.

De omnibus dubitandum est. Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.

kaleką matematyką obliczamy swoją wartość (Emily Dickinson)

sobota, 30 maja 2015

"swego nie znacie"


TV Polonia nadała dzisiaj dokument o polskim naukowcu Janie Czochralskim, światowej sławy samouku z nadanym tytułem: doctor honoris causa. Oprócz tego, że wynalazł jedenastoskładnikowy proszek na katar, był chemikiem, metalurgiem i metaloznawcą. W Wikipedii napisano: wynalazca powszechnie stosowanej do dzisiaj metody otrzymywania monokryształów krzemu, nazwanej później metodą Czochralskiego, podstawy procesu produkcji mikroprocesorów. Najczęściej cytowany polski uczony we współczesnym świecie techniki.

Urodził się w 1885 roku na ziemiach jeszcze pod zaborem pruskim, żył i pracował w Niemczech, ożenił z Niemką, ale wojnę i okres powojenny spędził już znowu w Polsce. W czasach powojennych nękany za rzekomą kolaborację, nie był dopuszczony do działalności naukowej ani uniwersyteckiej. Po kolejnych odwiedzinach panów z ówczesnych służb przeniósł się na tamten świat i został pochowany bezimiennie, a był rok 1953. Wiele lat później w IPN zostały odnalezione dokumenty potwierdzające jego współpracę z AK i zostało oficjalnie oczyszczony z wszelkich podejrzeń.


W filmie nazwisko naukowca stawiane jest w szeregu z Kopernikiem i Skłodowską-Curie. Jego pomysły i wynalazki przyczyniły się między innymi do zwiększenia prędkości pociągów i do lotów w kosmos. W Polsce wielka cisza, nikt nie słyszał, nie zna, nie wie. Bardzo pięknie dziękuję twórcom za ten dokument.

Powrót Chemika
Polska 2014
dokumentalny
Reżyseria: Anna Laszczka
Scenariusz: Anna Laszczka

"Kung Fury"



Dziwne, obejrzałam wcześniej niż mój syn, nareszcie. Zazwyczaj filmy (hity kinowe to trafniejsze określenie) typu Iron Man, Thor itp. oglądam z wielomiesięcznym poślizgiem, ale tym razem trzymałam rękę na pulsie, dzięki rozlicznym znajomym. Niby pół godzinki, a nie sposób obejrzeć bez wielokrotnego cofania. Płonący dziecięcy wózek, akt przemocy transformersa na białym kudłatym uroczym małym piesku, rozpłatanie gliniarza (i ten język...), klimatyczne mieszkanko na dachu (muzyczka!), czerwone niezasznurowane trampki, scena w kosmosie, E=mc3, reklama telefonu, a potem to już prawie każda scena, nie ma sensu wyliczać, to po prostu trzeba zobaczyć. Reakcja nie zależy od wieku. Zależy od poczucia humoru i stopnia umiłowania filmowej fikcji na przestrzeni lat. W Kung Fury są tak liczne odniesienia i skojarzenia, że z pewnością nie da się wyłapać wszystkich, trzeba by wespół w zespół sporządzić ogólnoświatową listę ;) My name is K...obra. Uśmiałam się i mam chrypkę. Sceny masakrowania tak mocno przerysowane, że nie można ich zaliczyć do okrutnych.

A na portalu filmowym info: W tej chwili nigdzie nie można obejrzeć tego filmu. A można obejrzeć go WSZĘDZIE. Czekam niecierpliwie na możliwość powtórki w polskiej wersji językowej.

Kung Fury
Szwecja 2015
Reżyseria: David F. Sandberg
Scenariusz: David F. Sandberg

niedziela, 10 maja 2015

"Magic Men"



Zadzwonił kolega, że jakieś filmy w Muranowie i może też pójdę. Akurat czytałam książkę, w trybie pilnym, muszę oddać i byłam już trochę znudzona, bo nie lubię, kiedy muszę. Chętnie umyłam zęby, wskoczyłam w ciuchy i pognałam w te pędy do kina. Wchodząc na salę, nie znałam tytułu, wiedziałam, że coś o ojcu i synu, jadą gdzieś odszukać jakiegoś staruszka i w tle Izrael i Grecja. Poderwało mnie z fotela już przy napisach początkowych: Zohar Strauss! W myślach wyjęłam notesik i naskrobałam w ciemnościach: "ozłocić kumpla za cynk o seansie".

Zaczyna się. Trochę zgryźliwy żydowski tetryk pochodzenia greckiego zostaje oddelegowany do Grecji z racji swoich korzeni, w ramach partnerstwa miast. Jako opiekun starszego pana wyrusza od lat z nim skłócony syn rabin, Zohar Strauss właśnie. Do twarzy mu w kapeluszu. Podobnie jak w mundurze, w czerwieni i we wszystkim innym, ten typ tak ma. Właściwie to nie syn jest skłócony z ojcem, a ojciec z synem. Wiekowy ateista nie może pogodzić się, że najbliższym przyjacielem jedynego syna jest wyimaginowana postać (chodzi o Boga), że syna dmucha w tubę i daje koncerty jako raper. W Grecji dochodzi do wielu zabawnych i zupełnie nieoczekiwanych sytuacji, głównie za sprawą nieprzewidywalności starszego pana. Bezpośredni humor, filtry jakich użyto do produkcji, krajobrazy nadmorskie, nadają produkcji lekkość i światłość. Reakcja raczej generalna: uśmiech, lekkość, odprężenie. Film jak dobry masaż. Pojawia się młoda kobieta, parę sytuacji przypadkowych, które zapewne nie są przypadkowe, jako że spisane ponad naszymi głowami, dzieje się, co ma się stać. Zakończenie jest piękne, sceny z Zoharem Straussem rewelacyjne. Tytułowa magia tylko pozornie ma związek ze "sztuczkami magicznymi".

Wracam do lektury "obowiązkowej" polecając "Magic Men" waszej uwadze.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Chopin i reszta


Natenczas eliminacje do Konkursu Chopinowskiego nastały, od dziś przez 11 dni, non stop niemal, na żywo, można słuchać i oglądać na YT. Wystarczy kliknąć w niebieski pasek z Chopinem u góry ;) Konkurs Międzynarodowy dopiero 1 października, ale jego uczestnicy właśnie teraz przecierani przez sito. Miałam podjęte zobowiązania dziś na cały dzień, jednak nie mogłam ich wykonać z pakietem zafundowanym mi przez gardło & Co. Musiałam odwołać, zła na cały świat i z fochem. Ale jak tu wypiąć się na własne gardło? Teraz już głaskam, chucham, dmucham (niezwykle trudne technicznie w realizacji ;) Rozpieszczam i wygrzewam, byle szybko wyzdrowiało i pozwoliło żyć. Ale za to mogę SŁUCHAĆ :)



*******



Usłyszałam o książce niedawno i zastanawiam się skąd zdobyć, chciałabym przeczytać. Znalazłam początek w Sieci, umieszczony na zachętę, ciekawa wydaje się strona 43. Czy ktoś czytał całość i może podzielić się wrażeniami? Tytuł jednego z podrozdziałów "Blokady pojęciowe". 


"Ani świadomość, ani umysł, ani też ciało witalne nie są zaklasyfikowane jako twory niefizyczne. Należy rozwiązać problem dwoistości, ale kto powiedział, że nie da się go w żaden sposób obejść i że to przeszkoda nie do pokonania?"

Amit Goswami "Lekarz kwantowy"

*******

Rozwiązanie ostatniej zagadki. Okazało się, że ja także nie znam pełnej prawidłowej odpowiedzi (dzięki, Nitagerze!)...



*******

A skąd jest ten wierszyk?

"Ooo Mamba, Mamba, Mamba!
Ikakindra Kolomamba!
Jaki to ma brzuch pękaty,
jaki to ma grzbiet łuszczaty,
jakie łapy ma palczaste,
jakie ślepia wyłupiaste –
wzrok na pewno mnie nie myli:
najwstrętniejszy z krokodyli!"


********

Günter Grass

16 października 1927 - 13 kwietnia 2015



piątek, 10 kwietnia 2015

litości zmiłowania ;)


Litości zmiłowania dla mojego obolałego gardła upraszam, miłość odpuszczam ;) Zachciało się xbw spontanicznie nocnego niespania na świeżym warszawskim powietrzu, do szóstej rano, z gołą głową, bez stosownego "ocieplenia", a z nieba śnieg z deszczem. W życiu tak nie zmarzłam, ale i tak było warto. Tylko teraz rolka papierowa na metry, opatulone partie szyjne i głos stanowczo nie mój. Ale czytelnictwo wzrosło! Mrożek na co dzień po kawałku, muszę tylko egzemplarz biblioteczny wymienić, bo ten, którego teraz kolej nawet nie jak psu z gardła wyjęty, tylko z, no, innego końca psa. Brzydzę się przewracać kolejne strony. Lubię czytać Gretkowską. Nareszcie dotarłam do pierwowzoru dawno oglądanego teatru telewizji na podstawie jej opowiadanka "Sandra K", doskonałe. No i dobrałam się wreszcie do Miłoszewskiego, pan całkiem sensownie pisze, z malutkimi zastrzeżeniami. Pod przymusem (musiałam oddać pożyczoną) przeczytałam wreszcie zakazaną przez sąd opowieść o filmowym i medialnym ubarwieniu i udramatyzowaniu rzeczywistości Sekretne życie motyli. Książka dająca do myślenia, niewątpliwie, bardzo aktualna, niestety.


Dziś gardło obudziło mnie już koło czwartej rano, hurra, nie musiałam nastawiać budzika na krótkometrażówki. Nie, jeszcze mi nie przeszło oglądanie wszelkich shortów, a tych najwięcej w nocy (Kino Polska i Ale Kino). Obejrzałam wspomnienia o Smoleńsku, krótkometrażówkę, wiadomości, dokument o misiach polarnych i pogadałam z tym szwankującym organem w szyi czy się jeszcze zdrzemnie, czy wystarczy mu wygrzewanie się na stojąco, zezwolił na pion. Chwilę trwało zmaganie się ze wspomnieniem sprzed pięciu lat, znów pojawiła się urocza muzyka Steely Dan, puzzle i te chwile dezorientacji, kiedy zaczęli w telewizorze czytać nazwiska, 96 nazwisk. Jedno z nich było nazwiskiem mojej dawnej klientki. Te mgły wspomnień rozwiały się równie szybko, jak tamte nad lotniskiem. Skąd się w ludziach bierze to absolutne przeświadczenie o tym, że nam nic nie może się stać, jakiś cholerny efekt Titanica. Przecież każdy odruch, każdy instynkt, nakazuje każdej istocie myślącej jeden prosty wniosek: nie widać podłoża - nie lądować. Wielka kropka. Wszystko, co po niej, jest drugorzędne.

***

Organ który nie przestrzega przykazania "nie chorować" czasem mocniej miesza i ręce nie bardzo dają radę książkę utrzymać, wtedy uświadamiam się inaczej. Zauważyłam, że koło fo-sko-fo-sko-fo-sko zatrzymało się na dłużej na przegródce fo. F1 teraz w Chinach. Agnieszka dobro narodowe Radwańska coraz wyżej w polskim turnieju WTA, nawet kawałek zarejestrowałam, przyjemnie na nią popatrzeć, cały czas w ruchu, gotowości, spokojna i kontrolująca. Równolegle z meczem na korcie w Katowicach, w Poznaniu Lech walczył większą piłką z drugoligowcem o finał w Pucharze Polski. Ale się zdziwiłam, kiedy w połowie pierwszej połowy jedną bramką prowadził Stargard Szczeciński! Ale na narodowym 2 maja zagra ostatecznie Legia i Lech. Tak czy inaczej pokłon dla Błękitnych ze Stargardu, większość spotkania grali w dziesiątkę i naprawdę niewiele brakowało. W Pucharze Niemiec jeszcze dziwniej, do półfinału awansowała drużyna z trzeciej ligi.

Z wieści pozasportowych wielce ucieszyło mnie aktywowanie zmodernizowanego Wielkiego Zderzacza Hadronów, który znów hula pod Genewą i to ze znacznie powiększoną mocą. Będzie szybciej, będzie mocniej i nie wiadomo, co z tego wyniknie. Jakieś badania nad ciemną materią, nowe wymiary, nowe nieznane siły, doczekać się nie mogę. Zdecydowanie zrezygnowałam z picia czarnej torebkowej herbaty, którą kupowałam z przyzwyczajenia i dla wygody. Basta. Mój organizm nadmiarowi fluoru mówi zdecydowane NIE. Teraz na(d)ciąga herbata czerwona pu-erh. Na półce trzy różne kawy otrzymane w prezencie systematycznie okrywają się kurzem nieużywania. Dobrze, że świąteczne Mironowe wypozamykanie skończone. Skutkiem nadmiaru wolnego wielkanocnego czasu obejrzałam Sherlocka, sztuk dziewięć i pilot dziesiąty. Serial Moffata-Gatissa doskonały. Gracie w lotto? Kumulacja 40. Wow. Czyli po polsku: o rany; ho, ho; jejciu ;)

Szę pro na pa dziś da go po - ZAGADKA: kto wie z jakiej to książki i co znaczy?

piątek, 13 marca 2015

kosmiczna rura


Czytamy, oglądamy filmy, także science fiction, chodzimy do muzeów i cieszymy się, że wyobraźnia nasza ma się dobrze, tak ciągle dokarmiana. Dobrze być au courant. Ale mnie mało. Zaczęłam chodzić na wykłady z fizyki, to dla wyobraźni jak zastrzyk z adrenaliny prosto w serce, wystrzela z trzecią prędkością kosmiczną ;) Wczoraj byłam na wykładzie astrofizyka o kształcie Wszechświata o tytule roboczym "Czy Wszechświat jest rurą?" i nareszcie poczułam się na właściwym miejscu, w środku rozpływałam się cała z radości. Bardzo często zadaję sobie w różnych okolicznościach pytanie, co ja tu właściwie robię. Ale nie tam, w auli Wydziału Fizyki UW. Zwłaszcza z Nosorożcem Ionesco w torebce ;) Czynności związane z "coś zróbmy, coś zaróbmy, trochę żywności kupmy" są czasem fajne, czasem ciekawe, czasem pasjonujące, ale także żenujące momentami i tylko dzięki wyobraźni i równoważeniu mogę je nadal wykonywać. Wiecie ile to jest milion sekund? Słyszeliście o kompozytorze astronomie, odkrywcy planety Uran Williamie Herschelu? Czy gęstość może być ujemna? Czy można osiągnąć prędkość większą od prędkości światła? Czy Wielki Wybuch nastąpił w jakimś jednym punkcie? Jaki zasięg oddziaływania ma czarna dziura? Ile stopni ma suma kątów w trójkącie gdzieś w kosmosie? Czy jeśli Wszechświat rozszerza się bez końca to i my się rozszerzamy i co z tym wspólnego ma Woody Allen? Czy każda materia składa się z atomów? Nie wiem, co ciekawsze, pytania czy odpowiedzi ;)

Na wykładzie zobaczyłam coś niesamowitego, ruch obiektów kosmicznych nagrywany przez kilkadziesiąt lat i odtworzony w gigantycznym przyspieszeniu, co wyglądało jak symulacja komputerowa, ale nią nie było. Wrażenie kolosalne. Dowiedziałam się, że piłeczka podrzucona do góry najpierw zwalnia, a potem przyspiesza! A już kompletnie zaskoczona byłam informacją, że jeden obiekt kosmiczny może być widziany przez nas wielokrotnie, więc ta mnogość punkcików na niebie może być w pewnym sensie złudzeniem. No, wkręciłam się. Czego i Wam życzę!




Szacowany udział ciemnej energii i ciemnej materii w energii Wszechświata

[„DMPie 2013 pl” autorstwa Szczureq - Praca własna. Licencja CC BY-SA 3.0 na podstawie Wikimedia Commons - http://commons.wikimedia.org/wiki/File:DMPie_2013_pl.svg#/media/File:DMPie_2013_pl.svg]





Współcześnie uznawany model powstania i ekspansji czasoprzestrzeni

[„CMB Timeline75 polish version (polska wersja PL)” autorstwa CMB_Timeline75.jpg: created by, edited by User:Vearthyderivative work: Vearthy (talk) - CMB_Timeline75.jpg. Licencja Domena publiczna na podstawie Wikimedia Commons - http://commons.wikimedia.org/wiki/File:CMB_Timeline75_polish_version_(polska_wersja_PL).png#/media/File:CMB_Timeline75_polish_version_(polska_wersja_PL).png]

sobota, 28 lutego 2015

facet mówi, xbw słucha


Wracam sobie któregoś dnia do domu z Sękocina, głodna, spragniona, zmarznięta, w korkach, już w centrum prawie, myślą w domowym ciepełku z gorącą herbatą. Komórka dzwoni. Kolega zaprasza na prelekcję o Japonii, za godzinę. No w sumie to czemu nie, nawet w korkach i pomimo tego, że ktoś spalił za sobą most, a ja muszę przez Wisłę, powinnam zdążyć. Zmiana kierunku jazdy, po drodze sklep ze zdrową żywnością, więc wstępuję po przekąskę, zjadam w tramwaju (!), to pierwszy tego dnia posiłek, więc się nie przejmuję i wcinam. Prelekcja w bibliotece, w specjalnej przytulnej kameralnej sali, w kąciku termos z wrzątkiem, kawa, herbata i wielki stos ciasteczek. Jestem nawet przed prelegentem, pytam, czy to tu ten wykład o Japonii. Oczekujący już ludzie mówią, że wykład ma być o Laponii ;) Atakuję ciasteczka, dubluję herbatkę. Przybywa mój kolega prelegent i gada z głowy bez przygotowania o ostatniej podróży do kraju, gdzie wiśnie kwitną najobficiej. Słuchacze zachwyceni, ja też, degustujemy herbatę japońską prosto z Japonii, zieloną, z prażonymi ziarenkami ryżu, miga nam historia, zdjęcia, waluty, hotele, statki, pałace, pomniki, odniesienia do wydarzeń w reszcie świata. Mało, chce się jeszcze, tak ciekawie i z pasją mówił. Mam ochotę wyoglądać wszystkie japońskie filmy po powrocie do domu. I Króla szczurów przeczytać. To się nazywa zarazić pasją :) Chcę wracać tak, jak przyjechałam, kolega mówi, żeby wsiąść do innego autobusu, no to wsiadam, bo faktycznie lepszy. Wsiadam, siadam, wzrok do góry, a tam informacja na monitorze o wykładzie księdza profesora Michała Hellera, Fizyka i filozofia czasu. I nikt mi nie wmówi, że to był przypadek ;) Od wtedy za dwa dni. Akurat będę na Ochocie, a wykład na Pasteura, zajęta do 17.00 a wykład o 18.00. I-de-al-nie! Ksiądz profesor właśnie skończy 79 lat w marcu!

Dwa dni później, znów głodna, spragniona i odrobinę zmarznięta (bardziej z niejedzenia niż z zimna), z zamiarem nabycia choć gorącej czekolady z automatu w przelocie, gnałam na wykład, nie spodziewając się tłumu. Na Pasteura chodziłam na fiński, myślałam, że to może będzie ten sam budynek, ale nie, to ten nowy naprzeciwko, więc piękna szatnia i super toalety, ale automatu z napojami nie ma. Może gdzieś ukryty, ale NIE MA CZASU szukać. Ależ tłok, istna ludzka nawałnica, a myślałam, że ze trzy osoby na krzyż przyjdą. Muszę zmienić zdanie o ludzkości lokalnej, nie doceniałam, jednakowoż. Kiedy stałam grzecznie w ogonku do szatni i zwiedzałam pięterko z łazienką, wszystkie miejsca w auli zostały zajęte i musiałam w kucki na schodach zgięta w pałąk słuchać o Erze Plancka, Schredingerze, Hawkingu, czarnych dziurach, osobliwościach, grawitacji, mechanice kwantowej i że CZASU NIE MA. Najciekawszy był chyba fragment o wpływie przyszłości na przeszłość (teraźniejszość). Zreferować nie zreferuję, ale nie czułam się za specjalnie wyobcowana. Rozumiałam większość i nie wiem czy to zasługa jasności wykładu księdza profesora czy mojego podczytywania przez lata pisemek typu "Świat nauki", a może lektury towarzyszącej oglądaniu filmu "Hawking" z Cumberbatchem, w zeszłym roku. Pewnie wszystkiego naraz ;) Oczywiście było także filozoficznie: Boecjusz, fenomenologia, Husserl, ale to pamiętam ze studiów, przydaje się na coś ta moja filozofia po latach... Z wielką radością przyjęłam informację o cykliczności wykładów. Najbliższy już 12 marca :) Szczegóły na stronie ZAPYTAJ FIZYKA.



Co poza słuchaniem? Oglądanie! Aktualnie wkręciłam się w trzy seriale. Jeden kolumbijski (w oryginale), drugi turecki (kiedy kończą się odcinki tłumaczone, oglądam w oryginale, a potem tureckie słówka plączą mi się całymi godzinami po głowie i przegonić się nie dają), trzeci kryminał BBC (w oryginale). Zaczęłam też pierwszy raz w życiu oglądać fińskie filmy i seriale w oryginale, coś absolutnie niesamowitego. Jedną z nocy poświęciłam na obejrzenie pierwszego sezonu serialu polskiego Krew z krwi z nagrodzoną Oscarem za Idę Agatą Kuleszą, mogę śmiało polecić, całkiem całkiem. Czytanie w kącie, ale w torebce Mrożek, na miasto idealny, pośród absurdów i bezsensów codzienności czyta się z rozkoszą. Pozwala funkcjonować w równowadze, zapełnia, uzupełnia. Mam z nim taki problem, że kiedy chcę wynotować ulubione fragmenty, okazuje się, że muszę przepisywać większość strony, a własnego zbioru Mrożkowego nie posiadam. Nie rozumiem, jak można Mrożka nie rozumieć. Nie znać, nie czytać. Teraz Testarium - koniecznie!

niedziela, 25 stycznia 2015

wesoło i swobodnie


Stoi jakaś babka obok, ja z sekretnym dziennikiem Adrian MOLE lat 13 i 3/4, ona zagaduje: „co czytamy?” Pokazuję. Ona: „MO-LE, nie znam”. Ogólnie wesoło mi, ale na wszelki wypadek (sorry, taki klimat za oknem teraz, że zjazd z automatu) dokarmiam się komediami. Często napisane, że KOMEDIA, a śmiać się nie za bardzo z czego. Ale polecam Świąteczne ciasto, płacz i turlanie się po wszelkich powierzchniach płaskich. Animowany francuski short, dostępny bezpłatnie jeszcze przez trzy tygodnie. Dożyłam chwili, kiedy mój syn rodzony używa słów w języku polskim, których nie znam, cóż, teraz ja uczę się od niego, na potęgę. Wygrałam bilet do kina. Znowu mamuśkowałam dwóm „moim” pieskom, strasznie kochane istoty, ależ mi powitanie zgotowały. Na co dzień nie mogłabym posiadać własnych futrzaków, niezgodność trybów funkcjonowania, Ale tak od czasu do czasu zaprzyjaźniony zwierzak zaprzyjaźnionych ludzi, z rozpoznanym psim charakterem – czemu nie. Australian Open w tym roku głęboko w tle, dosłownie kątem oka. Umarł król. Arabii Saudyjskiej. W Brazylii susza zamiast pory deszczowej. Strzępy wieści. Dobrze, że obok pigwa w słoiczku, od samego patrzenia słońce we mnie i wokół mnie. Niedługo wejdę w posiadanie książki nowej, której nie kupiłam. Żyję w dwóch światach. W jednym wszystko wokół brzęczących i papierowych (zwłaszcza) nominałów się obraca, w drugim dobra wszelkie zmieniają właściciela, ot tak, po prostu. Przemieszczam się swobodnie i równolegle przez oba światy i pomiędzy nimi z nadzieją, że nie utknę w przejściu.

"Biedny pan Lucas!"


Pan Lucas przyszedł dziś rano, żeby się dowiedzieć, czy matce nie potrzeba pomocy. To bardzo miłe z jego strony. Pani Lucas myła od zewnątrz okna ich domu. Drabina, na której stała, nie wyglądała na zbyt bezpieczną.

Zapisałem się do biblioteki. Wypożyczyłem Jak dbać o cerę, O powstawaniu gatunków oraz książkę tej baby, o której matka bez przerwy ględzi. Książka nazywa się Duma i uprzedzenie, a napisała ją jakaś Jane Austen. Zauważyłem, że mój wybór zrobił wrażenie na bibliotekarce; niewykluczone, że też jest intelektualistką.

Pan Lucas pił z matką kawę w kuchni. W pomieszczeniu było pełno dymu. Zanosili się śmiechem, ale urwali, kiedy wszedłem. W domu obok pani Lucas czyściła rynny. Odniosłem wrażenie, że jest w złym humorze. Małżeństwo państwa Lucasów chyba nie jest udane. Biedny pan Lucas!

Przyszedł pan Lucas i zaproponował, że zawiezie matkę samochodem do sklepu. Podrzucili mnie do szkoły. Z przyjemnością wysiadłem z samochodu, gdzie aż się kłębiło od chichotu i dymu tytoniowego. Po drodze widzieliśmy panią Lucas, która niosła wielkie torby z zakupami. Matka jej pomachała, ale pani Lucas nie miała czym odmachać.

Zacząłem dzisiaj czytać O powstawaniu gatunków, ale książka nie dorównuje serialowi telewizyjnemu.
Dziś rano obudzono mnie bardzo wcześnie. Pani Lucas betonowała podwórko od frontu i nie mogła wyłączyć betoniarki, żeby beton nie zastygł, kiedy go rozprowadzała. Pan Lucas podał jej herbatę. To naprawdę dobry człowiek.

Pani Lucas pokłóciła się z moją matką o psa, który jakoś wydostał się z domu i zostawił ślady na jej świeżym betonie. Ojciec zaproponował, że odda psa do uśpienia, ale matka zaczęła płakać, więc obiecał, że tego nie zrobi.

Pies znowu był u weterynarza. Beton przykleił mu się do łap; nic dziwnego, że w nocy tak hałasował na schodach.

Matka szuka pracy! Teraz już na pewno skończę jako młodociany przestępca, wałęsający się po ulicach i w ogóle. Co zrobię w ferie? Będę przesiadywał w pralni samoobsługowej, żeby się ogrzać? Albo zostanę dzieciakiem z kluczem na szyi, cokolwiek to oznacza? I kto zajmie się psem? Co będę jadł przez cały dzień? Będę musiał się odżywiać chrupkami i słodyczami, od których zrujnuję sobie cerę i wypadną mi zęby. Uważam, że matka zachowuje się bardzo samolubnie. A w pracy i tak się nie sprawdzi - nie jest zbyt bystra i za dużo pije w święta Bożego Narodzenia.

Państwo Lucas się rozwodzą! Są pierwsi na naszej ulicy. Matka poszła pocieszyć pana Lucasa. Musiał być bardzo zdenerwowany, bo kiedy ojciec wrócił z pracy, wciąż jeszcze tam siedziała. Pani Lucas pojechała gdzieś taksówką. Chyba odeszła na zawsze, bo zabrała ze sobą komplet kluczy francuskich. Biedny pan Lucas, teraz będzie musiał sam sobie robić pranie i w ogóle.


powyżej fragmenty:
Sue Townsed "Adrian Mole lat 13 i 3/4. Sekretny dziennik" (The Secret Diary of Adrian Mole Aged 13 3/4), W.A.B. Warszawa 2005, przełożyła Barbara Kopeć-Umiastowska

piątek, 23 stycznia 2015

"Les Gazelles" (2013)




Komedia, tylko dla pełnoletnich, obejrzana na VOD w ramach MyFrenchFilmFestival.com. Jakoś boków nie zrywałam. Kobiety wychudzone, połowa wyglądała jak Daniel Auteuil. Grały role niewiast samotnych, ciągle i natarczywie poszukujących, chaotycznych, rzucających się jak ryby w sieci albo punki w pogo. Wskakiwały facetom do łóżek na prawo i lewo. Obraz dość przykry i żałosny, choć z założenia miał być prawdopodobnie zabawny. Jakoś nie chce mi się śmiać z kobiecej głupoty i totalnego zagubienia. Duży plus filmu to dobór panów do ról męskich, choć mimo niewątpliwej urody pokazani zostali w większości w rolach zredukowanych do samców "zaliczających". Nie podobał mi się obraz Polski przedstawiony w Gazelach: prostaccy budowlańcy handlujący pokątnie polską wódką, zakąszający czystą ogórkiem i słuchający disco polo. Dobrze, że chociaż jeden z nich mówił po francusku.

Historia jest o dziewczynie, która ma dość swojego chłopaka i postanawia go porzucić chwilę po wspólnym nabyciu mieszkania na kredyt z trzydziestoletnią spłatą rat. Temat kredytu na mieszkanie też pewnie nie wyda się śmieszny nikomu, kto akurat takowy posiada, zwłaszcza w szwajcarskiej walucie. 
Dziewczyna uderza wieczorami, wespół z innymi samotnymi paniami, w miasto, na podryw. Tuła się przy tym pomiędzy mieszkaniami siostry, rodziców, koleżanek i własnym świeżo nabytym remontowanym przez Janusza z Polski. Nie ma jakiegoś wyraźnie zarysowanego zakończenia, wątki się nie kończą, dobiegają jedynie do schodka, historia poza kadrem mogłaby toczyć się dalej...

Najdziwniejsze, że nie żałuję obejrzenia nic a nic, może z powodu tych francuskich przystojniaków ;)



"Gazele"
(Les Gazelles)
Francja 2013
Reżyseria: Mona Achache
Scenariusz: Camille Chamoux, Cécile Sellam

"7 días" (2005)




Naturalna konsekwencja po serialu La Fea más bella. Chce się jeszcze i jeszcze języka hiszpańskiego i chce się jeszcze trochę popatrzeć na aktora odtwarzającego w tasiemcu rolę Don Fernanda. Jaime Camil gra tym razem gangstera Tony'ego pomagającego kolesiowi o imieniu Claudio zdobyć pieniądze, spore pieniądze, na sprowadzenie do Meksyku zespołu U2. Claudio jest wielkim zapaleńcem i by osiągnąć wymarzony cel jest gotowy na wszystko, nawet kontakt ze światem przestępczym. Wikła się w niebezpieczny układ, na zdobycie pieniędzy ma tylko tydzień (7 dni), ale okoliczności sprzyjają. Okazuje się, że syn bossa, właśnie Tony, też jest wielkim miłośnikiem zespołu U2, nosi okularki
à la Bono i nawet w aucie na desce rozdzielczej ustawił figurki członków kapeli. Chłopakom pomaga miła i sympatyczna Gloria, dziewczyna Claudia. Tony przez swoje zaangażowanie w sprawę sprowadzenia U2 do Meksyku naraża się innym członkom świata przestępczego, konkurencja depcze po piętach...


Cały film w specyficznym klimaciku przymrużonego oka, jakby twórcy chichotali zza kamery, co uwielbiam. Z pewnością mają znakomite i ogromne sentido del humor. Jest moment bolesnego ostudzenia, wszak to komediodramat. Ale co się pośmiałam i nacieszyłam, to moje i na długo w pamięci pozostanie. Cudna długa scena oglądania w tv meczu piłki nożnej: jeszcze nieznający się Claudio i Tony siedzą na dwóch krańcach jednej kanapy, zerkają na siebie wrogo, bo kibicują przeciwnym drużynom; moje skojarzenie - dwie szalki wagi. Potem śmieszno-straszna scena, kiedy w gnieździe gangsterskim wychodzi na jaw szwindel Claudia i nagle jego głowę zewsząd otaczają wycelowane w nią lufy. Niezapomniana scena u menedżera z wielkim plakatami muzyków na ścianach i wariujący od momentu zapalenia skręta montaż (cofałam wielokrotnie) i potem jeszcze pstrykanie na palcach (acá, acá, acá) także pocięte i zmontowane, trochę pozornie bez sensu ale w efekcie niezapomniany drobiażdżek. Co? U2 chcesz sprowadzić? Más loco! Trudno było mi obejrzeć całość, bo ciągle cofałam do ulubionych scen i fragmentów, na przykład kiedy Tony jedzie windą i na ujęciu widać, jak bardzo jest Brazylijczykiem (Jaime Camil jest synem Egipcjanina i Brazylijki, cudo!). Osłuchałam się też dość dokładnie z hiszpańskojęzycznymi przekleństwami, zwłaszcza jednym na p ;)

Rola Tony'ego została zauważona. Jaime Camil otrzymał za nią nagrodę meksykańskich krytyków filmowych, a także nominację do nagrody Ariela (nadawanej przez Meksykańską Akademię Filmową).


"7 dni" (7 días)
Meksyk 2005
Scenariusz i reżyseria: Fernando Kalife

piątek, 16 stycznia 2015

"La Fea más bella" (serial, Meksyk 2006-2007)


Leticia Padilla Solís jest osobą mądrą, inteligentną, starannie wykształconą, ale brzydką. Nosi okulary, aparat na zęby, lata jej powieka i opada kącik ust, ma brzydką cerę i w ogóle jest jakaś nieforemna, na pierwszy rzut oka Fiona ze Shreka skrzyżowana z Barbamamą. Pomimo bardzo wysokich kwalifikacji stara się o pracę sekretarki. Zahukana, wyizolowana, totalnie bez wiary w siebie. Dostaje angaż ze względu na kompetencje, ale jej biurko stoi w małej kanciapce w kącie biura. Szefem i prezesem firmy jest Fernando Mendiola, piękny, młody i bogaty, do tego wykształcony i bystry. Lety bez reszty zakochuje się w swoim przełożonym (tan divino...). Fernando, wykorzystuje przywiązanie dziewczyny, namówiony przez przyjaciela i powiernika, a równocześnie współpracownika, Omara Carvajala ("soy amigo, hermano y colaborador"). Lety zakłada firmę i bierze kredyt, z którego ma korzystać firma Fernanda. By dziewczyna się nie "odkochała", co mogłoby źle wpłynąć na biznesowy układ oparty na wzajemnym przywiązaniu, Fernando musi Lety okazać wzajemność... Akcja serialu rozkręca się na dobre. Ona kocha i wzdycha, on kombinuje, jak się przemóc i dotknąć, pocałować taką odrażającą paskudę. Wspierany dzielnie i obficie przez druha Omara, patrząc na zdjęcie jakiejś wystrzałowej laski, upijając się, całuje w końcu Leticię. Ale jeden beso nie wystarczy, trzeba iść za ciosem. No i Fernando, pobrecito, idzie. I sam nie widząc, kiedy i jak, zakochuje się w dziewczynie. Ale intryga wychodzi na jaw, następuje nagły zwrot w relacji damsko-męskiej, w biznesie też się komplikuje, na dodatek Lety poznaje innego. I tak się dzieje, na przemian dobrze, źle, lepiej, gorzej, śmieszno, straszno, wspaniale, tragicznie - przez 285 odcinków, na które trafiłam w wersji rozciągniętej na odcinków 300, więc już sama nie wiem, ile ich jest. Typowe dla produkcji tasiemcowych.


Realia innego kraju i kontynentu, odległa kultura, obcy język, a przesłanie swojskie, bo uniwersalne. Nie szata zdobi człowieka. Oglądałam "Brzydulę" w wersji polskiej (taka sobie) i niemieckiej (Verliebt in Berlin - rewelacja!) i mniej więcej wiedziałam, czego się spodziewać. La Fea más bella wciągnęła mnie od początku a potem nawet uzależniła na wiele wieczorów i nocy. Coraz więcej rozumiałam, coraz bardziej działało hipnotyzujące brzmienie języka, którego uczyłam się jakieś 20 lat temu, mniej więcej przez rok czy dwa. Ciekawa byłam rozwiązań wątków, których jest w serialu sporo. W firmie pracują sekretarki i asystentki zjednoczone w nieformalną grupę "brzydkich". Jest Marcia Villarroel, oficjalna narzeczona prezesa, jest jej brat Ariel, niezbyt pozytywna postać. Są jeszcze Saimon, Celso ochroniarz z psem, López, dzieciaki sekretarek, oryginalny gej Luigi Lombardi, i niesamowita Alicia Ferreira. W filmie pojawiają się postaci rodziców Leticii, jej przyjaciela Tomasa, rodziców Fernanda, jest sympatyczna Carolina del Angel i rozwydrzona i głupawa Ana Leticia. No i oczywiście jest Aldo Domenzaín, ten drugi. I dziwny człowiek Jorge. W serialu występują postaci sławnych gwiazd meksykańskich i nie tylko, grających siebie lub kogoś podobnego do siebie. Najbardziej zapamiętałam śpiewającego przyzwoitą piosenkę Tiziano Ferro, który akurat jest Włochem, ale śpiewa również po hiszpańsku. Z serialu zapamiętam wiele momentów, starałam się oglądać tak, jak oglądam filmy. Podobał mi się fragment wesela, kiedy grali panu młodemu marsz żałobny. Podobały mi się chwile "wpadek", kiedy aktorzy nie wytrzymywali ze śmiechu i opadała na kilka sekund aktorska maska, świetnie, że je zostawiono! Mniej cierpliwie odniosłam się do drugiej kamery wjeżdżającej w kadr kilkakrotnie, podczas sceny a Acapulco na plaży (Lety i Jorge). Podobał mi się "taniec" Omara przed Fernandem. Uśmiałam się z portretu Einsteina, który Tomás  powiesił sobie nad biurkiem (dla inspiracji). Spłakałam się straszliwie podczas wyjaśnienia wątku rozmów przez komórkę Alicii z ojcem (ostatnio aż tak ryczałam chyba na Kolorze purpury). Z powtórkami oglądałam występ zespołu "tylko dla pań" ;) Zabójczego ruchu tanecznego Leticii pozazdrościłby pewnie sam Ian Curtis. A Louis de Funès z całą pewnością śmiałby się do łez z niektórych scenek odgrywanych przez Don Fernanda. Podobały mi się przezwiska: Oxigenada ("soy rubia natural"), Ornitorrinco, Gargolita, GargoLety i inne, których pisowni nie znam, więc pozostaną w notesiku. Łapię, kto to Pituka i Petaka (imiona dwu meksykańskich dziewczynek, coś w rodzaju O dwóch takich, co ukradli księżyc), kumam noventa-sesenta-noventa (wymiary 90-60-90), czaję chin-chan-pu (kamień-nożyce-papier). Zachwyciłam się aktorem grającym Fernanda (Jaime Camil, syn Brazylijki i Egipcjanina, cudo!). Doceniłam grę aktorską odtwórczyni roli Lety, to było nadzwyczaj karkołomne zadanie. Jeśli macie specyficzne poczucie humoru i nie przeraża Was ilość odcinków i brak polskiego tłumaczenia, to polecam, oglądajcie :)

--------------------------
tan divino - taki boski
beso - pocałunek
pobrecito - biedaczek
ornitorrinco - dziobak
gargola - gargulec 
--------------------------
Przy okazji zapytam, może ktoś wie, co znaczy becho abacho y apapacho gacho (wym. beczo abaczo i apapaczo gaczo)?


nadciąga filmowa chmura


Zadomowiłam się już w 2015. Dobrze mi. Filmowy rok, z kamerą w tle. Dziś startuje festiwal kina francuskiego na VOD. Na pewno wyoglądam wszystkie komedie, horrory niekoniecznie. Niewątpliwie trzeba się dużo śmiać, to pomaga na wszystko, robi za lekarstwo i psychoanalityka. Do listy codziennych to do wpisuję, oprócz ruchu w każdej możliwej postaci i na każdej płaszczyźnie, śmiech. Kombinuję, podczas jakich codziennych czynności koniecznych (w roli głównej: "coś-zróbmy-coś-zaróbmy-trochę-żywności-kupmy") da się czytać książki, bo nawyk znoszenia do domu nie zanika. Choć kierunek filmowy, czytam głównie, co obejrzałam bądź co zostało sfilmowane i chcę obejrzeć. Miasto wytapetowane twarzą Andrzeja Chyry, już gdzieniegdzie do obejrzenia Carte Blanche, bardzo chętnie przystąpię, wręcz nie mogę się doczekać. NAJBARDZIEJ wysiaduję i wyczekuję, jak to starszym kobietom bywa, na Ziarno prawdy i nie zgadniecie czemu. No fakt, Lankosz, Miłoszewski, Więckiewicz, Pieczyński. Ale dla mnie to będzie głównie Zohar Strauss! Nie mogłam uwierzyć, że wystąpi w naszej polskiej produkcji. Zaciekawienie po Oczach szeroko otwartych (Eyes Wide Open) i zachwyt po Libanie (Lebanon). Normalnie czekam bardziej niż na nowego Sherlocka z Benedictem Cumberbatchem ;) Boczkiem staram się oglądać filmy meksykańskie w tragicznej jakości, ale za to w oryginale, a brzmienie języka hiszpańskiego polepsza mi nastrój tak skutecznie, że nie mogę zaniechać. Oj, będzie się działo, oj.



© foto: Tomasz Urbanek
zdjęcia z filmweb.pl



piątek, 2 stycznia 2015

mimowolny rehab


Do pojemnika na śmieci poszedł stary i już nieaktualny kalendarz na 2014. Mówił, że dni się skończyły. Michael Jackson w trakcie koncertu tracił na wadze około dwóch kilogramów. W czasie okołosylwestrowym też pewnie zgubiłam kilka. Muzyka nie pozwoliła mi się opuścić, otoczyła mnie całą i trzymała w mocnym uchwycie. Tańcząc z pewnością zaliczyłam zaleconą rehabilitację każdego odcinka kręgosłupa na rok do przodu. W Sylwestra odwiedziłam około 16.00 oblężony spożywczy, zamykany tego dnia dużo wcześniej. Brak koszyczków, brak siateczek do nakładania, brak towarów na półkach, ludzi tłum dziki, towary na taśmie przy kasie poukładane w stosy ciaśniutko – mój przydomowy sklepik codzienny nigdy chyba nie przeżył takiej nawałnicy. Dylemat czy zrobić sałatkę z cykorii zniknął, kiedy spojrzałam na regał z warzywami, nie tylko miejsce na cykorię było puste, cała ścianka ogołocona, ostał się jeno seler naciowy. No coś takiego. Nawet w Wigilię tuż przed zamknięciem było spokojnie. Robiąc zwykłe codzienne zakupy, odrobinę tylko rozszerzone z okazji okazji, doskonale się bawiłam nietypowymi okolicznościami. A może ogłoszono jednak koniec świata, a ja nic nie wiem, bo telewizora nie włączam od kilku dni? Wróciłam do domu, sprawdziłam, żadnego końca świata, ugotowałam zupę, powiesiłam pranie, obejrzałam kilka odcinków serialu meksykańskiego (w oryginale!) i Spritem przywitałam Nowy Rok...

środa, 31 grudnia 2014

Próspero Año Nuevo


Fajny to był rok ten 2014. Jeszcze czytam, choć starość nadciąga, coraz mniej się chce, wszędzie nowe technologie, "internety", a ja jeszcze ciągle oczami po papierze. Syn, jedyne me dziecię, wyprowadził się z domu i rozpoczął samodzielne życie, kilkaset kilometrów stąd. Mam codzienność tylko i wyłącznie dla siebie, z czego powoli zaczynam korzystać, się rozkręcam ;) Przypomniałam sobie, jak fajnie jest oglądać filmy. Wydarzeniem tego roku było coś o czym nie mogę napisać, ale wstrząsnęło mną mocno i bardzo pozytywnie. W tym roku pożegnałam też wiekuiście bliską mi osobę nie będącą rodziną, wieloletniego kumpla, momentami przyjaciela. Przykre, że nie mogłam mu pomóc, bo jedyne czego chciał ode mnie przez ostatnie miesiące, to bym skoczyła do monopolowego. Czytałam jego kartę zdrowia, kiedy poszłam za niego do przychodni po zmianę recepty, a on po wyjściu ze szpitala był za słaby, by sam się doczłapać te dwie przecznice. Po tej lekturze zdziwiłam się mocno, że on w ogóle jeszcze żyje. Znałam jego pin do karty kredytowej, czasem wyniosłam śmieci, czasem zrobiłam zakupy czy zapłaciłam rachunki. Kiedyś poszłam z nim do przychodni, innym razem pojechałam do szpitala, gdzie wisieliśmy pół dnia na krzesełkach w tłumie czekając na formalne przyjęcie na oddział. A potem informacja na Naszej Klasie od jakiegoś Marka, że D. nie żyje. I koszmarny pogrzeb, na który bałam się sama pojechać. A potem już spokój, choć nie było stypy, cała dość liczna rodzina rozjechała się, każdy do swojego domu. W każdym razie numer z komórki już mogłam bez emocji większych wykasować. Coś się skończyło, w puste miejsca wchodzą nowe wydarzenia, nowi ludzie, w komórce przybywa nowych numerów w zastraszającym tempie. W żywocie pustelnika następują coraz częstsze i dłuższe okresy zawieszenia. I to chyba dobrze. Więcej się ruszam, czego i Wam życzę!

A tak najbardziej to życzę sobie, Wam i całemu światu, dobrej komunikacji, ze sobą, z innymi. Dobrej i coraz lepszej komunikacji na każdym poziomie, międzyludzkim, międzynarodowym, międzyreligijnym, międzycząsteczkowym, międzykomórkowym.

piątek, 26 grudnia 2014

"little knowledge is dangerous"


Budowałem na piasku
I zwaliło się.
Budowałem na skale
I zwaliło się.
Teraz budując zacznę
Od dymu z komina.

Leopold Staff - "Podwaliny"


Kolędy powoli cichną, dzwoneczki wybrzmiewają, rytmy stają się bardziej taneczne. Przyklejona do radia przesuwam pokrętło po stacjach w poszukiwaniu pięknych dźwięków, a to chili, a to klasyczna, a to stare dobre umpa umpa, a piękna w eterze zatrzęsienie. Otoczyłam się mową hiszpańską w wydaniu meksykańskim i zauważam efekty, ciekawe jak długo się utrzymają, umocnią się czy przepadną niedługo w otchłaniach zapomnienia. Czas tańców nadciąga.


Dr. Alban - "It's My Life"


środa, 24 grudnia 2014

z pamiętnika pustelnika


Mało, zdrowo, nietypowo. Słodkie pod dachem: sztuk jeden, pod postacią soku wiśniowego do herbaty. W ramach "słodyczy" zaopatrzenie jedynie w torebkę wiórków kokosowych, ale najwyraźniej brały udział w akcji "przed świętami ludziom można wcisnąć każde g", okazały się niejadalne i skończyły w śmieciach. Nie ma nawet cukru. Zakupy świąteczne to kasza jaglana i gryczana, soczewica i fasolka, butelka oleju. I warzywniak. Akcentem świątecznym kilka mandarynek. Nie ma śniegu, nie ma bezwzględnej potrzeby posiadania choinki, której i tak nigdy nie było gdzie postawić (paprotka rządzi). Na parapecie, lodówka nieustająco nieobecna - hurra, słoiczki z bigosem świątecznym, buraczkami i ogórki kiszone tradycyjnie, nie wiem czemu ukrywać w spiżarce, toż to wspaniała dekoracja. I orzechy włoskie, cały słój. Codzienna przekąska, aż dziw, że jeszcze ponad połowa dotrwała do Bożego Narodzenia. Mnóstwo rozmów telefonicznych, życzeń, serdeczności.


Życzenia, no tak, tradycja.

Życzę, by słowu tradycja towarzyszyło nierozerwalnie słowo rozsądek. By się nie zapędzić w ślepą uliczkę, a jeśli już, to by się w niej nie zaklinować na resztę życia. Mądrości, myślenia, spokoju, ogarnięcia siebie i świata wokół, harmonii, uśmiechu, zadowolenia, poczucia humoru, racjonalnego wykorzystania danego nam czasu, systematycznego oraz skutecznego spełniania, wypełniania, realizowania. Bycia tu i teraz.