De omnibus dubitandum est. Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.
kaleką matematyką obliczamy swoją wartość (Emily Dickinson)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 24 stycznia 2016
"Ślubno mowa"
Był w jednej wsi taki chłop, co bywoł w Hameryce i myśloł, ze syćkie rozumy zjod. Mioł się za nomądrzejsego cłeka we swojej wsi.
Raz mu się tak zdarzyło, ze przyśli go pytać młodzi, co się brali, na ślub i na wesele. Jako go pytajom, tak on do nik radzi:
- Dobrze! Jo na tyn was ślub przyde, ale po ślubie piyrsy do wos mowe bede trzymoł.
Ślub sie odbył, młodzi ze ślubu wychodzom, a on se postawił stół przed bramom, hipnon na to podwyzsenie i zacon tyn mowe tak:
- Zajaśniałaś panno młodo jak świyca...
Ale nie był ani taki mądry, ani wymowny, tak mu sie mowa w tym miejscu urwała i ni móg dalej rusyć. Tak stęko i kwęko, a myśli se, jako by tu tyn mowe skońcyć. Nic, ino od nowa jom trza zacząć... I chycił na roz drugi:
- Zajaśniałaś, panno młodo, jak świyca...
Urwało sie. Zaś chłop stęko i kwęko, jaze mu wpadła setno myśl do głowy: do trzeciego razu sztuka!
Pewny, ze mu za trzecim razem pódzie, na cały głos zawołoł:
- Zajaśniałaś, panno młodo, jak świyca! - Urwało sie.
Wtórysi z weselników pogniewany takim godaniem odpedzioł:
- No, to jom pocałuj w liktorz!
sobota, 9 sierpnia 2014
odreagowuję
"Stężenie informacji w atmosferze znacząco maleje w miarę oddalania się od stolicy; zresztą wszelkie problemy ludzkie tracą stopniowo na znaczeniu, znika wszystko z wyjątkiem roślinności"
Michel Houellebecq Mapa i terytorium
Dawno mną tak potężnie nie zatrzęsło. Legia, mimo wygranej 6:1 w dwumeczu z Celtikiem, odpadła z Ligi Mistrzów z powodu walkoweru, kary UEFA za błąd administracyjny. Ograni poza boiskiem. Ktoś nie znał przepisów, nie przyznał się, że ich nie zna i spowodował katastrofę. Kilkadziesiąt milionów złotych w plecy, psychika piłkarzy rozkopana w proch i pył, praca norweskiego trenera wyrzucona w błoto. Basen Narodowy to przy tym pikuś. Po co procedury, starania sztabów ludzi, pompowanie kasy, strategie, technologie, wznoszenie się na wyżyny umiejętności, możliwości, pracowitość, poświęcenie. Jeden błąd jednej niekompetentnej osoby i anihilacja. I wycieczka do Kazachstanu na otarcie łez (cha cha cha).
Odreagowuję słuchaniem transmisji ostatniego koncertu festiwalowego w Dusznikach i czytaniem o Marsie. Ma dwa księżyce, Fobos i Deimos, ale żaden nie jest taki uroczy, jak nasz, to w ogóle jakieś nieforemne bryłki materii. Fobos wiruje strasznie szybko, wschodzi i zachodzi dwa razy w ciągu doby marsjańskiej, niemal identycznej jak doba ziemska. Wystarczy mniej więcej osiem miesięcy lotu i człowiek może zacząć żywot Marsjanina. Mars jest w zasadzie wszystkomający, zestaw węgiel + wodór + azot + tlen obecny. Inne pierwiastki też. Pytanie, jak się do nich dobrać, jak z nich tam korzystać. Atmosfera jest, woda też podobno, gdzieś pod. Powierzchniowo Mars jest podobny do Ziemi, choć blisko dwukrotnie mniejszy, to jednak w całości jest lądem. Ma najwyższą w naszym Układzie Słonecznym górę. Olimp (Olympus Mons) ma 21 tysięcy metrów, to musi być widok! Marsjańskie kaniony także przebijają ziemskie, co tam 2 km głębokości Kanionu Kolorado przy 7 km Valles Marineris.
Jutro pełnia Księżyca, naszego, ziemskiego.
czwartek, 6 marca 2014
czwartek, 19 grudnia 2013
umiejętność myślenia na zwolnionych obrotach
Michał Jagiełło "Wołanie w górach", fragment (str. 152, wydanie VI)
"Góry to takie miejsce, gdzie rola psychiki ujawnia się w sposób wyjątkowy. Lęk może wprost zabić człowieka, choćby nawet nie zagrażało mu żadne fizyczne niebezpieczeństwo (na przykład lawina śnieżna czy kamienna, odpadnięcie od skał). W sytuacjach, w których trzeba oszczędnie gospodarować ciepłem zmagazynowanym w organizmie, broniąc się przed chłodem i szczególnie wyniszczającym tu wiatrem, często warunkiem przetrwania jest umiejętność myślenia na zwolnionych obrotach. Jeśli nie chce się stracić zbyt wiele energii, nie powinno się obciążać mózgu, który jest najbardziej zachłanną częścią naszego ciała na tlen i paliwo. Umiejętność zmniejszenia wysiłku psychicznego staje się więc często być albo nie być. Tę swoistą zdolność zdobywa się drogą kolejnych doświadczeń i im mniej jest sytuacji, które nas zaskakują (a więc i wprowadzają w panikę), tym spokojniej przyjmujemy przeciwności natury i losu. Świetnie wysportowani mężczyźni, znający góry tylko pogodne, stają się bezradni wobec nieznanych, groźnych, przerażających sił, gdy tylko otoczy ich mgła, uderzy gdzieś piorun lub rozpęta się zamieć. Wtedy tak łatwo wpaść w panikę i zacząć gorączkowo myśleć, a wyobraźnia podsuwa wszystko co najgorsze i nie ma mowy o racjonalnej gospodarce własnymi zapasami energii, która katastrofalnie szybko potrafi wyparować w nieskoordynowanych ruchach i przede wszystkim w gonitwie myśli."
wtorek, 17 grudnia 2013
o wrażliwości na wysokości
Fragment nowelki "Wycieczka - jak się o niej pisze" (1912 r.)
Pożyczyłam z książki "Wołanie w górach" Michała Jagiełły.
"Szczyt! Widok - odczuwanie. Znałem taterników, co zjadłszy nie odczuwali - ale nie znałem takich, co by nie zjadłszy, odczuwali. To pewnik! Ilości i jakości spożytej strawy nie należy jednak brać za kryterium następującej bezpośrednio potem wrażliwości na piękno przyrody, gdyż rezultaty mogłyby być fałszywe. Obok tej zasady konieczną jest chęć odczuwania, świadomość, że się odczuwa, oraz duma, że się odczuwa lepiej i głębiej od sąsiada. Należy także oznaczyć chwilę, w której odczuwanie ma dojść do maksimum, w chwili tej jest wskazanym wstrzymać na kilka sekund oddech i zamknąć oczy. Kto spełni wszystkie te warunki, dozna wspaniałego uczucia wtopienia się w przyrodę, pełnego pogardy dla ludzi i świata - po czym śmiało może napisać artykuł. Z wszystkich tych warunków spełniłem wówczas tylko jeden - zjadłem - nic też dziwnego, że nic dzisiaj nie pamiętam ze szczytowych chwil."
niedziela, 14 kwietnia 2013
lodospady
Czytam Maka Twighta w dzień i w nocy, po kawałku, po dwa razy i przenoszę się na lodospady, między innymi.
I wiem, co on o tym myśli.
"Widownia, czyli konsument oddający się pasożytniczemu chłonięciu przygód metodą zdalną, może wolno przyczłapać pod ścianę, na której niemniej wolno poruszają się wspinacze, i wyobrażać sobie, że robi to samo".
To cytat z "Całuj albo zabij".
Ale że niby co, mam ruszyć bryłę ciała mego 40 plus i ZACZĄĆ cały ten ambaras z ćwiczeniem i wspinaniem osobistym? A za nic w świecie, to nie dla młodszych staruszek zajęcie. Więc, pozwolicie, że sobie konsumencko oraz pasożytniczo pooglądam, jak męczą się inni, bezstresowo powchłaniam cały urok z załączonych obrazków.
wtorek, 9 kwietnia 2013
Joe Simpson - "Dotknięcie pustki"
Rok 1985, dwóch młodych brytyjskich alpinistów wyrusza w peruwiańskie Andy z zamiarem dokonania pierwszego przejścia zachodnią ścianą Siula Grande. Joe Simpson i Simon Yates spotykają po drodze Richarda Hawkinga, sympatycznego obieżyświata, i zapraszają go na wyprawę. Jego brak umiejętności wyklucza wspinaczkę, ale we trzech raźniej, no i ktoś popilnuje "bazy" w czasie ataku na szczyt.
Wstępne plany dojścia na górę w dwa dni i zejścia w tym samym tempie biorą w łeb. Szczyt Siula Grande, 6356 m n.p.m. pierwszy raz zdobyty w 1936 roku, ale łatwiejszą drogą, udaje się poskromić dopiero czwartego dnia wspinaczki, po trzech biwakach w śnieżnych jamach, jedynie w śpiworach. Co prawda jest czerwiec, ale pod stopami lodospad, w nocy srogi mróz, a popołudniami śnieżne zadymki. Jedzenie, picie i paliwo kończą się zbyt szybko. Znowu trzeba spędzić noc w śniegu, niemal tuż pod szczytem. Młode zahartowane organizmy dopada w końcu wycieńczenie, odwodnienie, końcówki palców odmrażają się. Zniechęcenie odbiera radość ze spełnionego marzenia. Teren nieludzki, niemal pionowe ściany, rynny, wodny lód, miałki śnieg, coraz to opadające z grani śnieżne piguły, ani w dół się nie da opuścić, ani w bok nie ma za bardzo jak się przemieścić. Trzeba nieźle kombinować, czasu coraz mniej, wieczorami mroźny wiatr i śnieg, nerwy puszczają. Trzeba iść granią, ba, ale tam śnieżne nawisy, te trzeba obchodzić pod spodem lub ryzykować, że każdy kolejny krok może być ostatni. Niby Joe i Simon asekurują się wzajemnie, ale kiedy jeden spadnie, najprawdopodobniej pociągnie tego drugiego. Idą na krawędzi w każdym możliwym znaczeniu tego słowa.
Przy kolejnym schodzeniu Joe obsuwa się i spada łamiąc nogę w kolanie. Obaj wiedzą, że na tej wysokości to wyrok. Niemal bez słów zabierają się do opuszczania, Simon zapiera się na niestabilnym gruncie i wypuszcza Joe w dół na powiązanych linach. Ten zsuwa się na zdrowej nodze, na rakach i na czekanie. Niemal u samego podnóża ściany, kiedy nieśmiało zaczynają wierzyć, że im się udało, Joe osuwa się pod nawis odpadając od ściany, całym ciężarem zawisa na linie, całkowicie bezradny. Simon nie może go tak długo utrzymać, albo spadną obaj, albo... Odcina linę.
Jest noc, Joe cały i zdrowy ląduje na mikropółce w szczelinie, przypina się do ściany ostatnią śrubą i czeka na świt. Simon, przekonany, że jego partner nie przeżył upadku nocuje na ścianie, rano schodzi nad szczelinę, zagląda, nawołuje i odchodzi na zawsze.
Joe postanawia przeżyć,
wydostaje się jakimś cudem ze szczeliny i przez trzy dni w największym męczarniach, bez wody, z pogruchotanym kolanem przemieszcza w stronę bazy licząc, że koledzy jeszcze nie zwinęli namiotów. Mija kolejne lodowe szczeliny, potem już tylko głazy, kamienie, żwir.
Wszystko dobrze się kończy, Joe przechodzi sześć operacji kolana i jedynie z artretyzmem nadal się wspina. Oczyścić psychikę jest o wiele trudniej. Simpson pisze książkę, powstaje także filmowy fabularyzowany dokument, obrazy nadziei na wyjście z sytuacji bez wyjścia, nie tylko dla wspinaczy.
Historia jest dosyć znana, czy warto więc ją czytać? Warto. Simpson bardzo dokładnie opisuje niemal każdy swój ruch, gest, moment, myśl, zmagania wewnętrzne, jakieś nakazy które słyszał w głowie, a dzięki którym narzucił sobie dyscyplinę i przetrwał.
Dodatkowo spisał studium "człowieka, który odciął linę" i musiał z tym dalej żyć, zadręczając się, czy aby nie mógł postąpić inaczej. Simon, miał zaledwie 22 lata i sytuacja go przerosła.
Do książki dołączone są zdjęcia robione przez chłopaków podczas wyprawy, coś absolutnie pięknego!
Joe Simpson
Dotknięcie pustki
(Touching the Void)
rok wydania: 1988
wydanie polskie: 1992
(Touching the Void)
rok wydania: 1988
wydanie polskie: 1992
środa, 3 kwietnia 2013
cudowne ocalenie BW
W książce "Wszystko za Everest" Krakauer opisał między innymi przedziwną historię Becka Weathersa, współtowarzysza ze swojej wyprawy. Poruszyła mnie tym bardziej, że mamy takie same inicjały.
Weathers podczas wejścia na Everest miał problemy z oczami (skutek zabiegu korygującego wadę wzroku), w pewnym momencie, dość blisko szczytu góry, prawie całkowicie przestał widzieć. Kierownik jego wyprawy, Rob Hall, nakazał mu bezwzględnie czekać na siebie, nie ruszać się nigdzie, a biedak niestety, posłuchał, sterczał w miejscu i zamarzał. Rob wchodził na szczyt z pozostałymi uczestnikami wyprawy. Kilka osób schodząc proponowało Beckowi pomoc, między innymi sam Krakauer, ale ten wiernie czekał na "szefa", jak obiecał. W końcu jednak zaczął schodzić z grupą kilku osób, zrobiło się późno, dramatycznie pogorszyła się widoczność, wiało, mroziło. Beck, dodatkowo osłabiony czekaniem przez kilka godzin w bezruchu, niemal całkiem niewidzący, podczas nocy w burzy w strefie śmierci ucierpiał do tego stopnia, że kiedy przyszła rano pomoc, został uznany za konającego i pozostawiony na pastwę losu, choć jeszcze oddychał. Z gołą ręką (zgubił rękawiczkę), w bezruchu, przy minus 30 czy minus 40, leżał przez kolejne godziny w śpiączce, zaledwie dwadzieścia minut od obozu pełnego ludzi, w większości wyczerpanych skrajnie po wspinaczce i długotrwałym pobycie na wysokości powyżej 7600 m, ale jednak funkcjonujących. Nie wiadomo jak, ale ocknął się, wybudził ze śpiączki, wstał i samodzielnie ruszył instynktownie w stronę obozu, choć nadal nie widział i równie dobrze mógł ruszyć ku przepaści. Szedł półtorej godziny. W obozie nikt nie chciał uwierzyć, że Weathers ma jeszcze szanse na przeżycie, jednak został obłożony butelkami z gorącą wodą, okryty śpiworem i zapakowany do namiotu. Kolejną noc spędził sam, bezradny, nie mogący się ruszyć, burza położyła namiot, zwiała śpiwór, ręka puchła, pasek od zegarka wrzynał się w ciało. Beck wzywał pomocy ale wichury nie przekrzyczał. Rano Krakauer przed zejściem do bazy wpadł jeszcze pożegnać zwłoki kolegi a zastał rozżalonego, krzyczącego jeszcze żywego człowieka z czarną od odmrożeń opuchniętą twarzą. Wezwał przybyłych z dołu ratowników (nota bene także wspinaczy, którzy porzucili własne ambicje by pomóc potrzebującym) i ci nareszcie zaopiekowali się chorym, okryli go, napoili, zaaplikowali lekarstwa, sprowadzili niżej. Ponieważ Beck Weathers nadal uparcie nie umierał, co więcej, schodził o własnych siłach a jedynie w asyście, postanowiono wezwać helikopter. Chorych do zwiezienia było dwóch, ten drugi nie mógł samodzielnie poruszać się. Helikopter nie miał za bardzo gdzie wylądować, pilot wykazał się sprytem i posadził jakoś maszynę na lodowcu, ale niestabilnie. Mógł zabrać jedną osobę. Zabrał chorego, który nie mógł się poruszać. Beck znów został wystawiony. Ale pilot wrócił, ryzykując życie jeszcze raz wylądował i zabrał Weathersa do szpitala. Po licznych amputacjach, okaleczony ale zdrowy i jako tako cały wrócił do domu.
wtorek, 2 kwietnia 2013
Jon Krakauer - "Wszystko za Everest"
Jon Krakauer, amerykański pisarz i dziennikarz a przy okazji alpinista, od dziecka marzył o zdobyciu Everestu. Kiedy w 1996 roku dostał taką szansę, nie zastanawiał się zbyt długo, choć wcześniej wspinał się "jedynie" w Stanach, na Alasce i w Andach. Zdobył między innymi nieprzyjazne Cerro Torre, szczyt znany między innymi z filmu Herzoga Krzyk kamienia. Początkowo miał za zadanie obserwować i notować, a po powrocie opublikować artykuł w gazecie, która zapłaciła za jego udział w wyprawie komercyjnej. Nie musiał wchodzić na szczyt.
Ale wszedł. I nie zmieścił się w artykule, powstała książka.
Czomolungma czy też Sagarmatha, zwana też na początku Peakiem XV, trochę jak w Pikniku pod Wiszącą Skałą Petera Weira (film, książka Lindsay Joan), woła, przyzywa, rzuca urok, pozbawia argumentów na "nie", będąc u jej stóp trudno odmówić. Mount Everest ma trzy dojścia do szczytu. Najpopularniejsze prowadzi granią południowo-wschodnią, od strony południowej. Sam szczyt jest nepalsko-tybetański. Przy okazji ciekawostka - różnica czasu między Nepalem a, no tak, Chinami, to 2 godziny i 15 minut.
Drogę wejścia na Everest, dzięki Krakauerowi, dane mi było przebyć wraz z jego opisem, tak sugestywnym, że wyobraźnia przerzucała mnie w Himalaje raz za razem, kiedy tylko brałam książkę do ręki, dosłownie po kilku chwilach. Ułatwiły zdjęcia i dołączona mapka. Było tym przyjemniej, że nic mi nie groziło, ani odmrożenia, ani szczeliny, nie mówiąc o negatywnych skutkach przebywania w strefie śmierci.
Skończyło się wczuwanie, kiedy Jon trafił, podczas samotnych wyjść aklimatyzacyjnych, na pierwsze ciała zmarłych na szczycie. Nie chciałam wiedzieć, jak to jest. Ale się dowiedziałam, a także o wiele gorszych rzeczy. Na szczyt 10 maja 1996 roku próbowało wejść około 60 osób, do ataku szczytowego w końcu przystąpiła około połowa wspinaczy z kilku różnych wypraw. Góra wzięła sobie zapłatę za wejście, kilka żyć, w tym dwóch kierowników wypraw komercyjnych, ich przewodnika i dwóch klientów. Nie byłabym w stanie opisać tej historii nie pisząc swojej własnej książki o książce Krakauera, więc daruję sobie i Wam. Tak wiele emocji, wrażeń, przemyśleń, wyobrażeń, domysłów, przypuszczeń zostało aktywowanych, że układam je sobie powoli, ale w sobie.
Zapewniam, warto sięgnąć, przeczytać, przenieść się do bazy pod Everestem, do kolejnych czterech obozów, przez Przełącz Południową dostać się na Balkon, dalej do Wierzchołka Południowego, wspiąć się po Uskoku Hillary'ego aż do najwyższego miejsca na kuli ziemskiej. Warto, choć większość refleksji dotyczy spraw trudnych. Po zdobyciu Everestu 10 maja 1996 z góry nie zeszli Rob Hall, Scott Fischer, Andy Harris, Doug Hansen i Yasuko Namba.
zdjęcia
pochodzą
z książki "Wszystko za Everest"
Wszystko za Everest
(Into Thin Air)
rok wydania: 1997
wydanie polskie: 1998
(Into Thin Air)
rok wydania: 1997
wydanie polskie: 1998
środa, 13 marca 2013
"Góry rosną niepostrzeżenie"
Góry - rosną niepostrzeżenie -
Ich Fiolet wznosi się w Lazur
Bez Planów - Prób - Znużenia -
Pomocy - lub Aplauzu -
W Ich Wieczne Twarze - Słońce
Z lubością zagląda - szukając
Ostatnim - długo się złocącym
Spojrzeniem - towarzystwa - na noc
*******
The Mountains - grow unnoticed -
Their Purple figures rise
Without attempt - Exhaustion -
Assistance - or Applause -
In Their Eternal Faces
The Sun - with just delight
Looks long - and last - and golden -
For fellowship - at night -
Their Purple figures rise
Without attempt - Exhaustion -
Assistance - or Applause -
In Their Eternal Faces
The Sun - with just delight
Looks long - and last - and golden -
For fellowship - at night -
Emily Dickinson
wtorek, 12 marca 2013
pustka przeplatana
"Jak woda świat przez ciebie przepływa
i na jakiś czas użycza ci swoich kolorów.
Potem się cofa i znów cię zostawia samego
z tą pustką, którą nosisz w sobie."
Napisał Mariusz Wilk, nie, nie w Wołoce ;) ale w Domu nad Oniego, cytując Nicolasa Bouviera.
Dzisiaj znowu słuchamy. Smutna pieśń Mieczysława Karłowicza do słów Kazimierza Przerwy-Tetmajera. (op.1/6)
Ostrzeżenie: tylko dla słuchaczy o silnej psychice, nie chcę, by ktoś przeze mnie wpadł w otchłanie rozpaczy. Generalnie nie trawię organicznie pieśni wszelkich, no nie i już, ale ta należy do nielicznych wyjątków. Najważniejsze, że nie działa na mnie ani trochę negatywnie, wręcz przeciwnie. Jeśli i na Was podziała na plus, bardzo mnie to ucieszy.
Któren to Karłowicz zginął w wieku 32 lat pod lawiną w Tatrach
uprzednio popularyzując wspinaczki górskie, fotografując góry i komponując.
Jeszcze jeden akcent, bardziej górski i tekstowy niż muzyczny, ale nie będę się czepiała, w sumie dobra robota, niech tam.
Lady Pank - Wspinaczka
poniedziałek, 11 marca 2013
"czerwona książeczka"
Dowiedziałam się z niej, na przykład, o istnieniu KKH, Karakoram Highway, najwyżej na świecie położonej drogi o utwardzonej nawierzchni.
I o istnieniu mostu wiszącego nad rzeką Hunza.
I o wielu innych tajemnicach najbliższego otoczenia najbardziej majestatycznych gór świata.
Książeczka zdjęta z półki i znowu pod ręką.
niedziela, 10 marca 2013
sobota, 9 marca 2013
gdzieś na szczycie góry
Weszło czterech, pierwsze zimowe poskromienie nieprzystępnego ośmiotysięcznika. Radocha dzika, udało się, potwierdzili wielkość i nieprzeciętne możliwości naszych polskich wpinaczy. I dezorientacja następnego dnia, cieszyć się czy denerwować. Ale zeszło tylko dwóch.
Tomek to kuzyn i przyjaciel mojego kolegi, więc wiedziałam o wyprawie od lutego i trzymałam kciuki za powodzenie jeszcze bardziej, tym bardziej, szczególnie mocno mocno. Potem już tylko wierzyłam, nawet w Yeti. Dostałam kopa i aż się boję dokąd po nim dolecę.
Kiedy miałam czternaście lat, braciszek przyniósł mi książkę "Lhotse - czwarta góra ziemi". I jestem w tej dziedzinie "wierząca" niepraktykująca od dziecka. Całym sercem i duszą przebywam na wysokościach, wraz z bohaterami książek, filmów fabularnych i dokumentalnych i oczywiście podczas takich wypraw w realu jak ta ostatnia w Karakorum.
Tomek i Maciej
piątek, 8 marca 2013
2301 m n.p.m.
Dziecięciem będąc pojechałam z rodzicami w Tatry. Rejestrowałam niewielką przestrzeń wokół siebie. Pewnie to były Kalatówki, bawiłam się w najlepsze ale jednego razu podniosłam głowę i zobaczyłam Wielką Górę. Miałam pewnie ze trzy latka, ale górę pamiętam wyraźnie.
Kiedy w 1980 roku Polacy dokonali pierwszego zimowego wejścia na ośmiotysięcznik i to od razu na najwyższą górę świata, wymalowałam na plastyce plakat (temat dowolny). Pamiętam jak pracowicie wykreskowywałam napisy Leszek Cichy i Moun Everest i Czomolungma, i te napisy układały się w wielkie góry. Wszystko z prostych kresek. Plakat długo wisiał na szkolnej wystawie w korytarzu.
Potem jeździłam do rodziny w Góry Sowie, zdobyłam Wielką Sowę (1015 m n.p.m.), rozpoczęłam nawet zdobywanie Górskiej Odznaki Turystycznej, miałam książeczkę, zbierałam w niej z dumą pieczątki. A potem długo długo nic, i dopiero po maturze, z ludźmi z roku wybraliśmy się w Tatry, chyba w październiku. Ja z kondycją zdobytą na szkolnych lekcjach wuefu (cha cha cha) i góry wysokie. No dobrze, codziennie rano na szlak, grupką, wszyscy razem. Umęczyłam się straszliwie, nie mogłam za nimi nadążyć. I tak przez trzy dzionki. Kolejnego dnia grupa poszła beze mnie. Pomarudziłam trochę i wyszłam, udając się w stronę gór, z Zakopanego. I tak sobie szłam przed siebie, doszłam do Kuźnic, jakoś tak znalazłam się w schronisku na Hali Kondratowej. Spotkałam w nim dwóch chłopaków, z którymi zderzyłam się w drzwiach do Murowańca dzień wcześniej. Szli na Giewont, no to poszłam z nimi. Po wspięciu się na Rycerza Śpiącego szkoda nam było wracać, pogoda jest, dzień trwa choć już stanowczo nie poranek. Poszliśmy w stronę granicy na Kopę Kondracką (2005 m n.p.m.), wiało, ja chuchro, powkładałam sobie kamienie do kieszeni kurtki. Odziana byłam prawidłowo, buty też miałam idealne. A potem podreptaliśmy granią wzdłuż granicy na Kasprowy Wierch. Po drodze dołączył do nas jeszcze jeden chłopaczek, jakoś tak poprzyciągaliśmy się jak drobiny rtęci. I zgraną paczką powędrowaliśmy dalej, na Świnicę (2301 m n.p.m.). Było już późne popołudnie, turyści schodzili raczej niż wchodzili. Ale być tak blisko i nie wejść? Przy takiej niespodziewanej dyspozycji organizmu? Łatwo nie było, powiem nawet, że resztką sił, o zejściu tuż pod samym szczytem się po prostu nie myśli. Człowiek jest w transie, staje się jednym wielkim pragnieniem pokonania góry, poskromienia jej, pokonania siebie. Na taka małą skalę, bo tylko na dwóch tysiącach metrów, ale bez przygotowania i doświadczenia. Mogę powiedzieć, że wtedy wzniosłam się na wyżyny w każdym znaczeniu. Chłopaki mieli aparat, porobiliśmy zdjęcia, jest dowód :) Widoczności już nie było, ale nie chciało się schodzić, przyjemnie mieć świadomość jak wysoko się siedzi. Ale jak mus to mus, nikt nas nie zniesie. Dowlokłam się do Kasprowego, towarzysze chyba byli w ciut lepszej kondycji. Nie było już mowy o dalszym schodzeniu, i ciemno się robiło i zmęczenie zbyt duże. Udało nam się załapać na ostatni zjazd kolejką, już taki zwożący na dół pracowników.
Byłam potem parę razy w górach, jakieś Morskie Oko, znowu Giewont, na Słowacji wjechałam kolejką na Chopok (jednak nie weszłam na sam szczyt, zimno i gęsta mgła), wędrowałam, ale to już z synem wokół Śnieżnych Kotłów w Karkonoszach, byliśmy też w Beskidach i malutkich Górach Świętokrzyskich. Ale ta Świnica, póki co, to najbardziejsza górska frajda jaką PRZEŻYŁAM.
czwartek, 16 grudnia 2010
piątek, 24 sierpnia 2007
W Drodze
Ale się ostatnio porobiło, tak zupełnie samo.
Zaczęło się od tego, że jakoś kiepski humor razu pewnego miałam, w pracy siedziałam, telefon zadzwonił i okazało się, że mam jechać do Gdańska. No i humor lepszy od razu się zrobił. Potem wyszło, że nie Gdańsk a Poznań. Trudno się mówi i jedzie się do Poznania.
Ukasz na szczęście pojechał na Mazury, potem w Tatry, pozaliczał kilka dwutysięczników, między innymi Czerwone Wierchy i Granaty i mam nadzieję, że pokochał moje wieczne i od zawsze i na zawsze ukochane GÓRY....
Poznań okazał się być całkiem przyjaźnie do mnie nastawiony po kilkunastu latach od porzucenia go, co przejawiało się zarówno w postawie ludzi, jak i jawieniu się "przedmiotów" wszelkich dużych i małych, takich jak budynki, ulice, skrzynki na listy czy tramwaje. Po prostu było mi tam dobrze, co mnie właściwie zdziwiło. Pod koniec pierwszego tygodnia okazało się, że pobędę tam dłużej nieco, co już z zadowoleniem przyjęłam. Po drugim tygodniu okazało się, że zostałam oddelegowana na urlop :) No i dobrze, bo tak sama z siebie do Bożego Narodzenia pewnie nie wpadłabym na to, żeby wziąć wolne dni w ilości dłuższej niż jeden dzień....
Sytuacja ułożyła się idealnie, bo akurat wtedy "Dużuś" zaczął wymiękać z lekka na tych dwutysięcznikach, nie kondycyjnie, ale trochę miał za dużo na jeden raz, i musiałam po niego pojechać. I znów się tak złożyło, że wtedy akurat rodzina jechała autem, z Poznania, dokładnie tam, gdzie mój Dużuś. Okazało się, że to Słowacja. Gór nie widziałam, bo jechaliśmy nocą. Gdzie jestem, zobaczyłam dopiero rano, ale to też nie dokładnie, bo wszystko tonęło w oparach mgieł..... Wtedy to właśnie postanowiliśmy zwiedzić jaskinię, ale Słowacy w poniedziałki nie chcą zarabiać na turystach, nie wiedzieć czemu. Moje nadzieje na pobuszowanie po podziemnych zakamarkach musiałam złożyć w kosteczkę i schować do kieszonki, niczym chusteczkę do nosa.... Zamiast w jaskini wylądowaliśmy na kolejce na słowacki dwutysięcznik Chopok.
Pierwszy raz, nie licząc Kasprowego, jechałam takim dziwnym ustrojstwem aż tak wysoko... Nawet nie pamiętam czy się bałam, tak było zimno.... Na samej górze okazało się, że jesteśmy dopiero na wysokości 1800 z groszami i do szczytu jeszcze troszkę trzeba po kamionkach w górę popomykać, we mgle, zimno i wietrznie. A ludzie w sandałkach i krótkich spodenkach, zdarzały się, jak zwykle, panie w klapeczkach i małe dziewczynki w letnich sukieneczkach z gołymi nóżkami...... Jakieś pół godziny pieszkom w górę to już było za dużo dla nieprzygotowanych. W czasie odwrotu myśleliśmy o kubku gorącej czekolady...
Następnym pomysłem było wykąpanie się w ciepłym basenie, wybór padł na kompleks w Besenowej. Najfajniejsze były tam sauny, jedna za drugą, każda inna, była tez tradycyjna sauna FIŃSKA. Nie przypuszczałam, że można tyle czasu przesiedzieć w saunie, łącznie chyba z godzinę spędziłam w kabinach, oczywiście przeplatając wejścia chłodnym prysznicem i wypijając litry wód źródlanych bezpośrednio lecących z kraników w ścianach. Następnego dnia byłam już w Zakopanem, przez kilka godzin zaledwie, a wieczorkiem w domeczku, jak dobrze :))) Jak to miło po takiej włóczędze przespać wreszcie noc we własnym łóżku.
Dużuś wybył znowu, tym razem do Dziadka, ja jeszcze raz do Poznania. W końcu trzeba było się z Poznaniem pożegnać, co w miłym nastroju oraz uroczym towarzystwie czyniłam do 4 rano.... Ale to już poza mną, impreza odespana, moja osoba do dom wróciła. Ale że ruch i przemieszczanie wchodzi w krew, to dziś znów wyjeżdżam, i za tydzień też, i za dwa też..... Jeden z tych wyjazdów ma być w kasku motocyklowym, o ile pogoda pozwoli. Mam nadzieję, że będę się dobrze bawiła, czego i Wam Wszystkim Czytającym życzę:))
zdjęcie by xbw
niedziela, 19 sierpnia 2007
Maratonka
I znowu mnie z domu na noc poniosło, do kina, na filmy, trzy filmy. Dwie mocne kawy i jakoś to było. Stanowczo jednak preferuję oglądanie filmów pojedynczo, na nośniku z replayem :) Na przykład nadzwyczaj chętnie obejrzałabym sobie jeszcze raz Adriena Brody i posłuchała w spokoju po raz drugi dialogów z Hollywoodlandu, który tak do końca jasny dla mnie nie był, zwłaszcza że nie rozpoczęłam jeszcze kofeinowego wspomagania i kilku linijek nie doczytałam spod przymykających się ciągle powiek i z powodu koniecznie chcącego się zdrzemnąć ośrodka czuwania w mózgu. Kto kazał się biednemu Adrienowi ubierać w te koszmarne ciuchy, ło matko! Ale cóż, film oparty na faktach, zapewne nie dało rady inaczej.
Mulholland Drive wystarczyło obejrzeć raz, z górką, jako że wiedziałam dobrze, że klasycznego zakończenia się u Lyncha nie doczekam :) Mistrzowsko dopracowany klimat, napięcie rosło, dobra muzyka - Angelo Badalamenti, było wszystko, co powinien mieć dobry film.
Czarna Dalia - dość ciekawy, najlepszy z cyklu, Brian De Palma ciągle w formie. Najbardziej zapadająca w pamięć rola ciotki Harrego Pottera, niejakiej Petunii, czyli Fiony Shaw, irlandzkiej doskonałej aktorki, jej nadzwyczaj ekspresyjna rola - no zatkało mnie po prostu.
Wszystkie filmy były w fajny sposób spójne tematycznie, w każdym z nich np. była mowa o Ricie Hayworth.
Z rozpędu filmowego przypomniałam dziś sobie Bezimienną królową (La Reina Anonima) Gonzalo Suareza, dziwnym trafem dziś sporo fajnych filmów w TV. A te hiszpańskie, nie wiem czemu, mają w sobie to coś niepowtarzalnego, wspólnego tylko produkcjom hiszpańskim, taką podskórną iskierkę, specyficzny komizm występujący równolegle z dramatem. Np. zostaje zastrzelony policjant żujący gumę, po upadku, najwyraźniej już nieżywy, nadal żuje gumę, jeszcze przez jakąś chwilę. Widz przeżywa konsternację, co odczuwać, smutek, żal, przecież człowiek nie żyje, morderstwo, zbrodnia, a tu samo się chichocze, mimowolnie... O co najwyraźniej twórcom chodziło.
Jeśli ktoś ma dziś ochotę na dobry film w TV, to mogę śmiało polecić - Billy Elliot o 20.35, Szklane serce Herzoga - 1 w nocy lub Raising Arizona Braci Coen z Nicolasem Cagem o 1.05.
Kończąc temat pochwalę się dzisiejszą zdobyczą, mianowicie upolowałam na zawsze jeden z najlepszych filmów w moim prywatnym rankingu - Himalaya. Właśnie wróciłam z gór polskich najwyższych i coś mnie już tęsknota ogarnia, coby znowu sobie móc choć trochę popatrzeć, choćby tylko na ekranie, Alpy, Himalaje, Tatry czy insza inszość, byleby GÓRY...
zdjęcie by xbw
Subskrybuj:
Posty (Atom)



