.

De omnibus dubitandum est. Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.

kaleką matematyką obliczamy swoją wartość (Emily Dickinson)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzaki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzaki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 sierpnia 2014

Marsjanie to MY


"Nad zielonymi pagórkami zwisał ciężki szczerozłoty namiot lata. Powietrze drżało w upale syconym miodowymi zapachami"

Kornel Makuszyński Szatan z siódmej klasy




Które to już podpalenie tęczy? Przedwczoraj wrzuciłam świeżutkie zdjęcia, takiej ślicznej, nowiutkiej. A palmy jakoś nikt się, na szczęście, nie czepia, choć w drodze na Narodowy.

Legia Warszawa, brawo, w dwumeczu 6:1 z Celtikiem Glasgow, no, no :)

Właśnie dowiedziałam się od syna, że Ulissesa Joyce'a przerobią na grę komputerową, trafi pod strzechy. Może mnie ta zapowiedź zmobilizuje, by w końcu słynną powieść doczytać, przed laty dobiłam do 2/3 mniej więcej. Teraz trzeba od początku. No i wersje sfilmowane od razu by wypadało dodać do pakietu, a mianowicie filmy Ulysses (1967) i Bloom (2003). Nie było komputerów, Internetu, a i tak nikt Joyce'a nie czytał. Teraz to już zupełnie.

Wkręciłam się w Makuszyńskiego, no coś takiego. Ten Szatan z siódmej klasy to perełka. Warto przeczytać jeszcze raz będąc dorosłym. Książka napisana w 1937 roku. Tęsknię do czasów przedwojennych. Tak dziwnie się czyta, bo akcja dzieje się w polskiej wsi pod Wilnem.

Zaczęłam się dziś, chyba z tego gorąca nieustającego, zastanawiać czy niedźwiedzie latem w ogóle śpią. Cud Internetu dość szybko udzielił mi odpowiedzi na to pytanie. Bardzo ciekawy temat, sen zwierząt.

Jeszcze ciekawszy temat, to planowany lot na Marsa. Zdajecie sobie sprawę, że za naszego życia dojdzie do lądowania człowieka na Marsie? Myślę, że Marsjanie to MY, ludzie z planety Ziemia, którzy dolecieli i zasiedlili czwartą planetę od Słońca. Dopadłam fascynującą książkę o Marsie i - odleciałam :)

To może o Enigmie obszerniej innym razem (innymi razami), na razie tyle, że cieszę się z wyróżnienia naszych matematyków. Marian Rejewski, Jerzy Różycki i Henryk Zygalski - opowiedzcie o nich Waszym dzieciom!

sobota, 15 marca 2014

mizaru kikazaru iwazaru




mizaru, kikazaru, iwazaru
nie widzę, nie słyszę, nie mówię
nie widzę nic złego, nie słyszę nic złego, nie mówię nic złego

nie szukaj i nie wytykaj błędnych czynów i słów innych ludzi

źródło: Wikipedia

piątek, 28 lutego 2014

48 reniferów


Nabijałam się kiedyś z kurki uciekającej przed moim dużym autem, pamiętacie może Kurzy sprint? Kiedy przeczytałam o reniferach uciekających przed pociągiem, już nie było mi do śmiechu.

Na północy Szwecji stado reniferów szło/biegło sobie spokojnie torami kolejowymi szukając pożywienia, styczeń, mroźno, głodno. Tak zwana Laponia. Rozpędzony pociąg nie dał im zbyt wiele szans, na dodatek reniferzy imperatyw też nie daje wyboru, jeśli uciekać, to tylko do przodu, przed siebie. A droga hamowania pociągu długa. Do krainy wielkiej obfitości chrobotka reniferowego przeniosło się jednorazowo 48 zwierząt.

Dlaczego zagrożony zając kluczy, kica na boki i ratuje się rzeczywiście, a taka kura, taki renifer, gnają ślepo przed siebie, bo inaczej nie potrafią? Instynkt zadziałał zabójczo, bezwzględnie. Kojarzy mi się słowo samozachowawczy, więc dlaczego taki finał? Może to nie instynkt, ale odruch? Słabo rozwinięty układ nerwowy? Strasznie dziwne i skomplikowane mechanizmy.

Czy szwedzki Trafikverket podejmie teraz jakieś działania ochronne? Pewnie tak. Ciekawe, na czym będą polegały.

środa, 19 czerwca 2013

dni pod dwoma psami



Szczęście na osiem łap i dwa ogony nawiedziło mnie nagle i niespodziewanie. Pieski znane i lubiane, oba ze schroniska ale już grzeczne, ułożone i wychowane. Ale jednak zwierzęta, podlegają instynktom, biorą je od natury w ciemno. Człowiek instynkty systematycznie wypiera, udaje, że ich nie ma, że zanikły, a nieprawda. I jest rozdźwięk między psem a człowiekiem w podporządkowaniu instynktom. Pies półsłomiana półsierotka tęskni za swoimi, i za tymi na długim wyjeździe, i za tymi, którzy w pracy do wieczora. Pies tęskniący wyje, jęczy, lamentuje, cierpi, nie rozumie, czuje się porzucony, zdezorientowany. Bryś malutki popłakuje przez godzinę regularnie, przez drugą z przerwami. Sunia trochę bardziej zaprawiona w bojach, cierpliwsza, rozumiejąca, ale do chórku z solidarności swoje dokłada. Ćwiczę cnotę cierpliwości. Wchodzę do łazienki, kiedy znikam za drzwiami koncert na dwa psie głosy w pełnej krasie, ile sił w płucach. Wychodzę z łazienki - idealny spokój. Dzwoni telefon - koncert. Pieski mnie znają i lubią, z wzajemnością, ucieszyłam się w sumie, że oprócz moli i pająków coś żywego i nie człowiek obwącha moje cztery kąty. Karetka na sygnale - o litości, zmiłowania, jak śmiała tak drażnić psie uszy. Moje uszy podrażnione w dwójnasób, kontynuuję ćwiczenie cnoty cierpliwości. Spacer. Nawiązuję konwersację z mniej więcej co drugim mijanym człowiekiem, mimowolnie, pieski zahaczają ludzi, ludzie oglądają i chwalą jakie ładne, emerytki, staruszkowie, robotnicy, ochroniarze, menele, ludzie z pieskami. Nagle smycz wyrywa mi rękę z barku, Sunia gna za kotem, jest w stanie udusić się na własnej obroży, byleby futrzanego gnojka dopaść. Sunia wdrapuje się na pochyłe drzewo, za kotem. Włazi na drucianą siatkę wszystkimi czterema łapami, Spider-Menka się znalazła, za kotem, nie wierzę w to co widzę. Szczeka tak, że sąsiedzi mnie wygnają z dzielnicy, pójdę do więzienia za przekroczenie norm decybeli. Przydałby się zastrzyk na uspokojenie, nie wiem komu bardziej, Suni czy mnie. Wracamy. Domek, łóżko zabezpieczone kocykiem, już calutkie w psiej sierści.

 

Bryś uwielbia przesiadywać na kolankach. I jak tu czytać, kiedy miejsce na książkę zajęte? Każde moje poruszenie wywołuje WIELKIE ZAMIESZANIE. Pieski na baczność, bo po cóż miałabym wstawać i coś robić, na pewno chodzi o michę, psie żarełko, ewentualnie o kolejne wyjście w poszukiwaniu kotów. Bryś malutki, cały czas przy nodze. Nie sposób nie szturchnąć. Poruszam się krokiem księżycowym. Kiedy zatrzymuję się na dłużej w kuchni, kładzie się na moich stopach. Wytrzymuję tak trzy dni, już nawet bez awantury mogę do łazienki. Ćwiczenie cnót nie pomaga i psi jazgot cyklicznie odtwarzany z byle powodu (domofon, sąsiad, hałas z ulicy) prześwidrowuje się do mózgu. Dosyć, aktywuje się instynkt przetrwania, ja albo one. Kiedy właściciele odbierają pieski wieczorem, klepię dziękczynne paciorki. Jaka cisza, jaki świat piękny, ja uszczęśliwiona, głowa leciutka.

zdjęcia: xbw

piątek, 18 stycznia 2013

katedrala


Kiedy Bryś zadziera malutki łebek mocno w górę, sępiąc z miną kota ze Shreka cokolwiek, kawałek sera, chleba, orzeszek, i tylko ten łebek mocno zadarty spod klawiatury laptopa stojącego na biurku wyziera, to przypomina mi się moje oglądanie różnych katedr gotyckich. Katedrali Świętego Wita w czeskiej Pradze, katedry w Yorku, katedry drżącej ostatnio od metra w Kolonii, katedry w Ratyzbonie. Skąd to się u mnie wzięło w ogóle, to zamiłowanie do katedr? Czemu lata temu zaczęłam biegać po antykwariatach w poszukiwaniu odnośnej literatury, czemu dwukrotnie już śmignęłam, jak ulotkę informacyjną, "Filary ziemi" Folletta ? Bo wychowałam się na czterotomowej Encyklopedii Powszechnej PWN, nadzwyczaj wcześnie ogarnąwszy świat liter i złożonych z nich słów. A ulubionym obrazkiem w tej mojej książeczce dla dzieci była Katedra w Salisbury Constabla.

Syna wychowywałam już na Boschu :D





John Constable – Katedra w Salisbury
widok od strony ogrodu domu biskupiego 
1823, Muzeum Wiktorii i Alberta, Londyn



środa, 16 stycznia 2013

nareszcie coś da się oglądać w tej telewizji


Zwierzyniec kochany ale i męczący, ja nieprzyzwyczajona. Na szczęście banda myśląca i współpracująca, stosunkowo łatwa w komunikacji i zarządzaniu. Wprawiam się. Lubię mądre istoty :) Ale zwierz to zwierz, warczy, szczeka, a moja misja, to przywoływać do porządku, bo sąsiedzi. Więc non stop uciszam, grzeczne, słuchają, wytresowane, no ale reagować muszę. Ciągle też mają drobne zatargi między sobą. I robią zbyt wcześnie pobudkę przez wskakiwanie. Na mnie.

Obejrzałam powtórkę Janowicza, właściwie skrót, bo tłukli cztery bite godziny, równocześnie pilnując kota przed jednym z psów. I kociej miski przed psami.

Obserwuję rozmaitość ludzkich sylwetek damskich i męskich biegających po australijskich kortach. Dwa kanały sportowe transmitują najsmaczniejsze tenisowe kąski. Konsumpcja inaczej. Telewizor dwumetrowy wypas po pachy i jeszcze HD. Grzech nie skorzystać. Przespałam Agnieszkę i Jerzyka zwycięskich po II rundzie, a wszystko przez tv myZEN, którą znalazłam na tutejszej kablówce. Zamarłam przed ekranem z zachwytu na bite dwie godziny non stop! Dzika dziewicza natura, ruch, ale obrazu, bo kamera statyczna. Najpiękniejsze miejsca kuli ziemskiej, góry, wybrzeża, wodospady, wysepki, archipelagi, plaże, skały, kamienie, morza zieloności, delikatny szum wody uderzającej o brzeg, a wszystko bez obecności człowieka, bez dezintegrującego samoistną harmonię podkładu muzycznego, bez lektora. Delikatnie pojawiają się na chwilę napisy, dla pragnących WIEDZIEĆ, który to zakątek świata akurat czaruje ich zmysły. Jak dobrze, ze cywilizacyjny postęp wykorzystuje się także i do takich celów. Część z lotu ptaka sfilmowana. Chciałabym być operatorem w tv myZen :) Jaka ta nasza Ziemia piękna, zachwycająca, niesamowita. Czemu chcemy mieć wszędzie beton, asfalt, wieżowce. Chcemy?



AO i menażeria


Kiedy o pierwszej w nocy zobaczyłam australijskie słońce, od razu zrobiło mi się cieplutko i błogo, mimo sporego mrozu za oknem. Ależ jasność i przejrzystość. Senność jakby odeszła, ale tylko na trochę. Noc ostatecznie przedrzemałam... Zdołałam zarejestrować, że Kubot jednak out, Agnieszka do przodu, oczywiście, a Janowicza rano oglądałam już na równych nogach, wyważając zdenerwowanie. Troszkę mnie nastraszył i lekko zmartwił, ale przecież w końcu uradował. Trzymałam jeszcze kciuki za fińskiego tenisistę, może właśnie dlatego Jarkko Nieminen wyszedł z boju na korcie zwycięsko ;) Urszula była dzielna, ale przegrała ze spuszczoną głową z pewną siebie Amerykanką.

Opiekuję się zwierzyną mieszaną :) czasowo. Nakarmiłam gromadkę rano, ale to była obrona konieczna, bałam się pożarcia żywcem. Teoretycznie one jedzą tylko w drugiej połowie dnia, ale co zrobić, jeśli solidarnie ustawiają się na baczność w rządku zdeterminowane, z głodem w oczach. Sierotki słomiane. Bryś płakał za "swoimi" bitą godzinę, Pusia stała pod drzwiami wejściowymi na sztywnych łapkach, jakby mówiła: "oni zaraz przyjdą, ja wiem, na pewno", tylko Aktorka leżała tłumiąc rozpacz, choć czasem wymykało się jej jękliwe lamentowanie. W końcu zrozumiały, że mają siebie, mają mnie i muszą się pogodzić z rzeczywistością. Przez moment nawet obsiadły mnie grzecznie wszystkie trzy razem, choć kicia Pusia z dystansem. Teraz już jedynym problemem pozostaje, które z nich pierwsze dopadnie wspólnego pluszowego misia. Ostatecznie przegranemu, jeśli będzie się awanturował, mogę dać świńskie ucho. Okazało się, że prawdziwe, jedynie ususzone, brr.

Dom nie mój, dziwnie mi tu jakoś. Niby opanowałam zdolność przystosowywania się, ale teraz ta akurat zdolność ma wakacje. Wszystko tu takie bardzo nie-moje, wszędzie pełno przeszkód i pułapek. Podłoga w przedpokoju śliska, na wszystkie panele świata mam "alergię", za dużo drzwi i w ogóle niefunkcjonalnie. No i jak można nie mieć w kuchni mydła do mycia rąk :) Wiem, w końcu się tu trochę zadomowię, ale póki co wajcha w głowie zaklinowała się.

Mam dużo dużo ruchu. Zaliczam kilka spacerków dziennie z pieskiem na smyczy. W nocy wyszłam z dwójką równocześnie i prawie osiwiałam. Kiedy ostatecznie rozsupłałam plątaninę smyczy i psich łapek, kiedy oba wyrwały równo zgodną parą jak w psim zaprzęgu, pożałowałam, że nie mam sanek. A teraz udaję się na spacer po bieżni. Następnego posta napisze dla Was ta sama xbw ale trochę lżejsza.

Psie i kocie imiona są fikcyjne, ale reszta jak najbardziej autentyczna.



poniedziałek, 30 lipca 2012

biblijne zwierzątka


"Gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą".


Czy Mateusz Ewangelista miał na myśli mole dosłownie czy w przenośni, a jeśli dosłownie, to spożywcze czy ubraniowe? W każdym razie, z jakiegoś sklepu sobie kiedyś takie mole przyniosłam, w paczce z ryżem albo żurawiną suszoną, albo jeszcze czym innym. I one sobie teraz u mnie mieszkają w jedzonku i wszędzie, i dobrze im najwyraźniej. Kupiłam specjalne plastry, owszem, pomagają, zwierzątka dają się skusić i jest ich mniej, czasem w ogóle się nie pokazują. Ale zapewne gdzieś się czają, bo kiedy goręcej, to one znowu wylatują "na miasto". Kto nie miał, niech dziękuje systematycznie i regularnie za łaskę. Nie wiem co zrobić, by pozbyć się całkowicie. Wszystko co jadalne wyrzuciłam, oprócz soli i herbaty. Jest jeszcze kilka przypraw monitorowanych jak w laboratorium, w szkle, niemal nieustannie pod lupą. Dziś stosuję jeszcze jeden "patent", może pomoże. A jeśli nie, to pozostaje trutka oraz pytanie co wcześniej wyginie, mole czy ja.

Jeszcze mikro kącik sportowy, bo olimpiada w Lądku trwa. Najczęściej używanym słowem w relacjach komentatorów odnośnie polskich sportowców jest "niestety". Poza niespodziewanym zachwytem nad strzelającą Sylwią, naszą jedyną dotychczas medalistką. Wczoraj kciuki trzymane były nadaremno, Isia odpadła w pierwszym starciu. Tylko siatkarze byli w stanie wywołać uśmiechy przed snem, na razie z Włochami poszło rewelacyjnie. Oby tak już do końca.

środa, 20 stycznia 2010

codzienność


Trzeci czy czwarty dzień z kolei usiłuję dokończyć czytanie Chińczyka Mankella. Liczyłam na porządny szwedzki kryminał, a tu niespodzianka. Brnę przez współczesną zmuszającą do myślenia powieść. Wydeptuję mimowolnie niezliczone ścieżki myślowe, przemierzam kulę ziemską wraz z bohaterką. Byłam w Pekinie, gdzie Szwedka marzła niczym ja w Szkocji ( :) ), w Zimbabwe, Mozambiku, Londynie, Kopenhadze... O ludzie, ależ mnie po świecie przeciągnęło, co prawda, nie dosłownie, ale mam tak bujną wyobraźnię, że prawie. Zostało mi pięć stron do końca. Polecam, warto.

Co poza Chińczykiem? Ciepłe posiłki i obiadki domowe. Wojna wypowiedziana stojącym wszędzie kartonom, to już półtora roku, może się jednak coś da z tym zrobić, jakimś cudem... A, i Ukasz oznajmił, że rzuca szkołę, jak skończy 18 lat. Codzienność.

Pierwszy raz w życiu widziałam, u koleżanki, jamnika, który przykrywał się na noc kołderką. Otulony i śpiący wyglądał jak z bajki dla dzieci, w której zwierzęta maja ludzkie cechy. Szkoda, że nie zrobiłam mu zdjęcia. U koleżanki też zobaczyłam, jak wygląda nastolatek uśmiechnięty i zadowolony z życia, byłam w szoku. Ja mam teraz w domu okres burzy i naporu. Jest ciężko. Myślę, że się jakoś w bólach ułoży, ale jeszcze muszę to jakoś PRZETRWAĆ.

Kilka spraw URZĘDOWYCH, które usiłuję jakoś zamknąć, mimo mojej niespotykanej alergii na urzędy i urzędników, dopełniają słodkiego obrazka kobiety chwilowo niepracującej.

Od początku roku zabieram się do rozebrania choinki, ale ta, jak zaczarowana, zahibernowana, zmutowana, zmodyfikowana - NIE SYPIE SIĘ. Niepojęte. Tym bardziej, że w zeszłym roku w tym samym miejscu i czasie, w takich samych warunkach ostał się sam suchy badyl.

A może by tak do Haiti wyjechać?