Na schodach świątyni
Widziałem wczoraj kobietę siedzącą między dwoma mężczyznami na marmurowych schodach świątyni.
Z jednej strony twarz jej była całkiem blada, z drugiej zarumieniona.
Khalil Gibran "Szaleniec"
kaleką matematyką obliczamy swoją wartość (Emily Dickinson)
Pomysł, żeby przestać utożsamiać się z umysłem, wydaje się prawie niewykonalny. Przecież wszyscy jesteśmy zanurzeni w umyśle.
Oto klucz: połóż kres urojonemu istnieniu czasu. Czas i umysł są ze sobą nierozerwalnie związane. Wyruguj z umysłu czas, a wtedy umysł znieruchomieje i dopiero gdy zechcesz nim się posłużyć, znów ruszy z miejsca. Kto utożsamia się z umysłem, tkwi uwięziony w czasie, pod jarzmem przymusu, który każe mu żyć niemal wyłącznie wśród wspomnień i oczekiwań. Stąd niekończące się pochłonięcie przeszłością i przyszłością oraz niechęć do tego, żeby oddać należną cześć obecnej chwili i pozwolić jej być. Przymusowe rozpięcie między przeszłością a przyszłością bierze się stąd, że tej pierwszej zawdzięczasz tożsamość, a ta druga niesie ze sobą obietnicę zbawienia, takiego czy innego spełnienia. Obie są urojone.
Ale jak byśmy funkcjonowali w tym świecie, gdyby nie poczucie czasu? Nie byłoby do czego dążyć. Nie wiedziałbym nawet, kim jestem, bo przecież to moja przeszłość czyni ze mnie tę a nie inną osobę. Moim zdaniem, czas to coś ogromnie cennego, a my musimy nauczyć się mądrze nim gospodarować, zamiast go marnotrawić.
Czas nie przedstawia żadnej wartości, ponieważ jest urojeniem. To nie on wydaje ci się cenny, lecz jedyny punkt wyłączony z czasu: teraźniejszość. Ta rzeczywiście jest cenna. Im bardziej skupiasz uwagę na czasie - na przeszłości i przyszłości - tym mniej dostrzegasz teraźniejszość, chociaż to właśnie ona jest ze wszystkiego najcenniejsza.
Dlaczego? Po pierwsze, dlatego, że nic oprócz niej nie istnieje. Jest tylko teraźniejszość. Wieczne teraz to jedyny stały czynnik – przestrzeń, w której toczy się całe twoje życie. Życie trwa właśnie teraz. Nigdy jeszcze się nie zdarzyło, żeby twoje życie toczyło się kiedy indziej niż teraz i nigdy tak się nie zdarzy. Po drugie, teraźniejszość to jedyny punkt, przez który możesz się wydostać poza wąskie ramy umysłu. Tylko tędy prowadzi droga w niepoddaną czasowi, bezpostaciową sferę Istnienia.
"Potęga teraźniejszości" (The Power of Now) Eckhart Tolle
"Mieszkanie Wingfieldów na tyłach jednego z tych ogromnych, przypominających ule konglomeratów mieszkalnych, mnożących się jak narośle w zamieszkałych przez biedniejszą klasę średnią, zatłoczonych centrach miast i będących dla tej największej i zasadniczo zniewolonej grupy amerykańskiego społeczeństwa hamulcem ich aktywności i indywidualizmu, egzystuje w nich bowiem i funkcjonuje jak jedna wielka zautomatyzowana masa.
Okna mieszkania wychodzą na alejkę, do wnętrza prowadzą schody przeciwpożarowe, których nazwa akurat ma w sobie coś z poezji życia, gdyż we wszystkich tych wielkich domach powoli i nieustępliwie płonie ogień ludzkiej rozpaczy."
Szklana Menażeria
Tom Potrzebuję wielu przygód.
Amanda Dla wielu młodych mężczyzn przygodą jest ich praca.
Tom Wielu młodych mężczyzn nie pracuje w hurtowni.
Amanda Mnóstwo młodych mężczyzn pracuje w hurtowniach, biurach i fabrykach.
Tom I dla wszystkich to jest przygoda?
Amanda Dla jednych jest, dla drugich nie jest! Nie każdy ma bzika na punkcie przygód.
Tom Mężczyzna ma instynkt kochanka, instynkt myśliwego i instynkt zdobywcy, a praca w hurtowni nie ma z nimi nic wspólnego!
Amanda Instynkt! Nie mów mi nic o instynkcie! Ludzie uwolnili się od tego! Instynkt jest cecha zwierząt! Dojrzały chrześcijanin ma inne potrzeby!
Tom Jakie potrzeby?
Amanda Wyższe! Potrzeby umysłu i ducha! Tylko zwierzęta muszą zaspokajać instynkty! Twoje dążenia są wyższe niż ich! Niż małp... i świń...
Szklana Menażeria
Ćwiczyłam. Jeszcze przed wyzwoleniem ojciec zamykał okiennicę i kazał ćwiczyć. Wojna, powstanie, płonąca Warszawa, szok, trauma - wszystko jedno. Musiałam grać. Przyszło wyzwolenie, a zaczął się koszmar. Do Łodzi wjechała zwycięska armia radziecka i zaczęły się kradzieże, gwałty. Gwałcono dziewczynki w moim wieku i kobiety w wieku mojej matki. Któregoś wieczoru - jak zwykle - grałam na skrzypcach. Okiennica była zamknięta. Usłyszeliśmy, że ktoś w nią wali. Mocno. Natarczywie. Mama otworzyła. Do mieszkania wpadł styczniowy mróz. W drzwiach stał bardzo przystojny oficer z kozacką włochatą czapą na głowie. Po zamglonych oczach od razu spostrzegliśmy, że jest pijany. Obok stał drugi żołnierz, pewnie jego adiutant. Był jeszcze bardziej pijany. Zapytał: "kto zdies na skripkie igrajet?". Popatrzył na moją mamę, ładną kobietę, popatrzył na mnie. Ojciec odpowiedział piękną ruszczyzną: "Moja córka gra pięknie, może chce pan posłuchać?". No i ten oficer usiadł i wydał mi rozkaz: "Graj". Ojciec szepnął: "Serenadę melancholijną", i siadł do pianina. Wzięłam do ręki skrzypce. Tirira, tirira... Grałam mu przepiękną melodię Czajkowskiego. Tirira - grałam coraz smutniej. Po jakimś czasie oficer zdjął czapkę, a po chwili zerwał ją z głowy towarzysza. Ta serenada trwa jakieś osiem minut. Jest bardzo nostalgiczna, sama się prawie popłakałam. Zrobiło się potwornie smutno. Kiedy skończyłam, Rosjanin powiedział: "Nu, i poszli, spasiba". Wyszli. To wszystko było jak cud. Nikomu z nas nic się nie stało. Uratowała nas muzyka. Ten chłopak mógł być na wojnie tak długo, że zrobiło mu się tęskno za matką Rosją. Poczułam nad sobą opatrzność. I czuję do dzisiaj.
- Pytał więc pan - podjął mój rozmówca - czy słyszałem głos Boży? Wydaje mi się, że nie można stawiać sprawy w ten sposób. Nie jestem dewotką miewającą objawienia. Wola Boża dociera do człowieka bez metafizycznego sztafażu. Po prostu objawia się ona przez pewne postanowienia i myśli naszego mózgu. Przez kierowane wypadkami naszego życia.
str. 57
Wiedziałem, że kobieta nie potrafi zaspokoić i zastąpić wszystkich tęsknot miotających mną, wiedziałem, że stabilizacja mojej miłości z Teresą byłaby morderstwem tej miłości. Ale oto pod wpływem dziewczyny zacząłem jak gdyby odzyskiwać wiarę w życie. Wiedziałem, że jest to złuda, i próbowałem sobie to tłumaczyć. Zbyt wiele lat łudziłem się marzeniami o podróżach, przygodach i nadzwyczajnych losach, jakie mnie czekają. (Zbyt wiele razy byłem za te marzenia miażdżony codziennymi sprzętami naszego mieszkania, salą wykładową, całą tą machiną potworności, w jakie byłem wprzęgnięty bez możliwości uwolnienia się). Jednak gdy byłem z Teresą, czułem się uspokojony i wierzyłem, wbrew logice, że czekają mnie jeszcze sprawy niezwykłe.
str. 73-74
- Zresztą nie wiesz, nie wiesz - zacząłem mówić bardziej chaotycznie - mówiąc to wszystko, staram się być powściągliwy, aby... - zgubiłem wątek słów i myśli - Teresa. Rozumiesz? Tysiące dni, tysiące godzin, podczas których nic się nie dzieje. Podstawowy pokarm mego dzieciństwa i wczesnej młodości. Marzenia okazują swoją zwiewność, co więcej, okazują się być trucizną utrudniającą zdrową wegetację. Czyż po to karmienie opowieściami i czynach królów, rycerzy i innych gierojów, żeby wegetować? Dlaczego zostałem skazany na wegetację? Kogo za to winić, kogo?
str. 90
"Alexandre Dorfmann z ociąganiem wstaje zza biurka, wyraźnie zaaferowany dokumentem, którego lekturę przerwało mu moje wejście. Królewskim gestem zdejmuje okulary. Twarz mu się zmienia, posyła mi skąpy uśmiech.
- Ach, pan Delambre!
Już sam jego głos jest narzędziem dominacji. Bezbłędnie ustawiony, po najdrobniejszą intonację. Dorfmann podchodzi, ściska gorąco moją dłoń, i drugą trzymając mnie za łokieć, prowadzi do miejsca pełniącego funkcję salonu z biblioteką, która woła z daleka: "Jestem nie tylko wielkim bossem, ale i humanistą". Siadam.
Dorfmann zajmuje miejsce obok mnie. Bez ceregieli.
Trudno opisać, co w tym momencie czuję.
Ten człowiek ma niesamowitą charyzmę.
Są tacy ludzie. Elektryzujący. Emanujący prądy.
Dorfmann uosabia potęgę, tak jak Fontana uosabia zagrożenie. Dorfmann to personifikacja psychicznej dominacji.
Gdybym był zwierzęciem, zacząłbym warczeć".
"Wchodzimy do ajencji banku i oto jest "doradca klienta". Istna kopia mojego zięcia, ten sam garnitur, ta sama fryzura, ten sam sposób bycia, mówienia. Ile klonów tego modelu stworzono?"
"... siadam na jednym z foteli, z którego podnoszę nieźle już wymięty "Le Monde". Czytam: Pracownicy stanowią w chwili obecnej "największe zagrożenie" dla finansowego bezpieczeństwa przedsiębiorstw.
Zerkam na zegarek, nerwowo przerzucając gazetę. Strona ósma: Rekordowy wynik na licytacji jachtu Shahida Al-Abbasiego: sto siedemdziesiąt cztery miliony dolarów".
"Dlaczego w żaden sposób nie mogą mnie zrozumieć? To dla mnie zagadka. Choć w istocie niezupełnie. Początkowo dla Mathilde i Nicole bezrobocie było pewnym bladym pojęciem, pewnym konceptem: czymś, o czym piszą w gazetach, o czym się mówi w telewizji. Ale wkrótce rzeczywistość im uświadomiła, jak bardzo powszechne stało się bezrobocie. Bardzo szybko okazało się, że trudno nie zetknąć się z osobą bezpośrednio nim dotkniętą, nie spotkać kogoś mającego bezrobotnego wśród najbliższych. Jednak dla Mathilde i Nicole rzeczywistość ta nadal pozostawała mglista, bezrobocie bezsprzecznie występuje, lecz można z nim żyć; wiadomo, że istnieje, ale dotyczy tylko innych. Tak jak głód na świecie, jak bezdomni, jak AIDS. Jak hemoroidy. Dla tych, których bezpośrednio nie dotknęło, pozostaje abstrakcyjnym tłem. I nagle, kiedy nikt się tego nie spodziewał, bezrobocie zadzwoniło do naszych drzwi. Zachowało się jak Mathilde; położyło gruby paluch na przycisku domofonu, tyle że nie wszyscy słyszeli jego dzwonek równie długo. Na przykład ci, którzy rano idą do pracy, przez cały dzień pozostają poza jego zasięgiem, słyszą go dopiero wieczorem po powrocie do domu. I to tylko ci, którzy mieszkają z bezrobotnym, albo kiedy ten temat pojawi się w wieczornym dzienniku. Mathilde ten dzwonek słyszała rzadko, tylko w niektóre wieczory lub weekendy, kiedy nas odwiedzała. I tu jest właśnie ta zasadnicza różnica: mnie bezrobocie już dawno zaczęło rozrywać bębenki w uszach. I jak im to wytłumaczyć!?"
"Swego czasu dość dobrze znałem siebie. Mam na myśli to, że nigdy nie byłem zaskoczony własnym zachowaniem. Człowiek, który wiele w życiu przeszedł, wie, jak w danej sytuacji należy się zachować. Potrafi nawet określić okoliczności, w jakich niekoniecznie musi się kontrolować (jak na przykład rodzinne pyskówki z takim idiotą jak mój zięć). Poczynając od pewnego wieku, życie jest już tylko powtórką. Tymczasem tego, czego dowiadujemy się (lub nie) z własnego doświadczenia, dzięki metodom zarządzania nauczymy się w dwa lub trzy dni, za pomocą tabel, w których ludzie zostają sklasyfikowani zależnie od ich charakteru. Jest to praktyczne, zabawne, schlebia umysłowi, daje poczucie bycia inteligentnym; dzięki temu wyobrażamy sobie nawet, że zdołamy się nauczyć skuteczniejszego postępowania w życiu zawodowym. Krótko mówiąc, uspokaja. Z biegiem lat mody się zmieniają i jedne tabele zastępują drugie. Jednego roku poddajemy się testowi, żeby dowiedzieć się, czy jesteśmy metodyczni, energiczni, zdeterminowani i czy umiemy pracować w zespole. Następnego roku proponuje się nam sprawdzenie, czy jesteśmy pracowici, buntowniczy, twórczy, wytrwali, empatyczni i czy potrafimy marzyć. Jeśli zmienimy coacha, odkryjemy, że w rzeczywistości jesteśmy opiekuńczy, potrafimy kierować, porządkować, wyzwalać emocje i dodawać otuchy, a kolejne seminarium pomoże nam ustalić, czy jesteśmy nakierowani bardziej na działanie, na metodyczność, na idee czy na procedury. Jest to rodzaj oszustwa, które wszyscy uwielbiają. Jak w horoskopach - w końcu zawsze odkrywamy jakieś cechy, które nas upodabniają do innych, ale prawda jest taka, że nie będziemy wiedzieć, do czego tak naprawdę jesteśmy zdolni, dopóki nie znajdziemy się w sytuacji ekstremalnej. Ja na przykład ostatnio często sam siebie zaskakuję".
Pan Lucas przyszedł dziś rano, żeby się dowiedzieć, czy matce nie potrzeba pomocy. To bardzo miłe z jego strony. Pani Lucas myła od zewnątrz okna ich domu. Drabina, na której stała, nie wyglądała na zbyt bezpieczną.
Zapisałem się do biblioteki. Wypożyczyłem Jak dbać o cerę, O powstawaniu gatunków oraz książkę tej baby, o której matka bez przerwy ględzi. Książka nazywa się Duma i uprzedzenie, a napisała ją jakaś Jane Austen. Zauważyłem, że mój wybór zrobił wrażenie na bibliotekarce; niewykluczone, że też jest intelektualistką.
Pan Lucas pił z matką kawę w kuchni. W pomieszczeniu było pełno dymu. Zanosili się śmiechem, ale urwali, kiedy wszedłem. W domu obok pani Lucas czyściła rynny. Odniosłem wrażenie, że jest w złym humorze. Małżeństwo państwa Lucasów chyba nie jest udane. Biedny pan Lucas!
Przyszedł pan Lucas i zaproponował, że zawiezie matkę samochodem do sklepu. Podrzucili mnie do szkoły. Z przyjemnością wysiadłem z samochodu, gdzie aż się kłębiło od chichotu i dymu tytoniowego. Po drodze widzieliśmy panią Lucas, która niosła wielkie torby z zakupami. Matka jej pomachała, ale pani Lucas nie miała czym odmachać.
Zacząłem dzisiaj czytać O powstawaniu gatunków, ale książka nie dorównuje serialowi telewizyjnemu.
Dziś rano obudzono mnie bardzo wcześnie. Pani Lucas betonowała podwórko od frontu i nie mogła wyłączyć betoniarki, żeby beton nie zastygł, kiedy go rozprowadzała. Pan Lucas podał jej herbatę. To naprawdę dobry człowiek.
Pani Lucas pokłóciła się z moją matką o psa, który jakoś wydostał się z domu i zostawił ślady na jej świeżym betonie. Ojciec zaproponował, że odda psa do uśpienia, ale matka zaczęła płakać, więc obiecał, że tego nie zrobi.
Pies znowu był u weterynarza. Beton przykleił mu się do łap; nic dziwnego, że w nocy tak hałasował na schodach.
Matka szuka pracy! Teraz już na pewno skończę jako młodociany przestępca, wałęsający się po ulicach i w ogóle. Co zrobię w ferie? Będę przesiadywał w pralni samoobsługowej, żeby się ogrzać? Albo zostanę dzieciakiem z kluczem na szyi, cokolwiek to oznacza? I kto zajmie się psem? Co będę jadł przez cały dzień? Będę musiał się odżywiać chrupkami i słodyczami, od których zrujnuję sobie cerę i wypadną mi zęby. Uważam, że matka zachowuje się bardzo samolubnie. A w pracy i tak się nie sprawdzi - nie jest zbyt bystra i za dużo pije w święta Bożego Narodzenia.
Państwo Lucas się rozwodzą! Są pierwsi na naszej ulicy. Matka poszła pocieszyć pana Lucasa. Musiał być bardzo zdenerwowany, bo kiedy ojciec wrócił z pracy, wciąż jeszcze tam siedziała. Pani Lucas pojechała gdzieś taksówką. Chyba odeszła na zawsze, bo zabrała ze sobą komplet kluczy francuskich. Biedny pan Lucas, teraz będzie musiał sam sobie robić pranie i w ogóle.
Na wczorajszym przyjęciu ojciec upił psa wiśniówką.
Czuję się dzisiaj fatalnie. Wszystko przez matkę, która o drugiej w nocy zaczęła śpiewać My Way, stojąc u szczytu schodów. To po prostu pech mieć taką matkę. Ale jest nadzieja, że moi rodzice okażą się alkoholikami. W przyszłym roku mógłbym już być w domu dziecka.
Pies odegrał się na ojcu. Podskoczył i strącił jego model żaglowca, po czym wybiegł do ogrodu, plącząc się w takielunku.
Oszaleję z niewyspania! Ojciec zabronił psu wchodzić do domu, więc ten przez całą noc szczekał pod moim oknem!
Ojciec ma grypę.
Pies uciekł na ulicę, bo matka nie zamknęła furtki.
Pies nie wrócił. Jakoś spokojniej bez niego. Matka zadzwoniła na policję, żeby podać im opis, w którym pies wypadł jeszcze gorzej niż w rzeczywistości, kudły na oczach i w ogóle.
Pies ma niezłe kłopoty! Zrzucił z roweru strażnika, sprawdzającego parkometry, i pomieszał mu wszystkie mandaty. Z pewnością teraz wszyscy wylądujemy w sądzie. Policjant pouczył nas, że musimy pilnować psa, i zapytał, od kiedy kuleje. Matka odparła, że wcale nie kuleje, po czym go obejrzała. W lewej przedniej łapie uwięzła mu mała figurka pirata. Pies, wyraźnie zadowolony, że matka usunęła pirata, skoczył na policjanta i pobrudził mu mundur zabłoconymi łapami. Matka przyniosła z kuchni ścierkę, w którą przedtem wytarłem nóż po dżemie truskawkowym, więc mundur zaczął wyglądać jeszcze gorzej.
Pies został zamknięty w składziku na węgiel.
Teraz matka ma grypę, co oznacza, że muszę się zajmować obojgiem rodziców.
Przez cały dzień biegałem tam i z powrotem po schodach. Ugotowałem dla nich porządny obiad - dwa sadzone jajka z fasolą, a na deser kasza manna z puszki. Z trudem powstrzymałem się od uwag, widząc, że rodzice niczego nie tknęli. Przecież nie są aż tak chorzy! Zaniosłem wszystko psu do składzika na węgiel. Jutro przychodzi babcia.
Przyszła babcia. Stan domu napawa ją obrzydzeniem.
Babcia wypuściła psa ze składzika i oznajmiła, że zamykając go, matka postąpiła okrutnie. Pies zwymiotował na podłogę w kuchni, więc babcia znowu go zamknęła.
Teraz z kolei chory jest pies! Wciąż wymiotuje, więc musiałem wezwać weterynarza. Matka prosiła, żebym mu nie mówił, że pies przez dwa dni był zamknięty w składziku na węgiel.
Weterynarz zabrał psa ze sobą. Mówi, że chyba ma zaparcie i musi być natychmiast operowany.
Poszedłem zobaczyć, jak czuje się pies. Jest już po operacji. Weterynarz pokazał mi plastikowy worek pełen różnych obleśnych przedmiotów, wśród których dostrzegłem kawałek węgla, szyszkę z choinki oraz kilku piratów z ojcowskiego żaglowca. Jeden z piratów wymachiwał szablą, co musiało być dla psa bardzo bolesne. Teraz pies wygląda znacznie lepiej. Pewnie za dwa dni wróci do nas, niestety.
Teraz wiem na pewno, że jestem intelektualistą. Wczoraj w telewizji oglądałem Malcolma Muggeridge'a i rozumiałem prawie każdy wyraz. Wszystko się zgadza - nieudane życie rodzinne, marna dieta, brak upodobania do muzyki punk. Chyba się zapiszę do biblioteki i zobaczę, co z tego wyniknie. Szkoda, że w naszej okolicy nie mieszkają żadni intelektualiści. Pan Lucas co prawda nosi sztruksy, ale pracuje jako agent ubezpieczeniowy.
"Zasadniczo jestem tylko twardogłowym mieszczuchem. Płaskim, pospolitym, pozbawionym stylu autorem, który zyskał literacką sławę tylko i wyłącznie na skutek nieprawdopodobnego uchybienia w poczuciu smaku, jakiego przed kilku laty dopuścili się zdezorientowani krytycy. Na szczęście od tamtej pory moje dychawiczne prowokacje zaczęły nużyć.
Obydwaj doskonale symbolizujemy przerażające skretynienie francuskiej kultury i umysłu, zauważone ostatnio, z całą surowością, lecz słusznie, przez pismo "Time".
W niczym nie przyczyniliśmy się do odnowienia francuskiej sceny electro. Nie umieszczono nas nawet w czołówce Ratatuja.
Płaszczyzna sporu została nakreślona".
"Od trzydziestu lat zadaję sobie pytanie, jak ktoś taki jak ja mógł, i nadal może, zwodzić. Od trzydziestu lat, zmęczony czekaniem na bystrego czytelnika, który wreszcie będzie umiał mnie zdemaskować, mnożę błazeńskie samokrytyki, pozbawione talentu, nieszkodliwe. Lecz oto trafia się okazja. Dzięki Panu, Pańskiej pomocy, być może mi się to uda. Dzięki Pańskiej i mojej własnej próżności. Mojej i Pańskiej niemoralności. Jak ująłby to inny godny pogardy człowiek, ale wyższych lotów niż my, Pan odkrywa swoje karty, ja swoje - co za ulga!"
"Już po raz pierwszy, wnet po ślubie, jadąc przez Moskwę pani Barykowa (Jadwiga z Dąbrowskich) wsławiła się była pośród polonii rosyjskiej rozmową z j a m s z c z y k i e m. Gdy bowiem powóz, w którym siedziała, trząsł niemiłosiernie na wybojach m o s t o w e j, strofowała k u c z e r a siedzącego na koźle, obrzędowo i poniekąd urzędowo wypchanego sowicie we wszystkich kierunkach: - "Co to tutaj u was takie płoche bruki!" Powtarzała tę wymówkę raz, drugi i trzeci, w miarę zniecierpliwienia, aż do chwili katastrofy. Woźnica oglądał się na nią kilkakroć z oburzeniem, a gdy jeszcze raz powtórzyła okrzyk uskarżający się na "płoche bruki", zatrzymał swego siwka i wrzasnął:
- Da czto wy, barynia, w samom diele k moim briukam pristali! Płochije briuki, da płochije briuki! Isz babu! Płochije briuki, tak płochije, a tiebie, baba, czto za dieło!
Kiedy indziej, już jako małżonka dobrze sytuowanego urzędnika, pragnąc przyczynić się w miarę możności do powodzenia i awansów męża, zaszkodziła mu znamiennie swą niedostateczną znajomością arkanów mowy rosyjskiej. Było to na balu publicznym w mieście gubernialnym pod Uralem. Bal ów zaszczycił swą obecnością miejscowy gubernator oraz jego dorastająca córka. Pani Barykowa po przetańczeniu walca miała szczęście znaleźć przypadkiem miejsce obok córki gubernatora, zapragnęła zawiązać miłą rozmowę z dziedziczką poduralskiej potęgi. Zapragnęła skorzystać z chwili i coś zrobić dla męża przez pozyskanie przychylności córki gubernatora. Nie wiedziała, od czego zacząć rozmowę, wahała się i gubiła w niepokoju, co by tu powiedzieć... Wreszcie znalazła! Widząc śliczną różę przypiętą do stanika uroczej gubernatorówny, pani Barykowa z zachwytem, rozpływając się w uniesieniu, tonąc w uśmiechach uwielbienia, wyrzekła:
- Ach, kakaja u was krasnaja roża!
Jakież było jej zdumienie, ba! przerażenie, gdy dziewczę gubernatorskie omdlewająco-bolesnym dyszkantem poczęło wołać w kierunku ojca:
- Papieńka! Papieńka! Mienia zdieś obiżajut!
Skądże pani Jadwiga (z Dąbrowskich) mogła wiedzieć, że polska róża to nie roża, tak, zdawało się, z brzmienia podobna!"
"Od dawna lud połdawski żył w niezgodzie z sąsiednim ludem małmuckim. Nowe spory wybuchały co chwila między dwoma wielkimi państwami, a szanse na porozumienie były tym mniejsze, że obydwa miały rację. Sytuacja była już bardzo napięta, kiedy poważny incydent dopełnił czary. Chłopczyk z Małmucji beztrosko nasikał przez granicę i zrosił terytorium połdawskie. Tego było za wiele dla połdawskiego ludu - jego honor został zbeszczeszczony i natychmiast ogłoszono mobilizację"
"Wyglądała na odprężoną, szczęśliwą, jak zawsze kiedy nie musiała iść na wydział; właśnie zaczęły się wakacje z okazji Wszystkich Świętych. Z czasem zainteresowanie Hélène ekonomią zdecydowanie zmalało. Teorie próbujące wyjaśniać zjawiska ekonomiczne i przewidywać ich ewolucję wydawały się jej coraz bardziej niespójne, przypadkowe, coraz wyraźniej uważała je za czystą szarlatanerię; to zdumiewające, mawiała, że przyznaje się Nagrodę Nobla z ekonomii, jakby była to dziedzina równie poważna metodologicznie i rygorystyczna intelektualnie jak fizyka lub chemia. Jej zainteresowanie nauczaniem również znacznie osłabło. W sumie młodzi ludzie niezbyt ją interesowali, poziom umysłowy jej studentów był tragicznie niski, można się było nawet zastanawiać, co ich natchnęło do podjęcia studiów. Jedyną ich motywacją, w głębi duszy świetnie to wiedziała, była chęć zarabiania pieniędzy, jak największych pieniędzy; mimo nielicznych i krótkotrwałych fascynacji humanitarnych nie poruszało ich nic poza kasą. Jej życie zawodowe sprowadzało się do przekazywania sprzecznych absurdów kretynom i karierowiczom, nawet jeśli sama wobec siebie nie formułowała tego w sposób tak jednoznaczny. Miała zamiar przejść na wcześniejszą emeryturę"
"Jasselin powoli szedł drogą prowadzącą do intensywnie, wręcz nienormalnie zielonego zagajnika, w którym prawdopodobnie kłębiły się węże i muchy, a może nawet skorpiony i bąki; w Yonne skorpiony nie należą do rzadkości, niektóre docierają aż do Loiret, przed przyjazdem czytał o tym na Info Gendarmeries, znakomitej stronie, która zamieszczała tylko starannie sprawdzone informacje. Wbrew pozorom na wsi można spodziewać się wszystkiego, często najgorszego, pomyślał ze smutkiem Jasselin. Samo miasteczko zrobiło na nim fatalne wrażenie: idealnie czyste białe domy kryte czarnym gontem, bezlitośnie odnowiony kościół, pseudodowcipne tablice informacyjne; wszystko wyglądało jak dekoracja, sztuczna wioska zbudowana dla potrzeb serialu telewizyjnego"
"Obok kawiarni Chez Lucie ulica Heideggera schodziła do tej części miasteczka, której dotychczas nie zwiedził. Ruszył nią w dół, zastanawiając się nad sensem oddania merom niemal absolutnej władzy w kwestii nazewnictwa ulic. Na rogu ulicy Leibnitza przystanął przed groteskowym obrazem o jaskrawych barwach, namalowanym akrylami na metalowej tablicy, a przedstawiającym mężczyznę z głową kaczora i z nieproporcjonalnie dużym penisem; jego ciało i nogi pokrywało brunatne futro. Z tablicy informacyjnej dowiedział się, że stoi przed Muzé'rétique - muzeum poświęconym sztuce prymitywnej i twórczości artystycznej pacjentów szpitala dla umysłowo chorych w Montargis. Jego podziw dla pomysłowości władz miejskich wzrósł, gdy dotarł na plac Parmenidesa i odkrył nowiutki parking: białe pasy oddzielające miejsca parkingowe nie mogły mieć więcej niż tydzień, system elektronicznych opłat przyjmował europejskie i japońskie karty kredytowe"
"W kierunku południowym miasteczko kończyło się rondem Kanta, czystym tworem urbanistycznym o dużej wstrzemięźliwości estetycznej, kolistą powierzchnią z idealnie szarego asfaltu, która prowadziła donikąd, nie pozwalała dojechać do żadnej drogi i wokół której nie stał ani jeden dom. Trochę dalej wolnym nurtem płynęła rzeka. Promienie słońca oświetlały okoliczne łąki. Rzekę ocieniały porastające jej brzegi osiki"
"Dotychczasowe życie przygotowało go doskonale do pracy w ochronie danych, zakupów w supermarketach, oglądania meczów piłki nożnej w telewizji w sobotnie popołudnia, podkręcania grzejnika, gdy zrobi się zimno. Zupełnie nie zdołało go przygotować do bycia nikim na dachach i kanałach Londynu, do chłodu, wilgoci i ciemności". (str. 123-124)
"- Bardzo bym chciała pojechać do Londynu... - Już mówiąc te słowa, wyobraziła sobie, jak coś ciągnie ją z powrotem, jak nie potrafi się spakować i zdążyć na pociąg. Może w ogóle nie chciała wyjeżdżać, ale powtórzyła z trochę większym naciskiem. - Bardzo bym chciała" (str. 123)
"Może nie była wcale taka słaba, jak zawsze uważała; w końcu trzeba się oceniać, porównując z innymi ludźmi; tak naprawdę nie ma innej miary. Co jakiś czas, absolutnie mimowolnie, ktoś uczy nas czegoś o nas samych" (str. 131)
"Chociaż otrzymał dyplom z wysoką lokatą, studiowanie literatury angielskiej wydawało mu się w retrospekcji absorbującą salonową grą, a czytanie książek i wyrobienie sobie opinii na ich temat co najwyżej pożądanym dopełnieniem cywilizowanej egzystencji. Nie stanowiło to jednak sedna rzeczy, bez względu na to, co twierdził doktor Leavis w swoich wykładach. Nie było kapłaństwem, najistotniejszym zajęciem poszukującego prawdy umysłu ani też pierwszym i ostatnim ratunkiem przed hordami barbarzyńców, w każdym razie nie w większym stopniu aniżeli studiowanie malarstwa, muzyki, historii albo nauk ścisłych" (str. 103)
"- Za złe mi to biorą, że w moich książkach roi się od ludzi dobrych, jasnych i miłosiernych, a przecie z palca sobie tego nie wyssałem. Zresztą wielką odczuwam litość dla złych, z rozmysłem natomiast sławię dobroć promienistą. Urojeni ludzie z książek wychodzą z nich jak duchy wywołane z nicości i wchodzą w ludzką gromadę. Serce ludzkie takie jest dziwne, że więcej wierzy jasnemu urojeniu niż mętnej, czarnej rzeczywistości; więc moi dobrzy ludzie z książek korzystając z tego przywileju szerzą wieści o istnieniu dobra i o potrzebie miłosierdzia. Moje książki wędrują pomiędzy rzesze, niechże przeto świecą, niech grzeją, lecz niech nie straszą i nie burzą naiwnej, prostej wiary w serce człowieka.
"Dziewczyna wierzyła w nie głęboko. Osobiście mogła oświadczyć, że nie spotkała jeszcze ludzi złych; oczywiście, spotka ich kiedyś, świat bowiem nie jest rajem; oczywiście, że gdzieś istnieją, w jakichś zaułkach życia; los mógł ją, ślepe, bezbronne dziecko, skierować w ich stronę. Więcej jednak musi być na bożym świecie dobrych i miłosiernych, skoro wypchnięta w ludzką gromadę natknęła się na nich właśnie. Z gorącej wdzięczności utrwali w sobie wiarę w dobrego człowieka i wiary tej nie zachwieje w niej nawet krzywda, którą jej może kiedyś wyrządzić człowiek zły. Pan Olszowski, umiejący patrzeć w głębie ludzkich serc, pouczał ją, że rzadkością jest człowiek, który złym się rodzi. Gniewu i złości naucza go głód, nieszczęście, niesprawiedliwość i podłość. Wstrętna ohyda nędzy, której nie powinno być na radosnym świecie, jest najstraszliwszym nauczycielem zła, więc kto nędzę wygania z ziemi, kto jej ze słodyczą ociera łzy, kto jej zimne serce ogrzewa, ten czyni rzecz najszlachetniejszą: zasypuje źródło zła".
"Alicja rozmyślała właśnie - a raczej starała się rozmyślać, ponieważ upał czynił ją bardzo senną i niemrawą - czy warto męczyć się przy zrywaniu stokrotek po to, aby uwić z nich wianek. Nagle tuż obok niej przebiegł Biały Królik o różowych ślepkach. Właściwie nie było w tym nic nadzwyczajnego. Alicja nie zdziwiła się nawet zbytnio słysząc, jak Królik szeptał do siebie: „O rety, o rety, na pewno się spóźnię”. Dopiero kiedy Królik wyjął z kieszonki od kamizelki zegarek, spojrzał nań i puścił się pędem w dalszą drogę, Alicja zerwała się na równe nogi. Przyszło jej bowiem na myśl, że nigdy przedtem nie widziała królika w kamizelce ani królika z zegarkiem. Płonąc z ciekawości pobiegła na przełaj przez pole za Białym Królikiem i zdążyła jeszcze spostrzec, że znikł w sporej norze pod żywopłotem. Wczołgała się więc za nim do króliczej nory nie myśląc o tym, jak się później stamtąd wydostanie".