.

De omnibus dubitandum est. Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.

kaleką matematyką obliczamy swoją wartość (Emily Dickinson)

sobota, 30 czerwca 2007

Zachód słońca na Mazurach



 
 
  


wszystkie zdjęcia by xbw

zakonnica, angielski i podręczniki



* * * * * * *

Widziałam zakonnicę w tramwaju, nie taką straszną wronę czarną, ale taką jasną, przyjazną, w habicie szarym ale ciepło szarym. Wyszywała. Zazwyczaj zwiewam na widok zakonnicy, ale ta jakoś tak miło wyglądała, jak nie zakonnica, ale jakaś strażniczka świątyni, w starożytnych szatach. Też mam ochotę powyszywać...., już wcześniej tak miałam, jeszcze przed zakonnicą. A tu jeszcze koleżanka z pracy mówi mi, że ma takie marzenie, żeby wziąć wielką płachtę płótna i wyszywać co jej wyobraźnia podsunie, bez żadnych wzorów. Może jak się wzajemnie pomobilizujemy do zaczęcia to w końcu zaczniemy :) Moim ostatnim rękodziełem było ubarwienie białej firanki, zupełnie prostej, siateczki w kratkę bez żadnych wzorów, ciętej lekko na skos, co wykorzystałam do poprzetykania różnokolorowych nitek. Dziergałam ze dwa lata na raty, ale efekt dość ciekawy.

* * * * * * *

Do wtorku muszę nauczyć się angielskiego.
No muszę i już. Będzie mi potrzebny w pracy, na dodatek przez telefon, i to właśnie jest najgorsze. Mam nadzieję, że jak obejrzę w oryginale kilka filmów na dvd (rzecz jasna angielskojęzycznych:), zajrzę do starych notatek, posłucham starych kaset z których kiedyś się uczyłam, to mi się ośrodek używania angielskiego w mózgu rozrusza, rozgrzeje i poskłada do tego stopnia, że nie zrobię z siebie idiotki... Cóż za brak pewności siebie. No ale czasem tak bywa. Nie używam nic a nic, więc skąd mogę wiedzieć jak mi pójdzie? Słyszałam kiedyś, że np. Włoch który zna po angielsku sto słów chwali się, że doskonale zna angielski, a Polak znający tysiąc słów, uważa że angielskiego nie zna. Tak mamy, cecha narodowa ... Jest jedno wyjście :) Odrobina alkoholu i mówię po angielsku very well and no problem :)

* * * * * * *

Jako mamusia ucznia w wieku gimnazjalnym pomaszerowałam dziś do księgarni po książki. Wolę mieć z głowy, im wcześniej, tym lepiej, tak robię od kilku lat, w tej samej księgarni. Wkurzyłam się po trzykroć: nie było wszystkich książek, nie było zniżki, jak co roku w poprzednich latach, no i znowu do książek podoklejane były idiotyczne płyty CD, potrzebne....., Romek tylko jeden wie, na co i komu.... Dranie i złodzieje i oszuści skubią i tak oskubany naród, ale to już cios poniżej pasa, dorzucanie bezużytecznych płytek do obowiązkowych podręczników i zmuszanie rodziców do wyrzucania pieniędzy ... Prawie każda książka szkolna od kilku lat ma na okładce doklejoną kopertką z płytką, a za płytkę, każdą, proszę dodatkowe 7 złotych. Romku, mądra główko, nie zauważyłeś do tej pory w swoim ogródku takiego wyłudzania w żywe oczy, na maksa?

* * * * * * *


środa, 27 czerwca 2007

filmy i filmy oraz filmy



Wybrałam się do kina. Ale nie tak normalnie, na film, tylko od razu na maraton całonocny, a co się będę rozdrabniać :) Oczywiście że to znowu była inicjatywa synoczka mego jedynego.... (Ale wcześniej sama tak go sobie wychowałam, film z mlekiem matki dosłownie wyssany, kiedyś w ciągu 2 tygodni obejrzałam karmiąc ponad 50 różnych filmów na video, niektóre po kilka razy..., potem też ciągany bywał po przeglądach filmowych wielokrotnie, jako kilkulatek....). Na poprzednim maratonie, rok temu, musieliśmy zrobić odwrót około trzeciej. Tym razem byłam dzielna i wytrwałam bez zapałek w oczach do końca, trzeciego filmu. Najbardziej godny obejrzenia wydawał mi się osławiony "300", więc zaczęłam wielkie oglądanie właśnie od krwawej starożytności. No, dziękuję bardzo powiedziałam już po kwadransie i wyrwałam jak najdalej, do skrajności. Wskoczyłam sobie w komedię romantyczną Holiday i odkryłam, że to jest właśnie to, czego mi akurat potrzeba. Uroczy, bajkowy domek na zaśnieżonej angielskiej prowincji, a w nim ucieleśnienie męskiego ideału co najmniej połowy ludzkości płci żeńskiej (no, może nieco przesadziłam:) Jude Law. I nie wiem czy to dlatego, że to pierwsza komedia romantyczna jaką oglądałam w kinie a nie w TV, czy też dlatego, że to był po prostu dobry film - wyszłam z sali odprężona, nie śpiąca nic a nic, i jakaś taka dziwnie inna... Jakoś tak mnie odmieniło, że postanowiłam zajrzeć do 300, czy nadal tak okrutnie i krwawo i bezwzględnie. Jako że to maraton i każdy film powtarzany, weszłam mniej więcej w tym czasie trwania filmu, w którym wcześniej wyszłam. Zabawne, trochę jakbym zatrzymała czas, weszła sobie do innego wymiaru, a potem wróciła. Takie 11 różnych filmów równocześnie między którymi można tak sobie krążyć, wskakiwać w film, wyskakiwać z filmu, jak w Tytusie Romku (twu na psa urok) i A'tomku na Dzikim Zachodzie ... Wracając do 300, a i owszem, znów było okrutnie i twardo i wojowniczo, ale było równocześnie tak pięknie, jak w marzeniu sennym, jak w obrazie, jak pływanie w pomarańczowej wodzie, a właściwie jak pływanie w sepii ... I przyciągnęło mnie i obejrzałam pomimo, do samego końca ten piękny okrutny film, mimo nieustających sprzeczności i skrajnych odczuć. I znów wyszłam zadowolona i odmieniona i znów pełna, ze skumulowanymi odczuciami po dwóch tak odmiennych obrazach, jeszcze nie "strawionych", jeszcze nie przemyślanych, jeszcze nie przewiniętych przez odtwarzającą pamięć po wielokroć, jak to u mnie bywa po obejrzeniu czegoś dobrego. No i już na wielki finał nigdy wcześniej jeszcze (zapóźnienie karygodne) nie rozpoznany Dzień świra. Czwarta nad ranem to pora idealna do słuchania w kółko marsza pogrzebowego będącego głównym motywem muzycznym robiącym tło serii nerwicy natręctw Adasia bohatera. Zastanowiło mnie czy notoryczne odwracanie rolki papieru toaletowego, żeby wisiała w "mój" sposób, to już to, czy jeszcze mnie nie dopadło?
Powrót do domku pierwszym porannym metrem przy pięknie świecącym porannym słoneczku, bez zmącenia umysłu alkoholem - miłe wspomnienie :)
Skutkiem maratonu nocnego wzięło mnie na oglądanie filmów i resztę weekendu spędziłam, oczywiście po odespaniu, przed kablówką. Już nie wiem który raz zajrzałam do Lautreca, o krótkim życiu Henriego de Toulouse-Lautreca, którego Rosa La Rouge gdzieś tu na moim blogu cały czas się przemieszcza, raz jest na dole, raz na górze. I jeszcze odkryłam, nielubianą dotychczas raczej Gwyneth Paltrow, oglądając (wreszcie) sławną Sylwię czyli film o życiu Sylwii Plath, tej od Szklanego klosza. I jakoś tak te oba filmy połączyły mi się w całość z powodu wątku samobójstwa. W Lautrec jest taka scena, kiedy malarz szaleje z powodu niemożności namalowania czegoś co jest w twarzy młodej praczki. Tym czymś okazuje się być śmierć samobójcza ukochanego dziewczyny. Lautrec maluje (ona pyta - jak ludzie robią to że żyją). Praczka idzie do domu i kończy życie. A potem Sylwia pozostawiająca dwoje maleńkich istotek i bezmiar poezji która długo jeszcze nie zostanie pojęta.
Jak dobrze mieszkać nad wypożyczalnią video/dvd. Już dziś zrobiłam wywiad i wiem co wezmę na weekend. I tylko mi szkoda, że znowu nie poczytam, bo jak czytam to czytam, a jak oglądam, to oglądam. No i kino znów pewnie poczeka na moją wizytę - do przyszłego maratonu za rok...


niedziela, 10 czerwca 2007

fab tree hab - "ekologia" ekstremalna



Wybrałam się do lekarza od zębów. Wolę co prawda, dziecko urodzić, niż reperować zęby, ale kiedyś w końcu trzeba, a im wcześniej, tym taniej :) W poczekalni leżała gazetka. Znalazłam w niej artykuł o treści: wyhoduj sobie własny dom, rośnie 5 lat, całkowicie ekologiczny, w 100 % czysty itd itp. No, fajny pomysł, tylko kiedy, na ten przykład będę sobie mogła skorzystać? Okazuje się, że to projekt dopiero i domów takich jeszcze nigdzie nie zasadzono. Zobaczyć można jedynie wirtualną prezentację. Szkielet domu miałby pochodzić z rosnących żywych drzew, dębów, wiązów i dereni, ściany wypełnione mieszanką z gliny i słomy, obrośnięte winoroślą. Oczywiście, żadnych toksycznych materiałów budowlanych, zero konsumpcji darów ziemi typu ropa-węgiel-gaz, tylko czysta natura, deszczówka, baterie słoneczne, toaleta kompostowa, słoneczno-biologiczna oczyszczalnia ścieków. Okna z tworzywa sojowego. Wszystko to piękne i bardzo chciałabym sobie kiedyś móc taki domek zasadzić, wyhodować, patrzeć jak rośnie, w końcu umościć w nim sobie gniazdeczko i żyć dłuuugo i szczęśliwie w harmonii z przyrodą. Ale już mnie coś niecoś w projekcie niepokoi. Drzewo wszak rośnie o wiele dłużej niż 5 lat, już zatem sam początek tego arcynaturalnego przedsięwzięcia jest mocno nienaturalny.... 

 

Jeśli ktoś pragnąłby zgłębić temat lub choć zobaczyć obrazki i filmik z prezentacją, podaję namiary: 
http://www.archinode.com/bienal.html

sobota, 2 czerwca 2007

Ukasz goes to Prague



Niby taka zwykła szkolna pięciodniowa wycieczka do Pragi. Czysto teoretycznie.....


Paszport - stracił ważność pół roku temu. Zgoda ojca na wydanie paszportu, ok. ale gdzie on teraz jest? Jeśli tam, gdzie 11 lat temu, to jestem uratowana. Dzwonię, jestem uratowana... Ale ale, zgoda musi być poświadczona notarialnie, akt urodzenia "dziecka" w oryginale, poczta, priorytet, odległość do tatusia - 300 km. Zgoda poświadczona wraca do mamusi. Zdjęcia do paszportu - koniecznie wg nowych zasad. Mamusia bierze dzień urlopu, zwalnia synka z lekcji na cały dzień, jadą do biura paszportowego "właściwego dla miejsca zameldowania". Trzy godziny jazdy busem w jedną stronę, 5 minut w urzędzie przy składaniu dokumentów. Pan przyjmujący kwity nawet nie spojrzał czy koleś ze zdjęcia i ten obok mnie to ta sama osoba ... Trzy godziny telepania busem z powrotem. Miesiąc później déjà vu, urlop - zwolnienie ze szkoły - 3 godziny - 5 minut - 3 godziny. I paszport w kieszeni. 



Niby, póki co, nie emigrujemy, ale jakoś tak bezpieczniej kiedy teraz już oboje mamy ważne aktualne paszporty....



Nadchodzi pora wyjazdu do Pragi, wczesna pora, na dodatek poniedziałek jest.... Mówi się trudno i się wstaje skoro świt. Odprowadza się się baranka pod szkołę, błogosławi się przytomną panią Wychowawczynię, że prosiła o sprawdzenie dokumentów, uprawia się mimowolnie zbyt poranny jogging do domu po właściwy paszport zastanawiając się równocześnie, jak można pomylić swój paszport, czerwony bez okładek, z jego paszportem, zielonym w okładkach. Oczywiście na granicy nikt paszportów nie sprawdzał dokładnie, wystarczyło machnąć z daleka, czymkolwiek... 



Co było potem - można zobaczyć na zdjęciach obok, prawa autorskie zastrzeżone, zakaz powielania i kopiowania bez Ukasza wiedzy i zgody. I to już w zasadzie wszystko, będzie, jak zamienimy plecaki wyjmowane w nocy po ciemku z autokaru....

czwartek, 31 maja 2007

Babska książka Cappuccino


Co to za życie bez biblioteki (kiedy ja w końcu zrobię rewizję, czytaj: posprzątam po przeprowadzce i znajdę te cholerne karty biblioteczne). Zmuszona jestem po prośbie, wszak zawsze się lepiej czyta coś upolowanego, niż to co od lat już zalega własne przykurzone półki. Koleżanka podrzuciła mi podobno fajną babską książkę.
I teraz będzie jak z blogu "całkiem kobiece".

"Cappuccino" Marielli Righini.

Od razu chciałam nabyć na prezenty dla koleżanek, ale niestety już nigdzie nie do kupienia (bo dla siebie postanowiłam już nie nabywać niczego co nie jest absolutnie genialne). Otóż - cztery ryczące okołoczterdziestki, wyjątkowe, piękne, intrygujące i ciągle jeszcze młode, odbywają cykliczne, piątkowe bodaj spotkania w paryskiej pijalni kawy. Ich rozmowom przysłuchuje się z ukrycia młodziutki barman, student akademii sztuk pięknych, na dodatek Włoch. Niby to pod pretekstem szlifowania języka francuskiego ... Kobiety bez skrępowania dzielą się ze sobą, jak to dobre przyjaciółki, większością tajników życia i pożycia codziennego a czasem intymnego, choć nie ma jakichś szczególnie pikantnych scen. A Włoch coraz bardziej się wciąga, uzależnia od cotygodniowych racji zwierzeń. A one coraz bardziej poznają siebie i swoje prawdziwe potrzeby, coraz bardziej uświadamiają sobie czego oczekują.

"Potrzebuję koło siebie mężczyzny silniejszego ode mnie, a nie takiego, który mnie osłabia".

Niby takie zwykłe i oczywiste, ale jakże odkrywcze :)

Albo to:

"Będziesz tym, co zobaczysz u mężczyzny, Bogiem, jeśli to Bóg, pyłem, jeśli to pył..."

No i czy nie daje do myślenia?

To nie tak, że książka jest tylko dla kobiet, może właśnie bardziej dla tych co pragną pojąć, zrozumieć ogarnąć kobiecość. 
Dodatkowo założę się, że każdy po przeczytaniu zwiększy spożycie dzienne kawy, a przez kilka co najmniej dni zwróci bardziej uwagę na to jak-ą i jak-ją pije.
Kto wie co w Cappuccino bardziej intrygujące, kobiece tajemnice czy tajniki parzenia aromatycznej doskonałej kawy?
Mnie osobiście najbardziej podobał się zaskakujący opis małego czarnego ziarenka...

Elia Kazan - Układ


Kazana czytałam już dość dawno temu, ale jakoś tak silnie we mnie wniknął, że siedzi do teraz. Chętnie przeczytałabym go sobie znowu, choć mam jeden problem (choć podobno Ein Problem ist kein Problem), mianowicie po ostatniej przeprowadzce wcięło mi wszystkie karty biblioteczne... A do tego postanowiłam nie kupować już nowych książek, a w każdym razie ograniczyć zakupy do sporadycznych i tych najniezbędniejszych. Także filmu wg "Układu" o tymże tytule dawno nie widziałam. Z tej tęsknoty za Kazanem zacytuję tu moje ulubione fragmenty. Przeważnie jest tak, że to co kilka, kilkanaście lat temu uważałam za ważne, dziś już takie dla mnie nie jest. Z Układem Kazana jest inaczej, co mnie dziwi i zastanawia.

"To społeczeństwo jest niespełna rozumu. Miałem na myśli wszystko w tym społeczeństwie - zwyczaje, ubrania, pracę, godziny poświęcane pracy, sposób rozmawiania ze sobą ludzi nie patrzących na siebie, domy mieszkalne, ulice, powietrze, hałas, brud, chleb - wszystkie rzeczy podstawowe."

"Zawsze coś pchamy do ust - alkohol, cygaro, cukierek."

"Nikt nie może żyć całkowicie tak jak by chciał. Wszyscy płacimy pewną dozą utraconego czasu i obrzydzenia dla siebie za dach nad głową i artykuły spożywcze. To jest nasz układ ze społeczeństwem, które samo w sobie również jest układem [...] Ja rezygnuję z kawałka duszy, ty mi za to dajesz chleb. Wszyscy w mniejszym lub większym stopniu udajemy, że lubimy rzeczy które budzą w nas wstręt. Zazwyczaj udajemy tak długo aż w końcu zapominamy o wstręcie."

"Szanuję siebie właśnie dlatego że wątpię. Dlatego, że moim zdaniem, trzeba mieć odwagę, żeby nie zadowalać się odpowiedziami innych ludzi. Trzeba odwagi, żeby móc spojrzeć za siebie wstecz i powiedzieć NIE na to, czym się było, żeby spojrzeć na ten świat i powiedzieć NIE na ten świat."


poniedziałek, 28 maja 2007

Stefan Garczyński, poeta romantyczny


"Biada tym nikczemnikom, w których duszy, jako
w stepach północnych krajów, czy słońce zaświeci
czy wicher skrzydłem nocy z mrozem w paszczę wleci, 
zawsze głucho - samotnie - spokojnie - jednako,
bo przyjdzie dzień jasności dla jasności powiek;
czas nocy - jeśli w nocy duszą zagrzązł człowiek!
Biada obrońcom wiary! Którzy bronią wiary,
jako dawnych zwyczajów niedołężnik stary! 
Ale spojrzyj w ich czyny, w ich zabiegi, cele -
podłe, wierutne łotry to ich przyjaciele!
Ich celem ziemskie tylko błyskotki i zyski;
zabawą na bliźniego rzucane pociski, 
a wiarą ich właściwa ton jest towarzyski.
Między głupimi mądrzy, szczęśliwi, spokojni.
Nigdy im niedostatek nauk nie dokuczył!
Nigdy głód celów wyższych nie cieńczył im duszy,
uczą drugich, czego się każdy z nich nauczył!
I co dawniej słyszeli, uczniom trąbią w uszy.
Przyjdzie czas, ich nauki jako mgła na wietrze rozchwieją się,
głos prawdy w proch ich głowy zetrze.
I Bóg wyrok pism świętych wszechwładnie dokona,
mędrzec w głupca się zmieni - głupiec w Salomona."


"Jak często tonącemu w bezdennej topieli
 rzuć z brzegu nitkę słabą rwącej się kądzieli,
 tak słowo w dobrej ludziom powiedziane chwili,
 jak trąba archanioła, stworzy ich czem byli."


Cytaty pochodzą z książki Adama Hanuszkiewicza "Psy, hondy i drabina", natknęłam się na nią kilkanaście lat temu. 


Stefan Garczyński (1805-1833) był poetą romantycznym, przyjacielem Mickiewicza. Zmarł w wieku 28 lat. A to, co po sobie zostawił nadal takie aktualne...



niedziela, 27 maja 2007

Służbowo do Gdańska


Stało się tak, że przyszło mi do Gdańska jechać, służbowo. No to poleciałam dzień wcześniej po bilet na Centralny. Poprosiłam jakiś na rano, pani w okienku mówi : 29 złotych. Płacę. Po jakimś czasie do mnie dociera, że jakoś mało chyba jak na trasę Warszawa-Gdańsk, ale nic, rzadko podróżuję, a pociągami ostatnio to już w ogóle, więc może się nie znam, może potaniały, może jakiś pociąg pośledniejszy, a może to już owo „tanie państwo” nastało. Następnego dnia świtem, zaspana jeszcze, myślałam, że chyba jeszcze śnię albo już mam halucynacje, bo mój pociąg okazał się być intercity, miałam na bilecie numer wagonu i numerowane miejsce przy oknie, w przedziale dla 6 osób, z miłymi zasłonkami, przytulną tapicerką i wykładzinką pod stopami. No i jeszcze mi darmową kawę przynieśli, co prawda taką najpodlejszą, ale zawsze. I herbatniczek :) Myślałam nawet, że jak konduktor będzie sprawdzał bilety, to każe mi coś dopłacać, ale nie, sprawdził, skasował i poszedł dalej.
W samym Gdańsku już zadziwiły mnie tablice wyświetlające numer i trasę w tramwajach, dowiedziałam się z nich, że są akurat imieniny Weroniki i Brunona..., no rzeczywiście niezbędna informacja dla podróżujących w ścisku ....
Przejeżdżając przez miasto zauważyłam fajną reklamę „Tankkaa– tankuj po fińsku – automatycznie taniej”. Już tłumaczę : robi mi się tak jakoś błogo i dobrze za każdym kontaktem z czymkolwiek, co ma coś wspólnego z Finlandią lub językiem fińskim.
W Gdańsku na obiad zjadłam jeden z najdziwniejszych posiłkóww moim życiu. Był to ciekawy zestaw potraw : smażone ziemniaki + placki ziemniaczane + kotlet ziemniaczany :)
No co, mięsa od dziecka nie lubię.
Wieczorne zwiedzanie zaczęłam w deszczu, ale co tam deszcz, skoro tyle fajnej starej cegły do obejrzenia :) Budowle z cegły powstawały już przed naszą erą, w kulturach starożytnego Wschodu budowano z niej już od V tysiąclecia p.n.e. Wymyślona przez człowieka pozwalała budować w miejscach, gdzie nie było naturalnego budulca, kamienia. (Podobno do wybudowania Wieży Babel użyto jej 85 milionów sztuk.) Obejrzałam więc w deszczu Stare Miasto, które nazywa się Miasto Główne, ulicę Mariacką, Chlebnicką, Mydlarską, Piwną, Długą, Długi Targ, i masę innych, przedreptałam nad Motławą, pierwszy raz w życiu zachwyciłam się posępnym Żurawiem (gdzie ja się wcześniej chowałam....?), wmurowało mnie przy katamaranach, Sołdku i galeonie, nie mówiąc już o kościołach, kamienicach, ratuszu, bramach, basztach. Byłam w XIV – wiecznych murach ratuszowej restauracji i poczułam się trochę jak Oleńka z Potopu na dworze księcia Bogusława, kiedy wchodziłam przez ciężkie drzwi do ciasnego korytarzyka ze schodkami w górę, zakrętem i znów schodkami w dół (niestety takie atrakcje to w drodze do toalety :) Z kościołów największe wrażenie zrobił na mnie kościół Świętego Jana, zbudowany w XIV wieku, a w następnych rozbudowywany. Po wojnie jego wyposażenie zostało przeniesione do kościoła Mariackiego, ostał się jedynie niesamowity ołtarz. Do teraz stoi pusty.... Wielki gotycki pustostan, zagospodarowywany okresowo dla celów kulturalnych i duszpasterskich, odbywały się tu koncerty, wystawy, a nawet festiwal szekspirowski. Tuż obok tego kościoła znajduje się mały tajemniczy zaułek, który nazywa się dopiero od niedawna, ale za to jak ! Zaułek Zachariasza Zappio. (Dotychczas myślałam, że najbardziej wdzięczną nazwę porządkującą ulice i place już słyszałam, mieszkam koło niej : „Skwer Mieczysława Fogga”.) Zachariasz Zappio był kupcem i dobroczyńcą żyjącym w Gdańsku w wieku XVII, a między innymi także fundatorem liczącej około 6000 woluminów biblioteki parafialnej.
Z detali, pod których wrażeniem jestem do dziś, wprost zbombardowana bodźcami artystycznymi, najbardziej pamiętam niesamowicie drobiazgowo rzeźbione drzwi i dwa jednorożce ze sklepienia w Sali Czerwonej Ratusza, zapraszam do obejrzenia animacji :
http://www.mhmg.gda.pl/panoramy/panorama_3.html
Kiedy już przestało padać i skończyły się moje obowiązki służbowe, postanowiłam sobie popłynąć gdzieś, gdziekolwiek. Stanęło na promie do Westerplatte. Jak małe dziecko przyssana do burty WGAPIAŁAM SIĘ we wszystko obok czego przepływaliśmy, stocznię, port, ogromne, wielkie, straszne, tajemnicze, trochę groźne, naszpikowane dziwnymi ustrojstwami statki, naprawcze, promy przewożące auta, statki towarowe, maszyny ... Gdybym była małym chłopcem, to na pewno zechciałabym zostać marynarzem :)
Co tam męska fascynacja rozmiarami w porównaniu z kobiecą :)
Raz rozpocząwszy przygodę z wodą zapragnęłam więcej, wybrałam się więc jeszcze na plażę. Słońce było cudowne, choć już mocno popołudniowe, wiaterek spokojny, piasek gorący a woda lodowata. Dość dawno nie byłam nad morzem, więc nie zważając na nic, wskiknęłam do wody, choć po kostki. Lód. Wytrzymałam godzinkę niezmordowanie maszerując wzdłuż brzegu. Było tak pięknie .... :)
Jeśli kto wyjechał z kraju za chlebem, a w Gdańsku nie był, to ma wracać i w Gdańsku być.
Na zakończenie wyjazdu przeżyłam mały kalifornijski epizodzik. Stojąc już na peronie z biletem powrotnym w garści, kosztującym już normalne 82 zł (tanie państwo to była jednak tylko fatamorgana), słyszę : du juspik inglisz? Zagubiona w obcojęzycznym kraju para emerytowanych Amerykanów trafiła akurat na mnie, rozumiejącą z grubsza, z cieńsza to już mniej. Natenczas konwersację nawiązaliśmy, a jakże, włączając kilka słów po niemiecku i kilka po hiszpańsku, no i po tym właśnie to ja już byłam ich Amiga :) Mieszkają na stałe dwie mile od styku płyt tektonicznych i co chwilę ich nawiedza większe lub mniejsze trzęsienie. Dużo podróżują. No proszę, może jeśli wyjadę z tego kraju póki czas, to także na emeryturze będę podróżowała po świecie? Train przybył, miejsce moje było w wagonie 11, mało czasu do odjazdu, więc wchodzę do 6, Ameryka za mną, i widzę że dalej to już tylko dwa wagony, więc gdzie, do ch.o.l.e.ry podział się mój ? Zostawiłam bagaże sympatycznym amerykańskim emerytom (Polakom raczej bym się bała, zwłaszcza służbowego laptopa...) i udałam się na poszukiwania. No i jak myślicie? Co się okazało? Obstawiamy, obstawiamy ... No, za 6. wagonem był 7. a za nim, no, to przecież logiczne, 11. Ufff. Wróciłam po toboły, opowiedziałam co i jak, na co oni że 7 i 11 to szczęśliwe liczby, na co ja, że wiem, I was born of the 7th of November, na co pani, że jej brat też, no i radośnie rozstaliśmy się z wielkimi uśmiechami umacniając przyjaźń polsko-amerykanską :)
Miłym akcentem wieńczącym całą podróż był blisko półgodzinny postój (ekspresu), zgodnie z planem, w W-wie Wschodniej ... Po odstaniu swojego i po 2 minutach jazdy już mogłam spokojnie wysiąść na Centralnym zastanawiając się dlaczego tego półgodzinnego postoju nie zrobią, bo ja wiem, w Działdowie na przykład?

Do samego wyjazdu z Gdańska miałam wstępne postanowienie przeprowadzenia się tam na stałe, ale przeczytałam artykuł w prasie, że tam straszne statystyki wykrywalności zachorowań na raka, przypadków dwa razy więcej niż w innych rejonach kraju, a to podobno przez zakład Fosfory, choć i inne czynniki, w tym liczne dymiące kominy podawane są za współwinowajców. No i mój pierwszy zapał jakby stopniał ...



sobota, 26 maja 2007

Desiderata


Przechodź spokojnie przez hałas i pośpiech i pamiętaj, jaki spokój można znaleźć w ciszy. Tak dalece, jak to możliwe, nie wyrzekając się siebie, bądź w dobrych stosunkach z innymi ludźmi. Prawdę swą głoś spokojnie i jasno, słuchaj też tego, co mówią inni, nawet głupcy i ignoranci, oni też mają swoją opowieść. Unikaj głośnych i napastliwych, są udręką ducha. Jeśli porównujesz się z innymi, możesz stać się próżny lub zgorzkniały, bowiem zawsze będą lepsi i gorsi od Ciebie. Ciesz się zarówno swoimi osiągnięciami jak i planami. Wykonuj z sercem swą pracę, jakkolwiek by była skromna. Jest ona trwałą wartością w zmiennych kolejach losu. Zachowaj ostrożność w swych przedsięwzięciach, świat bowiem pełen jest oszustwa. Lecz niech Ci to nie przesłania prawdziwej cnoty, wielu ludzi dąży do wzniosłych ideałów i wszędzie życie pełne jest heroizmu. Bądź sobą, a zwłaszcza nie zwalczaj uczuć: nie bądź cyniczny wobec miłości, bowiem w obliczu wszelkiej oschłości i rozczarowań jest ona wieczna jak trawa. Przyjmuj pogodnie to, co lata niosą, bez goryczy wyrzekając się przymiotów młodości. Rozwijaj siłę ducha, by w nagłym nieszczęściu mogła być tarczą dla Ciebie. Lecz nie dręcz się tworami wyobraźni. Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności. Obok zdrowej dyscypliny bądź łagodny dla siebie. Jesteś dzieckiem wszechświata, nie mniej niż gwiazdy i drzewa masz prawo być tutaj i czy Ci to jest dla Ciebie jasne czy nie, nie wątp, że wszechświat jest taki, jaki być powinien. Tak więc bądź w pokoju z Bogiem, cokolwiek myślisz o jego istnieniu i czymkolwiek się zajmujesz i jakiekolwiek są Twoje pragnienia: w zgiełku ulicznym, w zamęcie życia zachowaj pokój ze swą duszą. Z całym swym zakłamaniem, znojem i rozwianymi marzeniami ciągle jeszcze ten świat jest piękny. Bądź uważny, staraj się być szczęśliwy.
Tekst - anonim znaleziony w starym kościele w Baltimore w 1692.
Albo napisany w 1927 przez Maxa Ehrmanna.
Tekst ten towarzyszył mi w życiu od czasów ogólniaka, kiedy to kolega wymalował go pędzelkiem i farbkami w całości na ścianie mojego pokoju.



wtorek, 22 maja 2007

Seamus Heaney - Laska i deszcz



Postaw na sztorc magiczną laskę, która ściąga

Deszcz, a zabrzmi muzyka, o której nawet

Nie sądziłbyś, że tak ją chcesz usłyszeć.



Kaktusowo kłująca ulewa z otwartych

W górze śluz: rozlewiska, potoki i wiry.

Stoisz jak flet, na którym gra woda. Potrząsasz



Laską: diminuendo przebiega przez skale

Deszczu, jak schnący na twych oczach rynsztok.

Kolej teraz na krople z odświeżonych liści,



Drobne resztki wilgoci z trawy i stokrotek,

Mgiełkę, która jest bardziej wydechem powietrza

Niż deszczem. Postaw laskę znów na sztorc. Tego,



Co nastąpi, nie zmniejszy fakt, że się już raz –

Dwa razy, dziesięć, tysiąc – wydarzyło przedtem.

Cóż, jeśli całą muzyka jest szelest piasku,



Stuk suchego nasionka we wnętrzu kaktusa?

Jesteś jak bogacz, który dostał się do nieba

Przez ucho kropli deszczu. Słuchaj teraz znów.



Seamus Heaney – ze zbioru Ciągnąc dalej (Spirit level) 1996

tłumaczenie Wydawnictwo Znak

wtorek, 15 maja 2007

O xbw trochę obszerniej


¿Dlaczego akurat xbw? Może ktoś jeszcze pamięta ze szkoły, XBW, Książę Biskup Warmiński, Ignacy Krasicki, 1735-1801, ten piszący satyry i bajki. Napisał Mikołaja Doświadczyńskiego przypadki (pierwsza polska powieść), także poematy heroikomiczne: Myszeidos, Monachomachia, czyli wojna mnichów i Antymonachomachia. A moje inicjały to BW i wszystko jasne. Mówcie mi Księżno (Xsiężno?) :) 

To może uchylę trochę rąbka tajemnicy, z kim tutaj macie do czynienia. Jestem różna :) Zainteresowań mam od groma i ciut ciut, i czasem myślę, że to źle, a czasem myślę, że to bardzo źle. No bo tak, czytać lubię, i to wszystko, od książek dla dzieci poprzez ciekawe blogi :) po Finnegans Wake... Filmy oglądać też lubię, na szczęście nie wszystkie, te dobre tylko, ale tu też mam pecha, bo wbrew pozorom tego też sporawo „się” namnożyło. Muzyki słuchać lubię, no bo kto nie lubi,choć najbardziej to lubię ciszę i głosy delfinów. No i tu kolejne kłody pod nogi, bo od „Do You Know Where You're Coming From” Jamiroquai po III d-moll fortepianowy Rachmaninowa w wykonaniu, np. Evgenya Kissina, dźwięków niesamowitych chmary niezliczone w eterze.... A wierszy pięknych, np. Emily Dickinson jaka mnogość. A języków pięknie-tajemniczo-kusząco brzmiących ile na świecie... Ostatnio oczarował mnie jeden zwłaszcza, paskudny uwodziciel, a imię jego suomi,choć niektórzy zwą go także finnish, i to do tego stopnia, że randkuję regularnie dwa razy w tygodniu po 2 godziny. FFF, film, fiński, filozofia. No kiedyś miałam taką przygodę, że sobie ten kierunek trochę postudiowałam, czego skutkiem od czasu do czasu w wypowiedziach wtrącam, np. zdanko „w bycie bytu dokonuje się nicościowanie nicości” lub wspominam coś o brzytwie Ockhama lub innym daimonionie. A tak, to obok po lewej stronie to obrazy Spitzwega, no obrazy też lubię niestety, no i gotyk, góry, drzewa, samoloty, łodzie podwodne, rakiety kosmiczne, alfabet grecki....
Dobra,wystarczy na razie. A czego w takim razie nie lubię? Noo, sporo będzie, noszenia zegarka, mleka, adidasów, drzwi obrotowych, prezentów, głupoty promowanej pod szczytnymi hasłami, strachu niezwalczanego..., nie chce mi się dalej ciągnąć, tyle tego.

Ostatnio nie lubię tego, że ten blog jeszcze nie wygląda tak, jak według mnie powinien, ale przecież wszystkie (prawie) początki bywają trudne. Więc żegnam o wybaczenie pokornie prosząc i poprawę obiecując.

niedziela, 13 maja 2007

Dobrze mieć syna czyli weekend z Orsonem Wellesem


Upolowałam film, nośnik DVD jeszcze, pewnie wkrótce wyparty przez Blu-ray zostanie, to JUŻ trzeci w mojej kolekcji. Wszystko przez pociechę, syna znaczy, cały weekend pod szyldem Orsona Wellesa i Obywatela Kane. Synoczek z jakiś tydzień temu mimochodem zapytał, co wiem o Obywatelu K, na co ja, że to kultowy film, the best from the best from the best, o facecie który umarł wypowiadając słowo „różyczka” (rosebud) i przez resztę filmu trwa dochodzenie, co też mógł mieć na myśli. No i tu, na serii mglistych barokowo czarno-białych senno-zapomnianych wizji, moja wiedza się urwała. No i w te pędy uderzyłam do mojej ulubionej księgarni wysyłkowej w celu nabycia oraz ponownego dogłębnego obejrzenia, czego i Wam życzę, że tak sloganem pojadę, naprawdę warto. Tym bardziej, że jako dodatkową atrakcję wrzucono na płytkę arcyzajmujący dokument o kulisach powstania filmu.
Orson narobił niezłego zamieszania już jako 20-latek, w dziedzinie teatru, a jakże, no i namieszał nieźle ze słuchowiskiem radiowym wg Herberta George’a Wellsa Wojna światów (słuchacze byli święcie przekonani, że Marsjanie faktycznie opanowują Ziemię). Trochę szkoda, że nie wyszła mu ekranizacja „Jądra ciemności” Conrada, co później nadrobił FFC „Czasem Apokalipsy”. Ale za to wspiął się na szczyty Obywatelem właśnie i to w wieku 26 lat. Z 9 nominacji do Oskara film wszech czasów dostał jedną nagrodę, za scenariusz .... Jeśli ktoś uważa, że żyjemy w chorych czasach, to może go pocieszy L, że takie chore czasy, chore układy są zawsze i wszędzie. Obywatel Kane o mały włos nie zostałby zniszczony i fizycznie spalony jeszcze przed premierą, a po premierze przeleżał sporo lat w magazynach, zanim czasy dogoniły i doceniły dzieło Wellesa. A sam Orson ... co ma począć człowiek, który zaczął od spektakularnego sukcesu, już na początku osiągnął wszystko to, do czego inni dążą całe dziesięciolecia, a i tak nielicznym tylko udaje się zaistnieć. Cóż, gdyby go nie zniszczono, nie odstawiono na boczny tor, to może .... ? W 1970 roku dostał jednak Oskara za całokształt. Facet dożył sobie siedemdziesiątki bez dalszych fajerwerków, zszedł był w 1985 roku. 
Obywatel Kane, 1941 rok, będzie już 66 latek... No...



czwartek, 10 maja 2007

Metamorfozy czyli z listu do S.



Skąd się bierze siłę i mądrość kiedy są potrzebne? Dlaczego nie można usiąść sobie spokojnie, pstryknąć palcami, a te uniżenie, jak kelner, zjawią się jak spod ziemi, gotowe usłużyć? 


Życie wokół mnie zmienia się z kosmiczną prędkością, pozostaje mi tylko pogodzić się, przyzwyczaić. Oswoić się. Uwierzyć. I żyć dalej jak gdyby nigdy nic, normalnie i zwyczajnie.


Dostajesz dar, wygląda pięknie, zaskakuje, cieszy. Ale nie masz pewności czy tonie jest kawał - dowcip - żart, czy to nie jest tylko piękne puste opakowanie z kolorowa wstążką. 


Metamorfoz ciąg dalszy. Długa droga przede mną. Ale to ta jedyna właściwa. Zaufałam, uwierzyłam. Wchodzę, wstępuję, idę. Pewnie, pewnym krokiem,powoli, spokojnie. 


Odpoczynek co krok lub co godzinę lub jak popadnie, kiedy będzie można, kiedy będzie trzeba, kiedy będę zmęczona. "Cichutko, pomaleńku".


Tylko dlaczego ciągle jest mi tak mocno smutno, takim smutkiem bezbrzeżnym, mimo tego permanentnego siłowego przeciągania się na świetlistą stronę życia.


Źródła siły mogą być różne, ale jedne wysychają, inne niespodziewanie wytryskują nam pod stopami, znienacka, pewniki jak kolorowe baloniki, pękają wcześniej lub później.


Ech, życie, życie, jak przez ciebie przejść nie ociekając krwią, kiedy po jednej stronie rosną róże a po drugiej kaktusy.


Skoro dziś błąkam się po jaskiniach, jarach i kotlinach zasnutych szarą lepką i niezbyt przyjemną mgłą, w półmrokach przyświecam sobie słabym płomykiem jakiegoś kaganka czy innej lampy naftowej bądź też przygasającej pochodni, to jak znam siebie, jutro czy pojutrze wszystkie ośmiotysięczniki zaliczę, zdobędę oba bieguny i może jeszcze zdołam zahaczyć o księżyc.



I tym optymistycznym akcentem kończę, a pozdrowienia ogrzewam ogniem krzesanym z krzemieni gdzieś w dalekim stepie.

Generał


Uf,

braknie mi właściwych słów

obraz myśli moich staje się coraz mniej klarowny

mgły nocy i zmęczenia osnuwają moją głowę

zaplątują się we włosy

przenikają przez skórę do wnętrza

zamazują przekaz

synapsy ziewają

adrenalina z noradrenaliną życzą sobie miłych snów

otulając się kołderkami z dendrytów

dobranoc, dobranoc, dobranoc

substancja szara zakończyła już nawet grę w szachy

z substancją białą

wynik remisowy

móżdżek nuci pod nosem kołysankę


cóż ja biedna pocznę teraz bez mojego generała


Stolarz - z listu do O.


STOLARZ !!!!!!!

Najwspanialszy zawód świata

na równi z budowniczym domów

miliony myśli

nie sposób zapisać

nie da rady

nawet choćby zacząć



można spróbować opisać stan

kiedy te myśli tak z prędkością tornada

kością ?

koścista to ja już pewnie nie będę...

ale spróbuję mniej kulista



A ta giełda tych staroci

i kolekcji

fajna była

powiało

i brzytwa i złoty faraon

olśniewający symbol

przemieszczenie i w czasie i rozrzucenie w przestrzeni

i obrazy różnych ludzi

różnistych miejsc

ale ziemskich

i jeszcze

szmer głosów

języki sprzed wieków

brzęk monet

sprzed wieków

szczęk zbroi

tętent końskich kopyt

pokrzykiwania jeźdźców

pokojowe

bo w mojej głowie

antyaborcyjnej



Twister przycicha

ale jak to amerykański dziki wolny

wicher

niepokorny i zaraz znów

raz lekuchno i gasnąco

a potem wichrzy wichrzycielsko

coraz mocniej i mocniej

i nie możesz być pewny nigdy do końca

czy przycicha by zamilknąć czy może

jednak będzie

chciał

spróbować

osiągnąć

prędkość i

rozmiary

i dzikość

i nieziemskość

wichur

i innych

zjawisk

pogodowych

na planetach w kosmosie

a

może nawet rozmiar burzy

słonecznej ?



Czy to jeszcze Edwardostedowy

"łoskot wiecznie głodnego

morza

w skroniach"?

czy już dalej popędziło ?

wyrwało się spod kontroli

i jeszcze łapiesz

a to niesforne dziwadło umyka

i udaje że

to na poważnie

że nie okiełznasz

że uciekło na zawsze wyzwolone

spod kontroli

Ale MY

z ilorazem IQ

wiemy

teatrzyk

dla dzieci

scena teatru Lalka

dla młodego widza

jeszcze nie aktora

bo potem to już każdy

w teatrze życia codziennego

a teraz to już masówka od najwcześniejszych

ledwo ledwo od ziemi lat



Być innym to zaszczyt

I NIE WOLNO (!!!!!!!)  myśleć inaczej