.

De omnibus dubitandum est. Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.

kaleką matematyką obliczamy swoją wartość (Emily Dickinson)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeczytane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeczytane. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 lipca 2015

"personifikacja psychicznej dominacji"



"Alexandre Dorfmann z ociąganiem wstaje zza biurka, wyraźnie zaaferowany dokumentem, którego lekturę przerwało mu moje wejście. Królewskim gestem zdejmuje okulary. Twarz mu się zmienia, posyła mi skąpy uśmiech.
   - Ach, pan Delambre!
   Już sam jego głos jest narzędziem dominacji. Bezbłędnie ustawiony, po najdrobniejszą intonację. Dorfmann podchodzi, ściska gorąco moją dłoń, i drugą trzymając mnie za łokieć, prowadzi do miejsca pełniącego funkcję salonu z biblioteką, która woła z daleka: "Jestem nie tylko wielkim bossem, ale i humanistą". Siadam.
   Dorfmann zajmuje miejsce obok mnie. Bez ceregieli.
   Trudno opisać, co w tym momencie czuję.
   Ten człowiek ma niesamowitą charyzmę.
   Są tacy ludzie. Elektryzujący. Emanujący prądy.
   Dorfmann uosabia potęgę, tak jak Fontana uosabia zagrożenie. Dorfmann to personifikacja psychicznej dominacji.
   Gdybym był zwierzęciem, zacząłbym warczeć".

Powyższy fragment pochodzi z książki "Zakładnik" (Cadres noirs), autor Pierre Lemaitre, Muza SA Warszawa 2012, przełożyła Joanna Polachowska, strony 333-334.

pewne blade pojęcie



"Wchodzimy do ajencji banku i oto jest "doradca klienta". Istna kopia mojego zięcia, ten sam garnitur, ta sama fryzura, ten sam sposób bycia, mówienia. Ile klonów tego modelu stworzono?"
"... siadam na jednym z foteli, z którego podnoszę nieźle już wymięty "Le Monde". Czytam: Pracownicy stanowią w chwili obecnej "największe zagrożenie" dla finansowego bezpieczeństwa przedsiębiorstw.
   Zerkam na zegarek, nerwowo przerzucając gazetę. Strona ósma: Rekordowy wynik na licytacji jachtu Shahida Al-Abbasiego: sto siedemdziesiąt cztery miliony dolarów".
"Dlaczego w żaden sposób nie mogą mnie zrozumieć? To dla mnie zagadka. Choć w istocie niezupełnie. Początkowo dla Mathilde i Nicole bezrobocie było pewnym bladym pojęciem, pewnym konceptem: czymś, o czym piszą w gazetach, o czym się mówi w telewizji. Ale wkrótce rzeczywistość im uświadomiła, jak bardzo powszechne stało się bezrobocie. Bardzo szybko okazało się, że trudno nie zetknąć się z osobą bezpośrednio nim dotkniętą, nie spotkać kogoś mającego bezrobotnego wśród najbliższych. Jednak dla Mathilde i Nicole rzeczywistość ta nadal pozostawała mglista, bezrobocie bezsprzecznie występuje, lecz można z nim żyć; wiadomo, że istnieje, ale dotyczy tylko innych. Tak jak głód na świecie, jak bezdomni, jak AIDS. Jak hemoroidy. Dla tych, których bezpośrednio nie dotknęło, pozostaje abstrakcyjnym tłem. I nagle, kiedy nikt się tego nie spodziewał, bezrobocie zadzwoniło do naszych drzwi. Zachowało się jak Mathilde; położyło gruby paluch na przycisku domofonu, tyle że nie wszyscy słyszeli jego dzwonek równie długo. Na przykład ci, którzy rano idą do pracy, przez cały dzień pozostają poza jego zasięgiem, słyszą go dopiero wieczorem po powrocie do domu. I to tylko ci, którzy mieszkają z bezrobotnym, albo kiedy ten temat pojawi się w wieczornym dzienniku. Mathilde ten dzwonek słyszała rzadko, tylko w niektóre wieczory lub weekendy, kiedy nas odwiedzała. I tu jest właśnie ta zasadnicza różnica: mnie bezrobocie już dawno zaczęło rozrywać bębenki w uszach. I jak im to wytłumaczyć!?"

Powyższe fragmenty pochodzą z książki "Zakładnik" (Cadres noirs), autor Pierre Lemaitre, Muza SA Warszawa 2012, przełożyła Joanna Polachowska, strony 104 - 107.

poniedziałek, 13 lipca 2015

"ostatnio często sam siebie zaskakuję"



"Swego czasu dość dobrze znałem siebie. Mam na myśli to, że nigdy nie byłem zaskoczony własnym zachowaniem. Człowiek, który wiele w życiu przeszedł, wie, jak w danej sytuacji należy się zachować. Potrafi nawet określić okoliczności, w jakich niekoniecznie musi się kontrolować (jak na przykład rodzinne pyskówki z takim idiotą jak mój zięć). Poczynając od pewnego wieku, życie jest już tylko powtórką. Tymczasem tego, czego dowiadujemy się (lub nie) z własnego doświadczenia, dzięki metodom zarządzania nauczymy się w dwa lub trzy dni, za pomocą tabel, w których ludzie zostają sklasyfikowani zależnie od ich charakteru. Jest to praktyczne, zabawne, schlebia umysłowi, daje poczucie bycia inteligentnym; dzięki temu wyobrażamy sobie nawet, że zdołamy się nauczyć skuteczniejszego postępowania w życiu zawodowym. Krótko mówiąc, uspokaja. Z biegiem lat mody się zmieniają i jedne tabele zastępują drugie. Jednego roku poddajemy się testowi, żeby dowiedzieć się, czy jesteśmy metodyczni, energiczni, zdeterminowani i czy umiemy pracować w zespole. Następnego roku proponuje się nam sprawdzenie, czy jesteśmy pracowici, buntowniczy, twórczy, wytrwali, empatyczni i czy potrafimy marzyć. Jeśli zmienimy coacha, odkryjemy, że w rzeczywistości jesteśmy opiekuńczy, potrafimy kierować, porządkować, wyzwalać emocje i dodawać otuchy, a kolejne seminarium pomoże nam ustalić, czy jesteśmy nakierowani bardziej na działanie, na metodyczność, na idee czy na procedury. Jest to rodzaj oszustwa, które wszyscy uwielbiają. Jak w horoskopach - w końcu zawsze odkrywamy jakieś cechy, które nas upodabniają do innych, ale prawda jest taka, że nie będziemy wiedzieć, do czego tak naprawdę jesteśmy zdolni, dopóki nie znajdziemy się w sytuacji ekstremalnej. Ja na przykład ostatnio często sam siebie zaskakuję".

Powyższy fragment pochodzi z książki "Zakładnik" (Cadres noirs), autor Pierre Lemaitre, Muza SA Warszawa 2012, przełożyła Joanna Polachowska, strona 93.


sobota, 6 czerwca 2015

"Gość w rzeczywistości"


W bibliotece na stoliczku leżała książka do zabrania za darmo. Lagerkvist, znakomicie. Od razu wzięłam się za czytanie. Mały chłopiec, syn pracownika kolei, najmłodszy z licznego rodzeństwa, żyje w kochającej ubogiej rodzinie. Nic się niby nie dzieje, ale to pozór. Przecież toczy się ŻYCIE, jakim by skromnym i spokojnym nie było. Chłopiec patrzy, widzi, myśli, analizuje, przeżywa, rośnie, dorasta. Panicznie boi się śmierci. Dostrzega piękno świata. Zauważa przepastną pustkę rzeczywistości, którą reszta rodziny zapełnia obecnością Boga, codziennym czytaniem Biblii. Walczy z lękami, czasem nawet z paniką. Na co dzień jest wesoły, pogodny. Docenia ciepło domowe, ale z własnej woli wychodzi na świat, gdzie chłodniej ale bardziej rześko i lepiej się oddycha. Ma nielicznych przyjaciół, poznaje dziewczynę.

W posłowiu tłumacza Zygmunta Łanowskiego wyczytałam, że ta powieść, prawdopodobnie w dużej mierze autobiograficzna, jest kluczem do zrozumienia twórczości Lagerkvista. Szkoda, że nie wiedziałam wcześniej. Zatem klika jego książek przeczytałam bezrozumnie ;)


"Bez względu na to, jak połowicznie i nieprawdziwie się żyje, mimo to żyje się. Samo życie zmusza człowieka do tego i tak go przerabia, że się z tym dobrze czuje. Choćby grunt usuwał się komuś spod nóg - jednak jakoś to idzie"
"Gdy tylko wynurzył się ze swego lochu, świat leżał przed nim przedziwnie otwarty. Nie było wtedy żadnej wady, dobra widoczność na wszystkie strony. I to, co było w świecie dobre i rzetelne, rzucało się wtedy wyraźnie w oczy. Tak, gdyby zechciał, wystarczyłoby tylko wytknąć głowę przez piwniczne okienko..."


Pär Lagerkvist
Gość w rzeczywistości
(Gäst hos verkligheten)
rok wydania: 1925
wydanie polskie: 1986

piątek, 31 października 2014

Ian McEwan - "Betonowy ogród"




Książka z pozoru lekka, cienka, krótka. Ale im dalej, tym bardziej gęsto, ciężko, duszno, niestabilnie. Jest dom na zapomnianej ulicy, gdzieś w oddali osiedle bloków, w pobliżu żadnych sąsiadów, jedynie szczątki domów z prefabrykatów. Rodzina wyobcowana, żadnych gości. Czwórka dzieci ma kontakt z rówieśnikami w szkole, najmłodszy bawi się dodatkowo z dziećmi z bloków. Rodzeństwo jak to rodzeństwo, raz się czubi, raz się lubi. Umiera ojciec, wkrótce okazuje się, że matka trwale zaniemogła. Dla dzieci zaczynają się dni dowolności, mogą bezkarnie robić wszystko, co im wpadnie do głowy. Akurat zaczynają się wakacje. Najmłodszy Tom ma mniej więcej sześć lat, starsze są nastolatkami. Najstarsza Julia przyprowadza do domu swojego chłopaka, już młodzieńca, dobrze sytuowanego bilardzistę Dereka. W wyizolowanej rodzinie pojawia się "normalny" człowiek, nareszcie ktoś z zewnątrz. Dzieci pozornie także żyją normalnie, ale pozostawione same sobie brną w ślepą uliczkę. Nikt nie zabiera śmieci z pojemników pod domem, a lato wyjątkowo gorące. Tom chce być dziewczynką i nosić sukienki. Kiedy indziej chce znowu być dzidziusiem. Sue wszystkie uczucia lokuje w pamiętniku. Jack całkowicie przestaje dbać o higienę. W cywilizowanym świecie taka "sielanka" nie może trwać długo.

Nie wiem czy polecać. Nikogo nie namawiam, kaliber ciężki, tematy trudne, właściwie tematy tabu, niemedialne, niepopularne, ale jak najbardziej życiowe.

Jest też film, jeszcze nie oglądałam.


Ian McEwan 
"Betonowy ogród"
(The Cement Garden) 
rok wydania: 1978
wydanie polskie: 1994

wtorek, 7 października 2014

Åke Edwardson "Dom na końcu świata" (kryminał)




Jedenasty tom cyklu. Paskudna okładka. Tytuł średni. Ale treść całkiem sensowna. Nonsensów odrobina, ale każdemu się zdarza. Akcja płynna, zdarzenia wciągają, zwroty nagłe są. Poziom zaskakiwania w normie, zadowalający. Erik Winter po dwóch latach byczenia się w hiszpańskim ciepełku nagle postanawia wrócić, na razie sam. Czuje jakiś zew. Choć to styczeń-luty, pora w Göteborgu niezbyt ciekawa. Znaleziona zostaje matka z dwójką dzieci. Pozbawieni życia we własnym domu. W łóżeczku leży niemowlę, żyje, choć minęło już kilka dni od tragedii. Podejrzanych jest kilka osób, śledztwo toczy się średnim tempem. Dochodzi jeszcze jeden nieboszczyk. Matka Wintera, która wyemigrowała do Hiszpanii, choruje na raka. Policjant kursuje między Göteborgiem a Marbellą, gdzie mieszkają także jego żona i córeczki. Sporo rozważań, jak to u Edwardsona, pięćdziesięciodwuletniego już faceta (Edwardson w 2012 roku miał 59 lat, jego bohater 52). Erik robi zakupy, gotuje skromne ale wykwintne posiłki (podaje przepisy), pije whisky "na palce" i nieustannie słucha jazzu, głównie "A Love Supreme" Johna Coltrane'a. Współpracownicy Wintera, Aneta i Halders, w tej części są, niestety, jedynie tłem, wielka szkoda. Trochę Bertila, z którym Erik uskutecznia ping ponga spekulacyjno-dedukcyjnego. I suczka szczeniak Jana. Nie tęskniłam za Edwardsonem zajęta innymi książkami, ale kiedy otworzyłam i zaczęłam tom nr 11, to jakbym włożyła stare ulubione buty :) A po odniesieniu do biblioteki wróciłam do domu i zaczęłam słuchać, po latach, Coltrane'a i innych jazzowych dźwięków, trochę żałując, że nie mogę, jak Erik Winter, rozkręcić głośników na maksa o 3.30 w nocy.


Åke Edwardson
"Dom na końcu świata"
(Hus vid världens ände)
rok wydania: 2012
wydanie polskie: 2014

poniedziałek, 6 października 2014

Jan Costin Wagner "Zima lwów" (kryminał)




Trzecia część serii niemiecko-fińskiej. Kimmo Joenta wraca do świata ludzi, zaczyna funkcjonować nie tylko pozornie. Może to dziwne, a może wcale nie, że po trzech latach od śmieci żony uśmiech na jego twarzy wywołuje dziewczyna zajmująca się zawodowo sprzedawaniem własnego ciała. Niespodziewanie panienka, po pierwszym spotkaniu na komendzie policji, odnajduje dom Joenty i po prostu zostaje w nim jak u siebie. Kimmo cieszy się, że nie jest sam, że jej obecność nie drażni, nie męczy, a wręcz przeciwnie, wspomaga w jakiś nieokreślony sposób. Jest Boże Narodzenie. Sądowy patolog zostaje znaleziony martwy. Pozbawiono go życia podczas jazdy na biegówkach. Patolog występował niedawno w telewizyjnym show. Ginie kolejna osoba, także występująca w show wtedy kiedy patolog. Policja ostrzega prowadzącego program, ale i tak dochodzi do kolejnej napaści, w biały dzień, w budynku pełnym ludzi. Joencie w dochodzeniu niespodziewanie pomaga nowa "lokatorka".

Jednym z motywów książki jest strata. Gdzieś w treści można wyczytać pytania czy da się przejść bez szwanku przez fazę wydobywania się z tragedii po śmierci najbliższych, jak długo trwa powrót do normalności, czy w ogóle jest możliwy.

Dobrze, że autor urozmaicił trochę monotonię zimowej Finlandii i zimową codzienność Finów żywiołowością pracy przy telewizyjnym show, która w każdym kraju taka sama. Telewizja rządzi się swoimi prawami nie zważając na granice państwowe czy kulturowe. Więc młyn, chyżość, żywotność, dynamika studia telewizyjnego przełamują skutecznie powolność dialogów czyniąc książkę potoczystą i lekką w czytaniu. Po trzeciej nadal polecam.


Jan Costin Wagner
"Zima lwów"
(Im Winter der Löwen)
rok wydania: 2008
wydanie polskie: 2011

sobota, 20 września 2014

Jan Costin Wagner "Milczenie"



Bardzo byłam ciekawa, jak Kimmo Joenta poradzi sobie z uczuciami, emocjami, przeżyciami, czy znajdzie kobietę, czy sprzeda dom i wyjedzie. Zastanawiałam się, w którą stronę autor w drugiej części serii pójdzie. Wnętrze głównego bohatera, kontynuacja wspomnień o zmarłej żonie, rozbudowa innych postaci. Trochę byłam zaskoczona, ale przez część drugą serii przebyłam także zadowolona. Temat jest straszny, ale ujęty w przyswajalną formę, na szczęście. O takich sprawach też, niestety, trzeba pisać. Ketola, przełożony Joenty, odchodzi na emeryturę. Dręczy go nierozwiązana sprawa. Przed ponad trzydziestu laty w pobliżu rodzinnego domu zginęła dziewczynka. Po odnalezieniu ciała matka nie wyprowadza się, cierpliwie trwa całymi latami w oczekiwaniu na wyjaśnienie. W tym samym miejscu dochodzi do bardzo podobnego zdarzenia, tyle, że dziewczynka znika, ale na zasadzie analogii sprzed lat policja szuka ciała i sprawcy morderstwa. Kto przez tak długi czas zachowywał tytułowe milczenie? Znów nie chcę za dużo pisać na temat akcji książki, nie da się bez odebrania efektu zaskoczenia. Książka wciąga, akcja, jak na "fiński klimat" dość żwawa. Proszę się nie spodziewać obfitych dialogów ;) No, po prostu, polecam.


Jan Costin Wagner
"Milczenie"
(Das Schweigen)
rok wydania: 2007
wydanie polskie: 2011


piątek, 19 września 2014

Jan Costin Wagner "Księżyc z lodu" (kryminał)



Kolejny seryjny pisarz, tym razem niemiecki, ale akcja dzieje się w FINLANDII. Czyli znowu coś jak dla mnie pisane. Główny bohater to młody fiński policjant z Turku, Kimmo Joenta. W szpitalu na raka umiera jego ukochana żona Sanna, a on rzuca się w obowiązki, by wytrwać w jako takiej równowadze. Ktoś morduje ludzi we śnie, najpierw kobietę, potem mężczyznę i znowu kobietę. Nie zostawia śladów, jest jakby niewidoczny. Permanentnie załamany Joenta funkcjonuje w jakimś dziwnym trybie, na pograniczu pozoru normalności, nierealności i obłędu, cały czas rozpaczliwie ale po cichu tęskniąc do żony. Jego uporządkowany i przewidywalny przełożony, Ketola, zupełnie nie wiedzieć czemu, zaczyna się nietypowo zachowywać. Joenta łapie jakąś dziwną, niewytłumaczalną więź z poszukiwanym sprawcą. Szóstym zmysłem odkrywa, o kogo może chodzić.

Nie można za wiele napisać bez zdradzania rozwiązania. Klimat opowieści jest specyficzny, trochę nudny, trochę poetycki, dziwny. Ale najważniejsze, że Wagner pisze łatwo, płynnie i swobodnie, nie widać wysiłku, sklecania, kombinowania, poprawiania czy przerabiania. Wszystko jest proste. Jak mebelek z Ikea. I jakoś tak na koniec wrażenie bardzo pozytywne. Przeczytałam dwa razy, kilka lat temu i teraz, dwukrotnie tak samo zadowolona.

Costin to imię ale i nazwisko, ale w przypadku JCW pojęcia nie mam jaką pełni funkcję. Może ktoś wie?


Jan Costin Wagner
"Księżyc z lodu"
(Eismond)
rok wydania: 2002
wydanie polskie: 2007

niedziela, 24 sierpnia 2014

Adam Bahdaj "Stawiam na Tolka Banana"




Sierpień, jeszcze pora wakacji, ciągnie do starych lektur. Naszło mnie na Tolka Banana i nie było zmiłuj, pojechałam do biblioteki dla dzieci i wzięłam specjalnie stary egzemplarz wydany przez Naszą Księgarnię w 1974 roku z ilustracjami Juliusza Makowskiego. "Gang" dzieciaków z warszawskiej Saskiej Kępy, szwendający się po ulicach pod wodzą Karioki zostaje zaopiekowany przez harcerza Szymka Krusza, który podaje się za słynnego na cały kraj uciekiniera z poprawczaka, dobroczyńcę, Tolka Banana. Wyznacza dzieciakom zadania, a oni, wpatrzeni z podziwem w swojego "szefa" wykonują bez szemrania owinięte w bawełnę prace pomocnicze dla potrzebujących, przekopują ogródek (szukając zaginionej puszki z tajemniczymi instrukcjami), sprzątają na błysk mieszkanie staruszki, remontują dla siebie Klub. Cegiełka, Cygan, Filipek, Julek (Luluś) i Karioka tworzą zorganizowaną i zgraną "pakę". Cegiełkę potrąca szary volkswagen. Chłopak ląduje w szpitalu, a reszta "wiary" postanawia odszukać zbiegłego z miejsca wypadku kierowcę. Po skutecznej akcji ujęcia złoczyńcy wychodzi na jaw prawda o Szymku. "Szef" wyjawia swojemu "gangowi", że nie jest legendarnym Tolkiem.

Z książki, napisanej w 1966 roku, zrobiono kultowy siedmioodcinkowy serial. Rozbudowano fabułę, uatrakcyjniono postaci. W Tolka Banana wcielił się Jacek Zejdler, choć głos podkładał Andrzej Seweryn. Karioka też mówiła podłożonym głosem Joanny Jędryki. No i dodano piękną "Balladę o Tolku Bananie".


I normalnie uwierzyć nie mogłam, że odtwórca roli Tolka/Szymka umarł w wieku 25 lat. Paskudnie się czasem życie układa.

                                    Jacek Zejdler (1955-1980)

                                               Adam Bahdaj (1918-1985)


Adam Bahdaj
"Stawiam na Tolka Banana"
pierwsze wydanie: 1967

czwartek, 21 sierpnia 2014

Ngaio Marsh "Mistrzowie zbrodni" (kryminał)





Agatha Troy, uznana malarka, w domu odziedziczonym po ojcu prowadzi zajęcia ze studentami. Grupka artystów prezentuje się malowniczo. Składa się z biednego ale niezwykle utalentowanego rzeźbiarza, nieco dzikiego Australijczyka, Paryżanina, arystokraty, studenta z brodą, niezwykłej piękności, zwykłej dziewczyny oraz malarki malującej hydraulików. Spotykają się oni codziennie, by malować nieznośnie wiercącą się modelkę. Pewnego dnia jedno z nich zostaje podstępnie zamordowane, podejrzani są wszyscy pozostali. Śledztwo prowadzi inspektor Roderick Alleyn ze Scotland Yardu, który znajomość z Agathą Troy zawarł na statku płynącym z Fidżi. Detektyw, z pomocą inspektora Foxa oraz zaprzyjaźnionego dziennikarza, rozwiązuje zagadkę, przy okazji przywiązując się coraz serdeczniej do Agathy. Fabułę urozmaica postać matki detektywa, uroczej Lady Alleyn.


Ubolewam, że z serii 32 powieści Ngaio Marsh na nasz język zostały przełożone zaledwie dwie, a udało mi się odszukać tylko tę jedną, szóstą z cyklu. Czyta się dobrze, żwawo, z zainteresowaniem. Przedwojenne solidne wyspiarskie pisanie. Ngaio Marsh dzieliła życie między Nową Zelandię i Wielką Brytanię. Istnieje serial nakręcony wg jej kryminałów The Inspector Alleyn Mysteries. Stanowczo mam zamiar obejrzeć. Tym bardziej, że wysłuchałam audiobooka z siódmą książką z cyklu o detektywie Rodericku Alleynie, Death in a White Tie w zabawnej interpretacji Benedicta Cumberbatcha, polecam.



Ngaio Marsh
"Mistrzowie zbrodni"
(Artists in Crime)
rok wydania: 1938
wydanie polskie: 1994

niedziela, 10 sierpnia 2014

Michel Houellebecq "Mapa i terytorium"




Bardzo dobra książka, doskonały pisarz, nawet wątek kryminalny przyzwoity. Autor jednym z bohaterów powieści uczynił samego siebie. Główny bohater Mapy i terytorium, Jed Martin, uznany fotograf i malarz, maluje portret Michela Houellebecqa, na podstawie zrobionych wcześniej zdjęć. Obaj panowie zawierają znajomość, nawiązuje się między nimi relacja niemal przyjacielska. Tyle tylko, że Houellebecq zostaje zamordowany (ten w powieści). Rozpoczyna się śledztwo prowadzone przez niejakiego Jasselina przy wsparciu Christiana Ferbera. Dla mnie czytanie Mapy i terytorium było pasmem niespodzianek i zaskoczeń. Mnogość poruszanych tematów, dialogi, opisy, wątek futurologiczny, olbrzymia dawka wyciszonego humoru - to jak dla mnie pisane :) Rozkłada na łopatki obraz namalowany przez Jeda Martina o tytule Bil Gates i Steve Jobs dyskutują o przyszłości informatyki (podtytuł: Konwersacja w Palo Alto). Houellebecq w swojej powieści pisze o muchach, o bolończykach, o Williamie Morrisie, o medytacji nad zwłokami (buddyjska praktyka Asubha), pokazuje Francję obecną, Francję minioną, Francję w przyszłości. Właśnie ta futurologiczna końcówka to najsłabszy punkt powieści, jest byle jaka, jakby Houellebecqowi nie chciało się już dłużej wymyślać materiału i poprzestał na szkielecie, szkicu. Dziwne, ale nie znam osobiście nikogo, kto czytałby coś Houellebecqa.

"Wysoki, rozlazły, półtłusty facet o półdługich włosach, półinteligent a półidiota"

"- No chyba nie będzie pan teraz wychodzić! Zabawa dopiero się rozkręca... Kochać, śmiać się i śpiewać! - wykrzyknął ponownie Houellebecq i jednym haustem wypił kieliszek chilijskiego wina. - Muszkra wiskor! Hejot! Hejot! - dodał z przekonaniem".

Czytałam kiedyś Cząstki elementarne, potem Poszerzenie pola walki. Została mi jeszcze Platforma  i Możliwość wyspy. Dobrze, że Houellebecq wciąż pisze. Ostatnio wygrzebałam gdzieś jego listy-polemiki opublikowane w książce Wrogowie publiczni wydanej przez Wydawnictwo Krytyki Politycznej. Bernard-Henri Lévy i Houellebecq dyskutują na tak zaawansowanym poziomie, że pełna obaw przystępuję do zgłębiania ich wywodów. 


Michel Houellebecq
"Mapa i terytorium"
(La carte et le territoire)
rok wydania: 2010
wydanie polskie: 2011


piątek, 1 sierpnia 2014

"Czwarta ofiara" Mari Jungstedt (kryminał)






No i znowu Marysia obsunęła się z jakością. Dotarłam z rozpędu do dziewiątej części serii kryminałów z Andersem Knutasem Mari Jungstedt. Serie czyta się łatwiej, zwłaszcza jeśli pamięć (albo notatki) zachowuje informacje co i jak, kto z kim i dlaczego. Bohaterowie są ciągle ci sami, ciągle tacy sami, jest ich dość sporo, więc Marysia ma problem z dobudowaniem do niektórych jakiejkolwiek akcji (na przykład do Emmy - z bezradności, ni w pięć ni w dziewięć, uśmierca jej byłego męża, byle tylko pociągnąć z sensem wątek). Ma kłopoty, nadal, z ogólnym ogarnięciem. Jeden z bohaterów "Czwartej ofiary" (części dziewiątej) idzie na studia, po studiach wyjeżdża na parę lat, potem wraca, poznaje kobietę, wiąże się z nią, pobierają się, mają dziecko, dziecko idzie do szkoły, a on ma 28 lat. Cud Marysiowy. Nie lubię takiego traktowania czytelnika. Nie jest to literatura w szlachetnym rozumieniu, ale jest to wciągający kryminał do machnięcia w kilka godzin. Na poziomie opowiadanek z pism kobiecych. Akcja prowadzona w dwóch perspektywach czasowych, teraz i szesnaście lat wcześniej, nadal głównie na Gotlandii. Trójka przyjaciół obiecuje sobie zawsze być razem. Ich drogi od wczesnej młodości są pogmatwane, prowadzą przez rodzinę zastępczą, poprawczak i podobne klimaty. Kaliber przewinień trojga nastolatków rośnie wraz z nimi. Włamują się, kradną, a potem ... Knutas ma zagwozdkę, którą oczywiście, przy pomocy innych bohaterów, rozwiązuje. Nic specjalnego, przeciętne czytadełko, ale czasem nie zaszkodzi czymś właśnie takim synapsy przeszorować. Różnorodność. Mari trzepie kolejne części równo, regularnie, rok po roku, w kolejce do tłumaczenia trzy nowe już stoją (Den sista akten, Du går inte ensam i Den man älskar). Pewnie też przeczytam.


Mari Jungstedt
"Czwarta ofiara"
(Det fjärde offret)
rok wydania: 2011
wydanie polskie: 2013, przełożył Wojciech Łygaś

środa, 16 lipca 2014

Neil Gaiman "Newerwhere"




Wróciłam po latach do czytania fantasy. Nie przepadałam wcześniej za bardzo, oprócz Jonathana Carrolla, no i oczywiście Lewisa Carrolla. Ale już na przykład Ursula klasyka gatunku Le Guin, nijak, no nijak i nie ma siły.

A teraz facet w czarnych ciuchach od graphic novels popełnia novelisation i ja to z pasją pochłaniam. I cieszę się, że mam tyle do wyobrażania sobie, przynajmniej do czasu obejrzenia serialu, według którego powstała książka. Być może na fali czytania książek dla dzieci. A może na normalnej fali czytania książek. Na fali czytania. Po prostu. Czasem nie ma sensu zadawanie pytań i wnikanie, dlaczego coś się robi. Bo tak. I już. Bo Biały Królik.

Richard jest normalnym facetem, ma dobrą pracę, piękną narzeczoną i wiedzie spokojne życie w bezpiecznym i wygodnym Londynie. Idąc na kolację do dobrej restauracji wpada niespodziewanie na ranną dziewczynę i pomaga jej. Zaczynają się dziać niewytłumaczalne rzeczy. Richard odkrywa istnienie Londynu Pod, z konieczności (w Londynie Nad staje się niewidzialny, jego dotychczasowe życie przestało istnieć) schodzi pod powierzchnię znanych mu rejonów. Spotyka dziewczynę o imieniu Drzwi, Łowczynię, markiza De Carabas, Szczuromówców (tłumaczy szczurzej mowy), mówiące szczury, dwa niebezpieczne indywidua o imionach Croup i Vandemar, Aksamitną Lamię, Serpentynę i, co najdziwniejsze, prawdziwego anioła o imieniu Islington. Przechodzi przemianę z wydelikaconego miejskiego młodego mężczyzny w normalnego człowieka. Przystosowuje się.

"Dotychczasowe życie przygotowało go doskonale do pracy w ochronie danych, zakupów w supermarketach, oglądania meczów piłki nożnej w telewizji w sobotnie popołudnia, podkręcania grzejnika, gdy zrobi się zimno. Zupełnie nie zdołało go przygotować do bycia nikim na dachach i kanałach Londynu, do chłodu, wilgoci i ciemności". (str. 123-124)

Najbardziej intrygującą postacią jest chyba anioł Islington, ostatnio, poprzednio, opiekun Atlantydy, zaskakujący już od pierwszego pojawienia się, właściwie drugiego, kiedy proponuje swoim gościom nadzwyczaj mocne wino...

Neil Gaiman przyczajał się długo jako współautor, scenarzysta, współtwórca komiksów, aż wreszcie zaczął pisać samodzielnie. Podobno dobrze i coraz lepiej. Podobno Amerykańscy bogowie (American Gods) to książka warta przeczytania. Trwają próby sfilmowania (userialowienia). Moja wyobraźnia, pięknie podkarmiona Nigdziebądź, już się cieszy. Na pisaninkę Gaimana i w ogóle na nawrócenie (wybiórcze) na fantasy. Czego i Waszej wyobraźni życzę.


Neil Gaiman
"Nigdziebądź"
(Newerwhere)
rok wydania: 1996
wydanie polskie: 2001,
przełożyła Paulina Braiter

czwartek, 10 lipca 2014

John le Carré - "Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg"




"Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg" - świetna książka do poczytania w wakacje i nie tylko. Stopień skomplikowania akurat do ogarnięcia, akcja przeskakująca, ale płynna, język ciekawy, treść pasjonująca. Wywiad brytyjski, szpieg, podwójny na dodatek, cicha i okrężna próba podejścia owego "kreta" przez starego wygę Smileya, także podejrzewanego o dwulicowość i z tego powodu zwolnionego ze służby. Kobiety też są, w roli kobiet i jako "mateczki". Ale kiedy mowa o "niańkach", to już nie chodzi o kobiety. Słów "latarnik" czy "inkwizytor" także nie można w tej powieści traktować w dosłownym rozumieniu. Uczuć wiele, miłość, przyjaźń, patriotyzm, przywiązanie. Ale też fałsz, podstęp, zdrada we wszelkich możliwych odsłonach. Odraza, wstręt, podwójna moralność. Pozbywanie się ostatnich złudzeń i życie bez złudzeń.  

Na wszelki wypadek, żeby nie błądzić na nieznanym obszarze, obejrzałam najpierw film, ale w oryginale, żeby nie zrozumieć tak zupełnie wszystkiego i mieć trochę niespodzianek przy lekturze.

Zdarzyło mi się włączyć tv i poskakać chwilę po kanałach. Trafiłam na dość dobry serial z cyklu CSI: Zagadki kryminalne czegośtam. Dialog. Mężczyzna cytuje jakieś zdanie. Kobieta (bystra) pyta "Dostojewski?" Mężczyzna odpowiada "Nie, le Carré" ;)

Rymowanka dziecięca, inspiracja przy nadawaniu bohaterom przydomków, w oryginale brzmi:

Tinker, Tailor,
Soldier, Sailor,
Rich Man, Poor Man,
Beggar Man, Thief.


John le Carré
"Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg"
(Tinker, Tailor, Soldier, Spy) 
rok wydania: 1974
wydanie polskie: 2000

wtorek, 1 lipca 2014

Ian McEwan - "Pokuta"





Najpierw obejrzałam film. Oswoiłam, przetrawiłam, przepuściłam jak przez taśmę fabryczną. Przyswoiłam treść. I dopiero mogłam przeczytać i polubić książkę.

Utwierdziłam się w przekonaniu, że pora właściwa, kiedy zobaczyłam "motto", obszerny fragment książki Jane Austen "Opactwo Northanger", którą to dopiero co wysłuchałam kilkakrotnie w postaci słuchowiska BBC (była akurat available na stronie stacji przez kilka dni), obejrzałam dodatkowo film i wypożyczyłam książkę z biblioteki. Lubię takie zbiegi okoliczności.

Rok 1935. Briony Tallis, trzynastoletnia dziewczynka mająca bujną wyobraźnię, widzi przez okno niewinną scenkę, do której dopisuje sobie przesadzone wytłumaczenie. Czyta z wścibstwa cudzy list o niewłaściwej dla niej treści. Jest świadkiem zbliżenia miłosnego swojej starszej siostry Cecilii. Wyobraża sobie to czego nie może zrozumieć, nikt jej nie tłumaczy, co dzieje się w rzeczywistości. Kiedy późnym wieczorem w ogrodzie natyka się na piętnastoletnią kuzynkę Lolę, w niedwuznacznej sytuacji, natychmiast dopisuje do niej własną wersję, sumując wrażenia całego bogatego w doświadczenia dnia. Kuzynka z ulgą przemilcza krępujące i niewygodne, ale prawdziwe, fakty i historia małej Briony staje się na całe lata jedyną obowiązującą wersją wydarzeń. Syn sprzątaczki, Robbie, zakochany w Cecilii, jest według Briony czarnym charakterem, maniakiem zagrażającym jej ukochanej siostrze. Mała oskarża go automatycznie o gwałt na Loli. Wezwana policja aresztuje chłopaka. Cecylia zrywa z rodziną, zostaje pielęgniarką. Do ukochanego pisze listy, nie ma zgody na widzenia.

Wybucha wojna. Robbie prosto z więzienia jedzie do Francji, na front. Zauważa u siebie objawy bardzo dobrego przystosowania do wojskowego żywota, co zawdzięcza kilkuletniemu pobytowi w celi. Obraz odwrotu brytyjskiej armii do Dunkierki jest przerażający, wędrówka Robbiego w scenariuszu filmowym ujęta jest jedynie skrótowo. Chyba od szkoły średniej nie czytałam takich potworności o najciemniejszych stronach II wojny światowej.

Briony dorasta, idzie do szkoły pielęgniarskiej. Zaczyna rozumieć swój błąd i pragnie go jakoś naprawić. Ale nie wszytko da się po latach naprawić, wyjaśnić, wyprostować, cofnąć, zadośćuczynić.

Jak McEwan (ur. w 1948 roku, w czasie pisania powieści pięćdziesiąt plus) wczuł się w rolę trzynastolatki, nie mam pojęcia, ale zrobił to doskonale. Pamiętam siebie z tego wieku, akurat zaczynałam pisać pamiętnik. Dodaję stanowczo McEwana do pisarzy, których zamierzam czytać, których książek będę szukała w bibliotekach.


Ian McEwan 
"Pokuta" (Atonement) 
rok wydania: 2001 
wydanie polskie: 2002


wtorek, 17 czerwca 2014

urojeni ludzie z książek



       "- Za złe mi to biorą, że w moich książkach roi się od ludzi dobrych, jasnych i miłosiernych, a przecie z palca sobie tego nie wyssałem. Zresztą wielką odczuwam litość dla złych, z rozmysłem natomiast sławię dobroć promienistą. Urojeni ludzie z książek wychodzą z nich jak duchy wywołane z nicości i wchodzą w ludzką gromadę. Serce ludzkie takie jest dziwne, że więcej wierzy jasnemu urojeniu niż mętnej, czarnej rzeczywistości; więc moi dobrzy ludzie z książek korzystając z tego przywileju szerzą wieści o istnieniu dobra i o potrzebie miłosierdzia. Moje książki wędrują pomiędzy rzesze, niechże przeto świecą, niech grzeją, lecz niech nie straszą i nie burzą naiwnej, prostej wiary w serce człowieka.

       "Dziewczyna wierzyła w nie głęboko. Osobiście mogła oświadczyć, że nie spotkała jeszcze ludzi złych; oczywiście, spotka ich kiedyś, świat bowiem nie jest rajem; oczywiście, że gdzieś istnieją, w jakichś zaułkach życia; los mógł ją, ślepe, bezbronne dziecko, skierować w ich stronę. Więcej jednak musi być na bożym świecie dobrych i miłosiernych, skoro wypchnięta w ludzką gromadę natknęła się na nich właśnie. Z gorącej wdzięczności utrwali w sobie wiarę w dobrego człowieka i wiary tej nie zachwieje w niej nawet krzywda, którą jej może kiedyś wyrządzić człowiek zły. Pan Olszowski, umiejący patrzeć w głębie ludzkich serc, pouczał ją, że rzadkością jest człowiek, który złym się rodzi. Gniewu i złości naucza go głód, nieszczęście, niesprawiedliwość i podłość. Wstrętna ohyda nędzy, której nie powinno być na radosnym świecie, jest najstraszliwszym nauczycielem zła, więc kto nędzę wygania z ziemi, kto jej ze słodyczą ociera łzy, kto jej zimne serce ogrzewa, ten czyni rzecz najszlachetniejszą: zasypuje źródło zła".

Kornel Makuszyński - "Awantura o Basię"
Iskry 1985, str. 144-145

sobota, 7 czerwca 2014

pobiegła na przełaj przez pole za Białym Królikiem



"Alicja rozmyślała właśnie - a raczej starała się rozmyślać, ponieważ upał czynił ją bardzo senną i niemrawą - czy warto męczyć się przy zrywaniu stokrotek po to, aby uwić z nich wianek. Nagle tuż obok niej przebiegł Biały Królik o różowych ślepkach. Właściwie nie było w tym nic nadzwyczajnego. Alicja nie zdziwiła się nawet zbytnio słysząc, jak Królik szeptał do siebie: „O rety, o rety, na pewno się spóźnię”. Dopiero kiedy Królik wyjął z kieszonki od kamizelki zegarek, spojrzał nań i puścił się pędem w dalszą drogę, Alicja zerwała się na równe nogi. Przyszło jej bowiem na myśl, że nigdy przedtem nie widziała królika w kamizelce ani królika z zegarkiem. Płonąc z ciekawości pobiegła na przełaj przez pole za Białym Królikiem i zdążyła jeszcze spostrzec, że znikł w sporej norze pod żywopłotem. Wczołgała się więc za nim do króliczej nory nie myśląc o tym, jak się później stamtąd wydostanie".

Lewis Carroll - "Alicja w krainie czarów" (Alice's Adventures in Wonderland)
Nasza Księgarnia 1990, przełożył Antoni Marianowicz, str. 8-9

poniedziałek, 2 czerwca 2014

William Golding - Trylogia Morska



Absolutnie zachwyciłam się Goldingiem. Przyznaję, najpierw obejrzałam serial. Kiedy zabrałam się za pierwowzór, poprosiłam świat, by wyhamował, żebym mogła spokojnie doczytać trzeci tom. Byłam w kłopocie, bo skończyć szybko chciałam i jeszcze czytać, czyli mieć ciastko i zjeść ciastko. Inne książki podniosły bunt i uległam, i skończyłam, i Golding w całości wrócił do biblioteki... A ja mam ochotę stanąć na ulicy i rozdawać ulotki, żeby każdy się dowiedział, że jest taka trylogia fajna do przeczytania i by nie omieszkał.

Początek XIX wieku, Edmund Talbot wyrusza w blisko roczną podróż statkiem z Anglii do Australii. Komórka kajutowa jest okropna, sufit za nisko, wszędzie mokro, wilgotno, za bardzo kołysze, aż nie sposób wydostać się z koi i nie ma jak pisać dziennika podróży. Edmund jest młody, pewny siebie, w Australii ma objąć dobrą posadę, za poparciem "ojca chrzestnego" noszącego tytuł lorda. Pewny siebie nie czyta regulaminu, bez zaproszenia ładuje się na mostek kapitański, a tym samym w pierwsze kłopoty. Ze wszystkim są problemy, nic nie odbywa się w znajomy i oczekiwany sposób, ale inteligentny młodzieniec szybko dostosowuje się do okoliczności. Zawiera znajomości, przyjaźnie, obserwuje pracę załogi, notuje, choruje. Życie na dokonującym żywota statku okazuje się naszpikowane dramatycznymi wydarzeniami, ludzie zmieniają się w przyspieszonym tempie, zaskakują uczynkami siebie i innych. Nie każdy ma taką łatwość dostosowywania się jak Edmund. Na zamkniętej przestrzeni tworzy się społeczność osób przypadkowych, marynarzy, wojskowych, pasażerów, migrantów, obsługi. Są ludzie uprzywilejowani, dobrze urodzeni, po awansie społecznym, urzędnicy. Chorują, umierają, zdarzają się wypadki, są "romanse", ślub, pogrzeb, rytuały. Najdziwniejsze jest wyczarowane przez Goldinga "miasteczko" śródoceaniczne powstałe z czasowego połączenia dwóch okrętów, z orkiestrą, balem, strojami... Jest oczywiście przekroczenie równika, są sztormy i spotkanie z górą lodową. Edmund niepostrzeżenie z chłopca staje się powoli mężczyzną, przeżywa "przygodę", zakochuje się, zmienia zapatrywania, opinie, oceny. Weryfikacja następuje po dopłynięciu do celu, zmiany w większości okazują się przejściowe, ale zostawiają trwały ślad. Edmund należy do osób, które silnie przywiązują się do miejsc i do ludzi, z trudem przychodzi mu pożegnanie się z rozpadającą, cuchnącą łajbą, na której tyle doświadczył.

William Golding ujął akcję powieści w formę pisanego równolegle do wydarzeń dziennika-listu, a także wspomnień notowanych już po dotarciu do celu podróży. Słowa płyną z młodzieńczą werwą, ale też w lekkim młodzieńczym chaosie. Edmund jest młodzieńcem starannie wykształconym, oczytanym, bystrym, inteligentnym i dowcipnym, "jego" słowa czyta się lekko jak powieść przygodową, ale żaden z tomów trylogii Goldinga lekturą lekką nie jest.

Odkrycie znanego przecież autora, na nowo, dla siebie - fantastyczna sprawa, czego i Wam życzę.


William Golding
Trylogia Morska
"To the Ends of the Earth"

- Rytuały morza (Rites of Passage), wyd. 1980, wyd. polskie 1994
- Twarzą w twarz (Close Quarters), wyd. 1987, wyd. polskie 1995
-
Piekło pod pokładem (Fire Down Below), wyd. 1989, wyd. polskie 1995


wtorek, 20 maja 2014

Ford Madox Ford - "Saga o dżentelmenie"



Narastająca z każdą minutą oglądania sympatia do miniserialu
"Parade's End" (Koniec defilady) skłoniła mnie do natychmiastowego przeczytania pierwszej części literackiego pierwowzoru Forda Madoxa Forda. Instynkt nie zawiódł, książka jak dla mnie napisana. Od dialogów, zwłaszcza od kwestii wygłaszanych przez Christophera Tietjensa, nie mogłam się oderwać. Chciałam skserować każdą ciekawą stronę, ale szybko uświadomiłam sobie bezsens tego zamiaru. Boli mnie fakt nieprzetłumaczenia pozostałych trzech tomów tetralogii, obawiam się, że mój średnio zaawansowany angielski nie wystarczy do ogarnięcia całego bogactwa powieści.


Żona Krzysztofa Tietjensa, Sylwia, wyjeżdża z kochankiem. Dżentelmen, zamiast się rozwieść, kryje żonę opowiadając, że wyjechała opiekować się chorą matką. Po mieście zaczynają krążyć plotki, że Tietjens zdradza żonę i że żyje ponad stan. Krzysztof jest człowiekiem tyleż mądrym, co porządnym, a jego jedynym przewinieniem jest brak pędu do robienia kariery. Poznaje młodziutką sufrażystkę Walentynę Wannop, córkę zmarłego przyjaciela ojca. Od pierwszego niemal spotkania są sobą zaintrygowani, ale na odległość, kontaktują się sporadycznie. Generał lord Campion, najstarszy przyjaciel ojca Krzysztofa, przypisuje mu romans z panną Wannop, co podejrzewanego początkowo tylko śmieszy. Niewinny, nie ma ochoty na tłumaczenie się, co wzięte zostaje za przyznanie się do przypisywanych niecnych czynów. Krzysztof podejmuje drobne działania dla ochrony demonstrujących kobiet, kryje także przyjaciela i stara się go wyplątywać i odciągać od wikłania się w romanse, pożycza mu też duże kwoty pieniężne i pomaga w awansach. Sam, kompletnie nieświadomy, pogrąża siebie, gdyż zupełnie nie dba o pozory, posądzony jest o rozrzutność, niemoralność a nawet zdradę. Plotki i pomówienia, krążąc, nabierają impetu, przypisują mu nieślubne dziecko, dwie kochanki, debet w banku. Ojciec Krzysztofa, wierząc w nie bezkrytycznie, popełnia samobójstwo. W międzyczasie wybucha Great War, Krzysztof idzie na front, ranny traci czasowo pamięć, wraca do domu. Sylwia jest piękna, ideał kobiety, raczej zakochana w mężu, w jakimś sensie nawet mu oddana, ale małżonkowie prowadzą osobne życie. On nie może zapomnieć o Walentynie. Historia urywa się, kiedy Krzysztof po raz drugi wyrusza na wojnę, ciąg dalszy w trzech nieprzetłumaczonych tomach.

Trochę trudno było przedrzeć się przez czasowe przeskoki, wewnętrzne monologi, ale przypomniał mi się Joyce, pojawiła się też dedukcja (!) i już czytanie śmigało. Ford Madox Ford pokazuje ciekawe mechanizmy zarządzania wojną, zasobami ludzkimi, manipulowania statystykami. Doskonale pokazuje stan dysfunkcji uszkodzonego mózgu geniusza. Pokazuje funkcjonowanie machiny pomówień. A czytelnika trzęsie, kiedy w powieści kolejna osoba zawierza obmowie, wysnuwa niewłaściwe wnioski. 

Krzysztof pozostaje nieświadomy lub obojętny, nie walczy, nie lawiruje, nie dokonuje autoprezentacji. Przestaje go interesować dotychczasowe otoczenie, świat, w którym nie liczą się wartości rzeczywiste, a jedynie stwarzane pozory. W którym manipulowanie informacją albo człowieka winduje, zapewnia karierę, albo go niszczy.

Porównanie z serialem wywyższa książkę, oczywiście. Opis Tietjensa pobudza wyobraźnię i kreuje postać znacznie odbiegającą od filmowego wizerunku. Na szczęście potrafiłam się całkowicie odciąć od filmowej, całkiem nietrafionej, Walentyny. Tak jakby przyszła na casting do roli współczesnej nastolatki i została pomyłkowo wybrana do innej, cofniętej o sto lat. Książkowa Walentyna budzi wielką sympatię i rozumiemy, czemu dochodzi do wzajemnej fascynacji. Filmowe dialogi zostały skrócone i odarte z błyskotliwości.

Ulubione książkowe teksty:
- Uleczyłem nogę kanarka żony policjanta.
- Wyglądał jak papużka, ale się nie obraził.
- Tietjens spojrzał na nią pilnie, z zainteresowaniem zmartwionej sroki.
- Sylwia rozdęła nozdrza.
- Miasto przepastne (o Londynie).
- Pociąg biegł gładko niczym brytyjskie papiery wartościowe gwarantowane przez rząd.
I wiele innych.

Koleżanka wkurzona tłumaczeniem, a ja cieszę się, że w ogóle jakieś jest. Denerwujące spolszczenie imion. Ale i tak dziękuję i proszę o ciąg dalszy. Pilne.


Ford Madox Ford 
"Saga o dżentelmenie" 
(Some Do Not...) 
rok wydania: 1924 
wydanie polskie: 1997, przekład: E. Kay