Bywają ulice Kopernika, Konopnickiej itp, ale ta nazwa brzmi inaczej, nietypowo. Dlatego nie można powiedzieć o ulicy: na Świętego Marcina, tylko na Świętym Marcinie.

Na ulicy Święty Marcin natomiast znajduje się kościół świętego Marcina. Kościół był najwcześniej, potem osada obok kościoła nazwana była Święty Marcin. No a potem ulica. Ulica ta ma swoje imieniny, każdego 11 listopada.

Marcin był, żył, dawno dawno temu (316-397), dał biednemu zziębniętemu człowiekowi połowę swojego płaszcza i potem działy się z nim i wokół niego dziwne rzeczy. Został pustelnikiem.

Święty Marcin jest patronem między innymi podróżników.

piątek, 12 października 2007

dziwny ten świat



Cóż, jak zwykle ostatnio siedzę w Poznaniu, dobrze mi tu. Zastanawiam się, dlaczego mi tu dobrze. Trochę to wiem, trochę nie. Lepiej mi się tu oddycha, lepiej śpię, schudłam o tyle o ile chciałam, bez najmniejszych problemów :))) Nie boli mnie głowa, w ogóle. Spotykam miłych ludzi i generalnie jakby lepszym człowiekiem tu jestem.

Pracuję tu, nie siedzę na wywczasie. Pracuje mi się też o całe niebo lepiej. Tak dziwnie to trochę i tajemniczo wygląda....

Przeczytałam w części książkę The Power of Now. I tak właśnie żyję, chwilą, tym co akurat jest.

Potęga teraźniejszości.

Wszystkim mającym gorszy dzień, gorszy tydzień, miesiąc, chwilę, Piterowi zwłaszcza, pogody, zebrania się w kupę lub w garść, co kto woli. Tak jak jest jest dobrze. Podobno.

Potęga teraźniejszości.

Pozdrawiam.



piątek, 24 sierpnia 2007

W Drodze



Ale się ostatnio porobiło, tak zupełnie samo.

Zaczęło się od tego, że jakoś kiepski humor razu pewnego miałam, w pracy siedziałam, telefon zadzwonił i okazało się, że mam jechać do Gdańska. No i humor lepszy od razu się zrobił. Potem wyszło, że nie Gdańsk a Poznań. Trudno się mówi i jedzie się do Poznania.

Ukasz na szczęście pojechał na Mazury, potem w Tatry, pozaliczał kilka dwutysięczników, między innymi Czerwone Wierchy i Granaty i mam nadzieję, że pokochał moje wieczne i od zawsze i na zawsze ukochane GÓRY....



Poznań okazał się być całkiem przyjaźnie do mnie nastawiony po kilkunastu latach od porzucenia go, co przejawiało się zarówno w postawie ludzi, jak i jawieniu się "przedmiotów" wszelkich dużych i małych, takich jak budynki, ulice, skrzynki na listy czy tramwaje. Po prostu było mi tam dobrze, co mnie właściwie zdziwiło. Pod koniec pierwszego tygodnia okazało się, że pobędę tam dłużej nieco, co już z zadowoleniem przyjęłam. Po drugim tygodniu okazało się, że zostałam oddelegowana na urlop :) No i dobrze, bo tak sama z siebie do Bożego Narodzenia pewnie nie wpadłabym na to, żeby wziąć wolne dni w ilości dłuższej niż jeden dzień....


Sytuacja ułożyła się idealnie, bo akurat wtedy "Dużuś" zaczął wymiękać z lekka na tych dwutysięcznikach, nie kondycyjnie, ale trochę miał za dużo na jeden raz, i musiałam po niego pojechać. I znów się tak złożyło, że wtedy akurat rodzina jechała autem, z Poznania, dokładnie tam, gdzie mój Dużuś. Okazało się, że to Słowacja. Gór nie widziałam, bo jechaliśmy nocą. Gdzie jestem, zobaczyłam dopiero rano, ale to też nie dokładnie, bo wszystko tonęło w oparach mgieł..... Wtedy to właśnie postanowiliśmy zwiedzić jaskinię, ale Słowacy w poniedziałki nie chcą zarabiać na turystach, nie wiedzieć czemu. Moje nadzieje na pobuszowanie po podziemnych zakamarkach musiałam złożyć w kosteczkę i schować do kieszonki, niczym chusteczkę do nosa.... Zamiast w jaskini wylądowaliśmy na kolejce na słowacki dwutysięcznik Chopok.


Pierwszy raz, nie licząc Kasprowego, jechałam takim dziwnym ustrojstwem aż tak wysoko... Nawet nie pamiętam czy się bałam, tak było zimno.... Na samej górze okazało się, że jesteśmy dopiero na wysokości 1800 z groszami i do szczytu jeszcze troszkę trzeba po kamionkach w górę popomykać, we mgle, zimno i wietrznie. A ludzie w sandałkach i krótkich spodenkach, zdarzały się, jak zwykle, panie w klapeczkach i małe dziewczynki w letnich sukieneczkach z gołymi nóżkami...... Jakieś pół godziny pieszkom w górę to już było za dużo dla nieprzygotowanych. W czasie odwrotu myśleliśmy o kubku gorącej czekolady...


Następnym pomysłem było wykąpanie się w ciepłym basenie, wybór padł na kompleks w Besenowej. Najfajniejsze były tam sauny, jedna za drugą, każda inna, była tez tradycyjna sauna FIŃSKA. Nie przypuszczałam, że można tyle czasu przesiedzieć w saunie, łącznie chyba z godzinę spędziłam w kabinach, oczywiście przeplatając wejścia chłodnym prysznicem i wypijając litry wód źródlanych bezpośrednio lecących z kraników w ścianach. Następnego dnia byłam już w Zakopanem, przez kilka godzin zaledwie, a wieczorkiem w domeczku, jak dobrze :))) Jak to miło po takiej włóczędze przespać wreszcie noc we własnym łóżku. 


Dużuś wybył znowu, tym razem do Dziadka, ja jeszcze raz do Poznania. W końcu trzeba było się z Poznaniem pożegnać, co w miłym nastroju oraz uroczym towarzystwie czyniłam do 4 rano.... Ale to już poza mną, impreza odespana, moja osoba do dom wróciła. Ale że ruch i przemieszczanie wchodzi w krew, to dziś znów wyjeżdżam, i za tydzień też, i za dwa też..... Jeden z tych wyjazdów ma być w kasku motocyklowym, o ile pogoda pozwoli. Mam nadzieję, że będę się dobrze bawiła, czego i Wam Wszystkim Czytającym życzę:))


 

zdjęcie by xbw

poniedziałek, 6 sierpnia 2007

międzypoznanie



Siedziałam sobie tydzień w Poznaniu, weekenduję w domku, ale zaraz znowu wio z powrotem do Poznania. Ukasz rozpoznaje Tatry i okolice. Posiedzenia w pociągach zaskutkowały zapoznaniem się ze sporą ilością inspirującego słowa pisanego. A co ciekawego usłyszałam i przeczytałam, o tym częściowo poniżej.


Jest w Polsce piramida. To grobowiec rodzinny rodu von Fahrenheid z 1811 roku zbudowany w mazurskiej wsi Rapa. Znajduje się w tzw. miejscu mocy. Można obejrzeć zmumifikowane zwłoki, jeśli ktoś lubi. Podobno piramida ma regenerujące właściwości. W planach mam odwiedzenie tego miejsca, czego i Wam życzę.




piramida - grobowiec w Rapie, zdjęcie z Wikipedii


A w Poznaniu jest góra, ma 154 metry n.p.m. Nazywa się Góra Moraska i znajduje się w rezerwacie przyrody Meteoryt Morasko. W tymże rezerwacie znajduje się siedem kraterów powstałych najprawdopodobniej po uderzeniu meteorytu, które to zdarzenie ponoć miało miejsce około 5 tysięcy lat temu. Jeśli się zbiorę w sobie :) to wkrótce własną osobą rezerwat pozwiedzam i będzie temat na następny post. A teraz łapię graty i lecę na pociąg. Pa.