.

De omnibus dubitandum est. Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.

kaleką matematyką obliczamy swoją wartość (Emily Dickinson)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tenis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tenis. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 listopada 2014

hang - meczyki - kometa


Meczyk z Gruzją wygrany do 4, (Niemcy strzelili Gibraltarowi tylko 3, czwarty to samobój), tabela nadal uwieńczona nazwą naszego kraju. Łukasz Kubot w deblu idzie jak burza, wczoraj w parze z Robertem Linstedtem wygrali już trzeci meczyk w ATP World Tour Finals, za chwilę kolejna walka na korcie. Ludzkość podbiła kometę 67P/Czuriumow-Gierasimienko. Sonda Rosetta leciała dziesięć lat i pięć miesięcy i uszkodził się tylko jeden element mający wspomagać lądowanie. Philae, lądownik, trzaska zdjęcia i wierci powierzchnię kamyczka kosmicznego, a jego składową ustrojstwo z biało-czerwonym znaczkiem. A ja sobie siedzę i oglądam krótkometrażówki, w przerwach Kafka w małych dawkach. Czego i Wam życzę.




czwartek, 13 lutego 2014

emocje "w dresach"


Podążałam tropami Łukasza Kubota i ślad mi się urwał, bo tak pięknie rozpoczęta w Melbourne współpraca z Robertem Szwedem Lindstedtem nie chyciła na drugi raz i chłopaki w turnieju w Rotterdamie odpadli już na starcie. W singlu Łukasz nie wyszedł z eliminacji, szkoda...

A w Dausze/Doha w Katarze Agnieszka Radwańska awansowała do ćwierćfinału turnieju. W Rotterdamie Jerzyk Janowicz, na razie 20. w rankingu ATP, pokonał 12. w tym rankingu Tommy'ego Haasa i także awansował do ćwierćfinału, a Fyrstenberg & Matkowski awansowali w deblu do półfinału.

W ogóle święto nastało biało czerwone. Kamil Stoch przeprowadził skok na złoto, piknie, stylowo, z klasą. A Justyna Kowalczyk dziś pokonała wszystko, nawet złamanie kości śródstopia. Dwa złote małe okrągłe olimpijskie gadżety, takie bogactwa lubię :)

W rankingu FIFA, tym od piłki kopanej po boisku, awansowaliśmy, z 77 na 70. Ha, ha, -śmy.  Langsam, langsam aber sicher. W weekend rusza Ekstraklasa part two.

wtorek, 11 lutego 2014

pod słońcem Australii


Miniony turniej Australian Open przebiegał dla mnie dwutorowo: nasi i "moi". Nasi powoli odpadali, została Agn-Isia i Kubot w deblu. Zgrzytałam zębami, kiedy o kolejnych awansach Polaków trąbiono we wszystkich wiadomościach, z wyjątkiem sukcesów Łukasza grającego w parze ze Szwedem. Czy tak trudno dopisać linijkę tekstu i ją przeczytać potem, Szanowni Przygotowywacze Wiadomości Wszelkich? Musiałam opłotkami szukać, co tam u Kubota. A o nim przypomniano sobie dopiero, kiedy doszedł do finału. I dopiero kiedy wygrał, się zaczęło chwalenie, informowanie, gratulowanie. I to, czego już zupełnie nie rozumiem, na ręce prezesa PZT (Polski Związek Tenisowy). A czemu nie bezpośrednio?! Transmisji z meczu Kubota z Lindstedem o finał musiałam słuchać w internetowym radiu po angielsku, bo polskie media temat olały. W każdym razie cieszę się, bo komentatorzy, obcy, wznosili raz za razem wspaniałe okrzyki narastającego zachwytu, a mnie serducho rosło, cała puchłam z dumy. Robert Lindsted po wygranej rozpłakał się i jakoś ucichł, Łukasz skakał jak dzieciak, tańczył kankana, wskoczył na górę do boksu trenerskiego i potem nie mógł zejść, bo za wysoko, co widziałam na odtworzeniu na jakimś filmiku YT. W radiu usłyszałam śpiew z kortu "Polska, biało-czerwoni" i podziękowania zawodników, Łukasz dziękował oczywiście po angielsku i, ku zaskoczeniu, także po polsku :) Można było zrobić piękną relację na żywo i wspólnie przeżywać wielki moment polskiego sportu, ale ktoś przespał, przegapił, mądry Polak po szkodzie. A ja - jak Łukasza Kubota lubiłam i trzymałam kciuki od wielu miesięcy, pilnie śledząc każdy niemal jego występ, tak dalej lubię i jeszcze bardziej oczekuję jego kolejnych sukcesów. Kiedy po Wimbledonie Isia, Jerzyk i Łukasz na zaproszenie odwiedzili Prezydenta, to właśnie Kubot przemawiał w imieniu sportowców i bardzo zgrabnie mu to wyszło.


Ciąg dalszy nastąpi, będzie o "moich", a ściślej, o jednym "moim".

czwartek, 23 stycznia 2014

życie wypełnione czytaniem


Ciepełko, nie ma co. Pogoda skłania do zakopania. Się, w piernaty, bety, poduchy, koce, pierzynki, kołderki z garem gęstej zupy z imbirem pod ręką. Herbata to za mało na taki zjazd słupka rtęci. I tak do wiosny się nie odkopać. Misie mądre, wiedzą jak właściwie ustosunkować się do tej nieprzyjaznej w sumie pory roku. Stos książek pod ręką jest i rośnie szybciej niż rtęć spada. Nawet jedna nówka się zabłąkała, a to dzięki pani Adeli, tej sąsiadce Florci co to wyemigrowała do antycznej części Dublina, bo wygrała konkurs i nagroda przejściowo pod moją strzechę trafiła. "Życie wypełnione czytaniem byłoby spełnieniem moich marzeń" - napisał Houellebecq w "Poszerzeniu pola walki". Wraz z australijskim słońcem witam kolejne dni Australian Open i naprawdę robi się cieplej. Agnieszka, dobro narodowe, doszła do ćwierćfinału i odpadła, ale bardzo stylowo rozniosła po drodze Azarenkę. Wawrinka Wawrinka Wawrinka maja doszedł już do półfinału a Łukasz Kubot zagra w finale debla. I jest sędzia o uśmiechu delfina i ten jak z filmów Jima Jarmuscha - Enric Molina. 



Berlin                    -2  -----> -3
Budapeszt              0  -----> +2 
Dublin                   +3 -----> +6 
Helsinki                 -6  -----> -5 
Londyn                 +3  -----> +8 
Oslo                     -10 -----> -6 
Rejkiawik              +3 -----> +5 
Sztokholm             -8   -----> -3 
Warszawa             -18 -----> -11 

Wymowne zestawienie dzisiejszych wybranych temperatur (wahania dobowe). Za oknem temperatura niższa niż norweska, cieplej w Helsinkach a w/na Islandii niemal jak w ciepłych krajach

11111 x 11111 = 123454321
W jednej z ostatnio czytanych książek znalazłam (kto wie w jakiej?).

środa, 11 września 2013

ze środka tygodnia


Szarości znów nastały, słońce zgasło na dłużej, pewnie aż do wiosny. Relaks balkonowy czas zwijać, choć jeszcze nie na stałe, jeszcze liczę na przeplatanki słoneczka i (jego) ciepełka. Sandałki czas pakować. Zaczynam jak głupio do dzieci zdrobnieniami. Dziecinnieję czy jeszcze nie dorosłam?

Wyszłam na miasto, maszerowali protestujący związkowcy akurat, grzecznie, równiutko, porządnie, hałasując umiarkowanie, pozdrawiając mieszkańców Warszawy. Dziwne uczucie, wielka siła ludu pracującego, można by pomiarów dokonać, wskaźniki osiągnęłyby ogromną wartość. Prawie żywioł. Może i bez prawie. Tramwaje nie jeździły tylko przez chwilę. Reakcje na wędrówkę gromadną czasem negatywne, czasem agresywne. Czemu? Czasem trzeba wyjść na ulicę, jeśli nie można inaczej. Teraz można wychodzić z protestem na ulicę, taki rodzaj wolności.

Rosja mówi ustami Putina o Ukrainie jak o swojej, nieprawdopodobne ale prawdziwe. Putin znalazł proste rozwiązanie sytuacji z bronią chemiczną w Syrii, ale to nie on dostał pokojową Nagrodę Nobla. Czernie i biele mieszają się nie tworząc odcieni szarości, color blindness szerzy się na potęgę. Lekarstwa jeszcze nie wynaleziono.

Nowojorski uso pen skończony i dobrze, bo kiedy jechała karetka słyszałam Azarenkę. Waleczny Stanislas mieszany czesko-niemiecko-szwajcarski Wawrinka pięknie wojował i aż szkoda, że tylko do półfinału. Ale i finał zajmujący, jako człowiek kobieta stanowczo wolę męski. Nadal, Rafael Nadal, przeszedł samego siebie wygrywając osiem z dziewięciu ostatnich gemów. I operatorzy dostają ode mnie Oscara za ujęcia kortów.

San Marino, number FIFA 207 zmieniło bilans bramkowy z 0-38 na 1-43, za naszych kopaczy, nie chwaląc się, przyczyną. Anglicy wzięli i zremisowali z Ukrainą, jakoś chyba na przekór, na złość. Trzeba będzie jeszcze pobiegać w październiku, jeszcze nie o pietruszkę. "Futbol jest okrutny" - taka książka powstała, mam nadzieję kiedyś upolować, przeczytać. Oprócz eseju Orwella nie czytałam jeszcze żadnej piłkarskiej książki, a ciągnie mnie w te rejony. Jak ludziom może wystarczyć jedno życie. Chyba wyjdę na ulice protestować. Chcę więcej, na początek kilkanaście. Żeby wszystko zdążyć.

czwartek, 7 lutego 2013

żenaaaada...


... jak mawiał w "South Parku" niemiecki super robot opowiadający najlepsze dowcipy na świecie. Mnie do śmiechu po wczorajszym meczyku w Dublinie polskiej "Reprezentacji Narodowej", bynajmniej, nie było. Gdybym się mogła gdzieś zapaść, to bym się zapadła. Przerżnęli z Irlandczykami DWA - ZERO, dacie wiarę? 

(Muszę przestać "oglądać", bo niedługo będę się porozumiewała ze światem samymi, li i jedynie, cytatami z filmów. "Dasz wiarę" to z serialu "Brzydula", polskiej wersji, no śmieszy mnie, lubię...)

A tak było pięknie jeszcze kilka dni temu, kiedy nakopali goli Rumunom, i to sami "nasi" z Ekstraklasy + Celeban. 4:1... z Rumunami ... i wcześniej z Macedonią...

A wczoraj, jak prawdziwi kibice, zasiedlimy, -śmy (też cytat z filmu, przedwojennego, polskiego) w dobrej wierze (to z kolei "odchył" zawodowy), z michą pełną płatków kukurydzianych, zamiast czipsów, zdrowiej i smaczniej, znów zapomniałam kupić kwas chlebowy, ale za to batonik miał "procenty". Miny komentatorów rzedły coraz bardziej, konsternacja pełna. Mogę sobie przekląć? WTF?! Nic, nic, spoko, to tylko "nasi" piłkę kopią. Znów syndrom bitej żony. I znowu wystarczy jakiś malutki sukcesik, i znów w sercach kibiców, Polaków, zapalą się iskierki nadziei. I znów będą walić tłumami na stadiony, a nasze patałachy będą się "wozić" na nadziejach. Głupia sprawa, żenująca sprawa, czy nie ma 11, no 10, bo bramkarzy urodzaj i chyba to nie do nich pretensja, dziesięciu chłopa zgranych i potrafiących? NIE ROZUMIEM. Co tu jest grane? NIE WSTYD WAM?!

Szkoda, że Australian Open już się skończyło. W końcu Polacy poodpadali, ale było i tak na co patrzeć, niemal do końca. Jeden sędzia o uśmiechu delfina, inny jak z filmów Jima Jarmuscha, sędziujący mecz Stanislasa Wawrinki z Novakiem Djokovicem, nazywał się chyba Enric Molina. Ależ widowisko pięciogodzinne, dzielny Wawrinka zdobył ogromną sympatię za walkę i w ogóle, chyba najciekawsze godziny tego turnieju. Obejrzałam też debel Kubota, pierwszy w życiu, fajna sprawa, jak zabawa małych psiaków, tyle, że ze sporą gotówką w tle.

No i już nie wiem czy się dobijać kolejną kolejką Ekstraklasy ruszającą wkrótce po przerwie zimowej, czy może lepiej snooker i takie tam, bezpieczne, bo bez "Orłów Sokołów" naszych. No bo coś muszę, bo lubię. Muszę podtrzymywać przecież "sportowy" styl życia ;)

środa, 16 stycznia 2013

nareszcie coś da się oglądać w tej telewizji


Zwierzyniec kochany ale i męczący, ja nieprzyzwyczajona. Na szczęście banda myśląca i współpracująca, stosunkowo łatwa w komunikacji i zarządzaniu. Wprawiam się. Lubię mądre istoty :) Ale zwierz to zwierz, warczy, szczeka, a moja misja, to przywoływać do porządku, bo sąsiedzi. Więc non stop uciszam, grzeczne, słuchają, wytresowane, no ale reagować muszę. Ciągle też mają drobne zatargi między sobą. I robią zbyt wcześnie pobudkę przez wskakiwanie. Na mnie.

Obejrzałam powtórkę Janowicza, właściwie skrót, bo tłukli cztery bite godziny, równocześnie pilnując kota przed jednym z psów. I kociej miski przed psami.

Obserwuję rozmaitość ludzkich sylwetek damskich i męskich biegających po australijskich kortach. Dwa kanały sportowe transmitują najsmaczniejsze tenisowe kąski. Konsumpcja inaczej. Telewizor dwumetrowy wypas po pachy i jeszcze HD. Grzech nie skorzystać. Przespałam Agnieszkę i Jerzyka zwycięskich po II rundzie, a wszystko przez tv myZEN, którą znalazłam na tutejszej kablówce. Zamarłam przed ekranem z zachwytu na bite dwie godziny non stop! Dzika dziewicza natura, ruch, ale obrazu, bo kamera statyczna. Najpiękniejsze miejsca kuli ziemskiej, góry, wybrzeża, wodospady, wysepki, archipelagi, plaże, skały, kamienie, morza zieloności, delikatny szum wody uderzającej o brzeg, a wszystko bez obecności człowieka, bez dezintegrującego samoistną harmonię podkładu muzycznego, bez lektora. Delikatnie pojawiają się na chwilę napisy, dla pragnących WIEDZIEĆ, który to zakątek świata akurat czaruje ich zmysły. Jak dobrze, ze cywilizacyjny postęp wykorzystuje się także i do takich celów. Część z lotu ptaka sfilmowana. Chciałabym być operatorem w tv myZen :) Jaka ta nasza Ziemia piękna, zachwycająca, niesamowita. Czemu chcemy mieć wszędzie beton, asfalt, wieżowce. Chcemy?



AO i menażeria


Kiedy o pierwszej w nocy zobaczyłam australijskie słońce, od razu zrobiło mi się cieplutko i błogo, mimo sporego mrozu za oknem. Ależ jasność i przejrzystość. Senność jakby odeszła, ale tylko na trochę. Noc ostatecznie przedrzemałam... Zdołałam zarejestrować, że Kubot jednak out, Agnieszka do przodu, oczywiście, a Janowicza rano oglądałam już na równych nogach, wyważając zdenerwowanie. Troszkę mnie nastraszył i lekko zmartwił, ale przecież w końcu uradował. Trzymałam jeszcze kciuki za fińskiego tenisistę, może właśnie dlatego Jarkko Nieminen wyszedł z boju na korcie zwycięsko ;) Urszula była dzielna, ale przegrała ze spuszczoną głową z pewną siebie Amerykanką.

Opiekuję się zwierzyną mieszaną :) czasowo. Nakarmiłam gromadkę rano, ale to była obrona konieczna, bałam się pożarcia żywcem. Teoretycznie one jedzą tylko w drugiej połowie dnia, ale co zrobić, jeśli solidarnie ustawiają się na baczność w rządku zdeterminowane, z głodem w oczach. Sierotki słomiane. Bryś płakał za "swoimi" bitą godzinę, Pusia stała pod drzwiami wejściowymi na sztywnych łapkach, jakby mówiła: "oni zaraz przyjdą, ja wiem, na pewno", tylko Aktorka leżała tłumiąc rozpacz, choć czasem wymykało się jej jękliwe lamentowanie. W końcu zrozumiały, że mają siebie, mają mnie i muszą się pogodzić z rzeczywistością. Przez moment nawet obsiadły mnie grzecznie wszystkie trzy razem, choć kicia Pusia z dystansem. Teraz już jedynym problemem pozostaje, które z nich pierwsze dopadnie wspólnego pluszowego misia. Ostatecznie przegranemu, jeśli będzie się awanturował, mogę dać świńskie ucho. Okazało się, że prawdziwe, jedynie ususzone, brr.

Dom nie mój, dziwnie mi tu jakoś. Niby opanowałam zdolność przystosowywania się, ale teraz ta akurat zdolność ma wakacje. Wszystko tu takie bardzo nie-moje, wszędzie pełno przeszkód i pułapek. Podłoga w przedpokoju śliska, na wszystkie panele świata mam "alergię", za dużo drzwi i w ogóle niefunkcjonalnie. No i jak można nie mieć w kuchni mydła do mycia rąk :) Wiem, w końcu się tu trochę zadomowię, ale póki co wajcha w głowie zaklinowała się.

Mam dużo dużo ruchu. Zaliczam kilka spacerków dziennie z pieskiem na smyczy. W nocy wyszłam z dwójką równocześnie i prawie osiwiałam. Kiedy ostatecznie rozsupłałam plątaninę smyczy i psich łapek, kiedy oba wyrwały równo zgodną parą jak w psim zaprzęgu, pożałowałam, że nie mam sanek. A teraz udaję się na spacer po bieżni. Następnego posta napisze dla Was ta sama xbw ale trochę lżejsza.

Psie i kocie imiona są fikcyjne, ale reszta jak najbardziej autentyczna.



czwartek, 16 sierpnia 2012

odstawić sport


Ale jak? Wczoraj święto czyli państwowy dzień lenistwa całkowitego. Pilot. Odruch włączenia kanału sportowego. A tam tenis. Świetnie, stękania nie lubię, więc mogę ze spokojem wyłączyć, zobaczę tylko, kto z kim. O kurczę, Agnieszka Radwańska gra ze Szwedką, czyli 3 z rankingu WTA (Dabliutiej) z 50. Live. Nasza gra słabo. Już jakoś nikt nie mówi na nią Isia, społeczeństwo jakby trochę mniej za nią przepada. Łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Okrucieństwo opinii publicznej... Wychodzę z domu, ale na końcówkę meczu wracam, Agnieszka wygrywa 6:4, 6:3. Trochę dzięki sobie, parę sytuacji pięknych, ale w dużym stopniu dzięki słabości i błędom sąsiadki zza morza. Ale i tak jestem (i byłam wczoraj) zadowolona, Radwańska przegrywała 0:2, wydobyła się na 2:2, potem znów przegrywała 2:3 i w końcu wygrała 6:3. No jest to sukces, mały, ale zawsze. Na dobry początek dnia. Choć raczej popołudnia. No dobra, wczesnego wieczoru. 

Teraz pora na skoczków narciarskich, co prawda śniegu w Europie nie ma, ale jest igielit, który bardzo ładnie się prezentuje, zwłaszcza ten we francuskim Courchevel. Letnia Grand Prix. Live. Do konkursu zakwalifikowało się pięciu chłopaków naszych, więc będzie komu kibicować. Odpadł tylko jeden, zajęli dość dobre miejsca: 5, 7, 15 i 30, ale w klasyfikacji generalnej nadal prowadzi Polak, Maciek Kot. W sumie nie najgorzej.

I wisienka na torcie, mecz reprezentacji Polski w piłce nożnej z Estonią. Co za niesmak! Wymamrotałam sobie niejedno przekleństwo pod nosem, raz sobie nawet wrzasnęłam, potem to już mi się nawet powiek nie chciało podnosić, by patrzeć na tę żałość. W zasadzie to chciałam kibicować Estończykom, ale sumienie nie pozwoliło. "Nasi" dobili mnie w dogrywce tracąc bramkę. A tak się ucieszyłam kiedy wyszli na boisko, znów miałam nadzieję i wiarę w dobrą grę. Ale żeby aż tak się rozczarować?! Oni na Euro grali, więc wiem, że potrafią, ale co się działo wczoraj? Jakaś amatorka. Podania piłki jak w rugby, do tyłu. Był jeden naprawdę piękny moment, kiedy kamery pokazywały studio telewizyjne przed meczem, bardzo piękny wystrój.



czwartek, 31 grudnia 2009

Onnellista Uutta Vuotta :)




Żeby wszystkim było ze soba tak dobrze, jak tym dwojgu... :))))

Szczęśliwego Nowego Roku !!!!




Steffi Graf i Andre Agassi