.

De omnibus dubitandum est. Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.

kaleką matematyką obliczamy swoją wartość (Emily Dickinson)

poniedziałek, 14 lipca 2008

Youth Without Youth




Nazwiska? Voila! Mircea Eliade, Francis Ford Coppola, Tom Roth, Bruno Ganz, Matt Damon...



Co mnie do filmu przyciągnęło? Piorun. Tim. Mircea.



Piorun, uderza, często zabija, ale czasem zmienia. Kiedyś obejrzałam film "Zagadka Powdera" ("Powder"). Kiedyś obejrzałam film "Fenomen"("Phenomenon"). Teraz obejrzałam "Młodość stulatka" ("Youth Without Youth"). We wszystkich piorun razi człowieka powodując niesamowitą przemianę człowieka a to w geniusza, a to w esencję człowieczeństwa.




Mircea Eliade. Sacrum - profanum. Kamień filozoficzny. Transmutacja. Pożoga kosmiczna. Płodność kamieni.
Epi- Hiero- Krato- Onto- Teo- fania.
Magna mater. Symbol, róża.

Jak to możliwe, że studiując filozofię nie przeczytałam żadnej z książek Eliade? Ano.

Poszukiwanie prajęzyka, przedjęzyka, syntezy, początku, zarania, pierwszych komunikujących sylab, ojca i matki, boga dźwięku.

Tim Roth jako Novecento, 1900 - La Leggenda dell pianista sull'oceano - Człowiek Legenda, genialny pianista, dzięki Giuseppe Tornatore odkryłam aktora. Przez wielkość filmu do wielkości człowieka jako aktora. Przez wielkość filmu i aktora do potęgi muzyki, dźwięku.

W "Youth without Youth" muzyka nie odgrywała dominującej roli, dźwiękami niemuzycznymi ale jakże melodyjnymi były słowa wypowiadane w wielu istniejących i nieistniejących językach. Mnogość języków świata, wieża Babel...

środa, 2 lipca 2008

entliczek pentliczek....


Jutro rano rozstrzygnie się wstępnie bardzo ważna dla mnie sprawa, wóz albo przewóz, w tę albo we w tę. Nie mogę już nic w tej sprawie zrobić, nic już ode mnie nie zależy. Teraz muszę TYLKO CIERPLIWIE CZEKAĆ do jutra.
Trzymajcie za mnie i za powodzenie sprawy kciuki.


      


piątek, 27 czerwca 2008

śród takich pól przed laty...


Środek rozgrzanego czerwcowego tygodnia to dobra pora na opuszczenie dużego miasta i udanie się na prowincję. Niby tylko trzy dni, ale zawsze to coś:) Miło wyjechać, a jeszcze milej wrócić...


 
            zdjęcie by xbw

Śród pól, łąk, a w pewnym oddaleniu, także lasów, w domku ze zdjęcia spędziłam pierwsze siedem lat mojego życia... Dom z ogrodem na skraju małego miasteczka... Sielanka... Domek po latach wygląda już nieco inaczej, zieleni przybyło. Ale ile wspomnień...

środa, 11 czerwca 2008

sezon rozpoczęty


 


Dwa pierwsze małe wypady a la wakacyjne za mną :)

Stopy zamoczone w mazurskim jeziorze i w morskiej wodzie. Sopockie molo o zachodzie słońca jest baśniowe... W świetle dnia traci na romantyczności, ale nadal miło na nim być...


 


Monciak tętni życiem, młody gotowany bób z budki smakuje jak nigdy, zbytnio nie przeszkadzają nawet liczne prace budowlane.

 

Szkoda, że krótko, że przelotem, ale zawsze dobre i to na rozpoczęcie letniego sezonu...


                                       zdjęcia by xbw

Zawsze niech będzie słońce,
zawsze niech będzie niebo,
zawsze niech będą wakacje,
nieustające wakacje...
Następny wyjazd już pojutrze :) hułła!
Czego i Wam życzę.

niedziela, 25 maja 2008

był sobie Tybet?






 



 



Przeczytałam przed chwilą, że po igrzyskach w Pekinie Chińczycy planują osiedlenie w Tybecie miliona etnicznych Hanów, Chińczyków, których kultura daleko odbiega od tybetańskiej.


Cel - jeszcze większe osłabienie tożsamości i kultury tybetańskiej. Czy wtedy już będzie całkiem po Tybecie? Jakoś tak nie za bardzo dowierzam, że to się dzieje tu i teraz, na oczach miliardów cywilizowanych obywateli kuli ziemskiej w postępowym XXI wieku. Czy znikania Tybetu nie da się już powstrzymać?


Przypomniał mi się taki stary dowcip z puentą : notatka w gazecie - "na granicy polsko-chińskiej spokój". Jakoś mnie teraz nic a nic nie śmieszy...








czwartek, 1 maja 2008

i kto to teraz będzie czytał...


Wszyscy, no prawie wszyscy, piszą. A ja się zastanawiam, kto to wszytko przeczyta...

Nie wiedzieć czemu, czasem tu ktoś zagląda, ponad 7 tysiączków odwiedzin stuknęło, więc wnioskuję z tego, że czasem ktoś "przerzuci okiem", to co napisałam, a przynajmniej ogląda załączone obrazki :) Nikt ostatnio nie komentuje, więc trochę się czuję jakbym gadała do obrazu, choć czasem komentarze są kierowane bezpośrednio do Autorki z pominięciem bloga.

No, to by AUTOROM nie było smutno, kontynuuję czyta
nie (w moim wypadku to stosunek wielokrotnie przerywany). I choć niektórzy piszący już nie żyją, to mam nadzieję, że TAM W GÓRZE :) nadzwyczaj im przyjemnie z powodu czytania ich tu na ziemskim padole.

Jeśli co ciekawego wyczytam (taką mam nadzieję), z całą pewnością się z Wami podzielę.

Moje tendencje czytelnicze są obecnie dwojakie, mianowicie czytam to co oglądam (sfilmowane powieści) i  to co polskiego na moich półkach stoi, a jak się da, to łączę. Ostatnio coraz częściej  działam pod hasłem Teraz Polska :) Średnio mam tak co 2-3 lata.

Wkrótce także, taka raczej dłuższa, relacja z mojego coraz bardziej namiętnego oglądactwa filmowego,  blisko setkę filmów bowiem znów od ostatniego wpisu filmowego zobaczyłam...

A póki co:  Niech się święci 3 Maja :)

Miłej Majówki!



 

poniedziałek, 7 kwietnia 2008

quien lo probó...


Desmayarse, atreverse, estar furioso,
áspero, tierno, liberal, esquivo,
alentado, mortal, difunto, vivo,
leal, traidor, cobarde, animoso;
no hallar fuera del bien centro y reposo,
mostrarse alegre, triste, humilde, altivo,
enojado, valiente, fugitivo,
satisfecho, ofendido, receloso;
huir el rostro al claro desengańo,
beber veneno por licor suave,
olvidar el provecho, amar el dańo;
creer que un cielo en un infierno cabe,
dar la vida y el alma a un desengańo;
esto es amor, quien lo probó lo sabe.

Lope de Vega "Varios efectos del amor"


niedziela, 6 kwietnia 2008

rozważania na przełomie


Na przełomie czego, dni, tygodni, weekendu i dnia pracy, pór roku, etapów życia?

Czy wygrana w Milionerach jest bardziej prawdopodobna od wygrania w Lotto? To zależy, ile wysiłku i starania  jest się w stanie włożyć w potencjalne zdobycie "manny z niebios". Teoretycznie łatwiej jest gdzieś po drodze zajść do mnożących się na potęgę punktów z automatami i za niemal symboliczne 2 złocisze nabyć nadzieję. Żeby zasiąść na krzesełku obok Huberta i, popijając herbatkę z żółtego kubka, zastartować w odpowiadaniu na kasą ociekające pytania, potrzeba stosunkowo sporo zachodu, jakieś zgłoszenia, eliminacje, regulaminy, pojechać do Krakowa, zorganizować telefonicznych odpowiadaczy, a i tak można odpaść po pierwszym pytaniu i być w plecy znacznie więcej, niż 2 złote.

Jak wielu byłoby milionerów, gdyby tak można było odpowiadać na pytania Huberta (może nawet bez samego Huberta) w zaciszu domowym lub innym relaksującym miejscu, bez potrzeby zachodu i ruszania tyłka do Krakowa, bez publiczności, kamer, stresu... Ot tak, po prostu. Jak w grze komputerowej.

Kiedyś przeprowadzano takim "domowym" sposobem testy na inteligencję. Zastanawiam się, jak bardzo różniłyby się wyniki internautów, gdyby testy były przeprowadzane tradycyjną metodą, stadnie i gromadnie, z pisakiem w dłoni i osobą stojącą "dyskretnie" w pobliżu, niemal jak na maturze czy co najmniej klasówce.

Jakimi motywami kierowała się dziewczyna, która miała właściwie milionową wygraną w kieszeni i, tak naprawdę, pozbawiła się dość niefrasobliwie i młodzieńczo - idealistycznie, dwukrotności tego, z czym wyszła ze studia? Może tak sobie wcześniej postanowiła, może nie chciała kusić losu, może uzgodniła to z rodziną, może ... Pewnie nawet ona sama dobrze nie wie, czemu.

Przypomniał mi się człowiek, chyba też z Milionerów albo z jakiejś innej gry telewizyjnej, który zrezygnował z szansy, mimo znakomitej passy, oświadczając wprost, że tyle ile ma już wystarczy, nie chce więcej, bo za wszystko w życiu trzeba zapłacić, że istnieje swoista równowaga między tym, co dostajemy i tym co musimy oddać. W podtekście była obawa, że za takie wielkie szczęście wysokiej wygranej, może spotkać nas coś złego, choroba, nieszczęście, duża strata, tak w imię wszech panującej równowagi.

Tylko czy istnieje coś takiego jak sprawiedliwość i równowaga? Sprawiedliwość w znaczeniu: po równo dobra i zła, szczęścia i nieszczęścia, zysków i strat w żywocie jednostki.

A co w przypadku, jeśli kogoś duża kwota gotówki "nie rusza", jest dla niego obojętna, jak w przypadku bezdomnego Polaka mieszkającego gdzieś w Anglii, który po śmierci okazał się bardzo zamożny - jakie w takim przypadku będzie "dopełnienie" wzbogacenia, skoro owo wzbogacenie przez wzbogaconego nie jest postrzegane jako "wielkie dobro"?

Jakie są granice tego, co możemy chcieć, co możemy chcieć mieć, posiadać, co chcemy osiągnąć? Czy te granice powinny w ogóle istnieć?

 

sobota, 5 kwietnia 2008

poniedziałek, 31 marca 2008

falling slowly




 

I don't know you
but I want you
all the more for that
words fall through me
and always fool me
and I can't react

games that never amount
to more than they're meant
will play themselves out

take this sinking boat
and point it home
we've still got time
raise your hopeful voice
you had the choice
you've made it now

falling slowly
eyes that know me
and I can't go back
wounds that take me
and erase me
and I'm painted black

you have suffered enough
and warred with yourself
it's time that you've won

take this sinking boat
and point it home
we've still got time
raise your hopeful voice
you had the choice
you've made it now

falling slowly
sing your melody
I'll sing it loud


niedziela, 30 marca 2008

Once ... zaproszenie do kina ...




Dopiero była premiera (polska...) a dziecię moje już obejrzało, zaraziło. Zresztą już wcześniej mnie ten film zaciekawił, ale kiedy dostałam słuchawki z bezwzględnym poleceniem posłuchania (synowi udało się wychować matkę właściwie), to mnie także zauroczył.

Piosenka dostała Oskara.

A ja może się wybiorę do kina zanim przestaną puszczać....

I jeszcze jedno: za jakie ciężkie popełnione grzechy polski filmoman musiał czekać na obejrzenie (i posłuchanie!) tej perełki od 15 lipca 2006 aż do tego weekendu?! Szkandał...



sobota, 22 marca 2008

bojkot?


Przeczytałam o akcji bojkotowania wszystkiego co chińskie, igrzysk, produktów...


W sumie pomysł fajny, ale totalnie nierealny. Mocno spóźniony.
Wybrałam się na zakupy. Głównie w celu uzupełnienia garderoby nastolatka. Dwie czapki, dwie podkoszulki, kurtka, spodnie. Dodatkowo kupiłam dwie malutkie szklane popielniczki. Made in China - przeczytałam na nich w sklepie, zawahałam się przez ułamek sekundy czy nie odłożyć na półkę, nie odłożyłam. Po powrocie do domu zaczęłam odcinać metki... Spodnie Made in China, kurtka Made in China, czapki Made in China. Światełko nadziei zapaliły we mnie metki przy koszulkach - tureckie :)





piątek, 14 marca 2008

źrenica księżyca...


Coraz lepiej i aż żal wyjeżdżać. Co prawda są tu ulice, gdzie nr-y parzyste i nieparzyste są po tej samej stronie ulicy, ale to szczegół. Z dnia na dzień aklimatyzuję się i wtapiam coraz bardziej, ku mojemu WIELKIEMU zaskoczeniu. Albo to miasto tak ma, że każdemu tu dobrze, albo to ja tak mam, że mi wszędzie dobrze. Albo jeszcze co insze, tylko nie wiem, co by to mogło być.

Wylądowałam gwałtownie i niespodziewanie pod Kopcem Kościuszki. W nocy wyglądał jak gigantyczny statek kosmiczny, z oświetloną kopułą połyskującą zielonkawo... A nad kopcem księżyc pomrugiwał, w otoczce, taka źrenica księżyca...
Zadzwoniłam do Syna, Przyjaciela i Kumpla z pozdrowieniami spod UFOkopca.

W autku podwożącym leciało Paranoid Black Sabbath, pomyślałam, że lubię tu być :)))

Zjadłam w dopóźnaotwartej jadłodajence mojojedzeniowej.
I pożegnaniowo przeciągnęłam swoją osobę po brukach Rynkowych i okołorynkowych.
Niechcący oko zawiesiłam na okładkach za szybą i utknęłam na dłużej w bramie Floriańskiej. Ale czyż nie było warto, no sami powiedzcie:

- Potęga obrzydzenia Esej o wstręcie
- Imperium osmańskie
- Kultura japońska
- Uczeni przed lustrem
- Odkrywanie miast Antropologia obszarów miejskich
- Obecność mózgu w świadomości Empiryczny status zjawisk subiektywnych w świetle psychofizjologii
- Nauczanie języka arabskiego
- Literatura żydowska od epoki biblijnej do haskali

I cała masa innych przeciekawie zapowiadających się na pierwsze luknięcie tytułów...
Nie wiem już, po raz który z kolei stwierdzam, że życie jest stanowczo zbyt krótkie, zapewne nie ma szans na przeczytanie, ale i tak podaję namiary, sobie na przyszłość bądź wszystkim zainteresowanym (ale vonegutowo się tu zrobiło :):



Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
www.wuj.pl

mów mi "wuju".....


poniedziałek, 10 marca 2008

dance dance dance dance dance to the radio


Powoli zaczynam odczuwać wyjazd nie jak zesłanie na Syberię, ale jako fajną sprawę. Wędrując przez Rynek i chłonąc specyficzną atmosferę powoli uśmiech wracał na moje zbolałe oblicze :) Wszędziebolące ciało odboliwało powoli, głowa odpuchała, oddech miarowiał i w ogóle jakoś ku lepszemu iść zaczęło. Wysłałam komórką rozpaczliwe S O S do koleżanki wegetarianki, ta litościwie udostępniła namiary pobliskiej jadłodajni niemięsnej, żarełko włoskie i indyjskie. Posiliłam się należycie oraz przyzwoicie, jedzonko pyszne i owszem, ale pikantne ponad moją miarę, co w tsunami dobrego nastroju nic a nic mi nie przeszkodziło. Do kina mnie ciągnęło. Wybrałam depresyjny film z lekką obawą, że zapewne mnie przygniecie i nadciągające tsunami przegoni nazad w diabły. Ale gdzie tam, nawet samosznurobójstwo 23 letniego Iana Curtisa w kwiecie szarego epileptycznego życia następujące tuż po Herzogowym Stroszku w kultowym Control, zadziałało odwrotnie, niż, jak by się zdawało, powinno. I radosna i lekka z kina wybyłam, mądrzejsza i nasycona przypomnieniem muzyki dawnego Warsaw a późniejszego New Order.


Ciekawa jutra dobrej nocy życzę.




niedziela, 9 marca 2008

wielkie oglądanie


Znowu mnie w Polskę poniosło.. :) Na szczęście z laptopem. I dobrze, bo przez zimę jakoś tak domatorką zostałam i zapatrzona w ekrany oglądałam, oglądałam i oglądałam... znowu...

Na szczęście w pociągu poręczniej czytać i dziś udało mi się napocząć wielkiej piękności, a przeczuwam i przewiduję, także wielkiej mądrości książkę Bodil Malmsten - Cena wody w Finistere, ale o tym inszą inszością.

Ukasz nie może zrozumieć, jak to możliwe, że obejrzałam w marcu więcej filmów niż on, skoro jestem tak bardzo zajęta. Ja też nie mogę tego zrozumieć. No tak mnie wessało i pochłonęło, że przestać nie mogę, a właściwie to nie chcę. Synoczek przynosi takie perełki z wypożyczalni (pod domem dwie dobre) :))

A co zobaczyłam w ciągu ostatniego miesiąca, opisuję:

Straż przyboczna (Yojimbo), reż. Akira Kurosawa; Japonia 1961 --- Samuraj Mifune robi porządek, sądząc po minie, musiał się doskonale bawić. Czy mi się zdawało, czy cały czas puszczał oczko ? :)

Nocny kowboj (Midnight Cowboy), reż. John Schlesinger; USA 1969 --- Dustin, Dustin, jesteś Wielki Człowiek, na zawsze. No i ta muzyczka :)))

Piętno śmierci (Ikiru), reż. Akira Kurosawa; Japonia 1952 --- Ciekawe zagadnienie, urzędnicza robota a sens życia. Bravo bravissimo Shimura! Uwielbiam te długie "nudne" filmy Kurosawy...

Pan Arkadin (Mister Arkadin), reż. Orson Welles; USA Hiszpania 1955 --- Czy akurat pod koniec filmu musiało mi zacząć zalewać mieszkanie drogą zlewu kuchennego? Ale olałam zlew, poczekałam do końca (leciał bodaj na TVP Kultura i nie nagrywałam) i dopiero zaczęłam organizować hydraulików. Są rzeczy ważne i ważniejsze :))

Tajemnica Brokeback Mountain (Brokeback Mountain), reż. Ang Lee; USA 2005, wg opowiadania Annie Proulx --- Przeczytałam i trwałam w zachwycie, obejrzałam i trwając w zachwycie zaczęłam oglądanie od początku. Niekwestionowany nr jeden.

Dziki (The Wild One), reż. László Benedek; USA 1953 --- Fajny był ten młody Brando..... :) Powtarzam się, ale co fakt, to fakt..

Rok niebezpiecznego życia (The Year of Living Dangerously), reż. Peter Weir; Australia 1982 --- No coś takiego, fotografa jednak grała kobieta... Dawno dawno temu zrobił na mnie piorunujące wrażenie...

Morderstwo w hotelu Gallop (Murder at the Gallop), reż. GeorgePollock; Wielka Brytania 1963, wg powieści Agathy Christie "Popogrzebie" --- Doskonała Margaret Rutherford :))) - uwielbiam kobietę, dobrze się czytało, rewelacyjnie oglądało, czarno-biały klimacik, westchnienie...

Na nabrzeżach (On the Waterfront), reż. Elia Kazan; USA 1954 --- Fajny młody Brando, Kazan jak to Kazan, jakoś mi dziwnie po tym filmie i nie wiem za bardzo, dlaczego...

Tron we krwi (Kumonosu jô), reż. Akira Kurosawa; Japonia 1957 --- Shakespeare po Japońsku, ze wstawką świętego Sebastiana. Jako dziecku włosy mi dęba na głowie stawały, kiedy ten las podchodził pod zamek...

Lalki (Dolls), reż. Takeshi Kitano; Francja, Japonia 2002 --- Młoda Japonka i młody Japończyk związani czerwonym sznurem przemierzają Japonię.... Stanowczo lubię japońskie filmy, stanowczo.

Osada (The Village), reż. M. Night Shyamalan; USA 2004 --- Ciekawy pomysł. Odwaga stopniem do poznania prawdy :)

Bilety (Tickets), reż. Ermanno Olmi, Ken Loach, Abbas Kiarostami; Iran, Wielka Brytania, Włochy 2005 --- Z sentymentu do pociągów.

Być jak John Malkovich (Being John Malkovich), reż. Spike Jonze; USA 1999 --- Najlepszy początek, potem trochę gorzej. Ale i tak się nieźle uśmiałam i też trochę zamyśliłam. Marionetki. My marionetki.

Szerokiej drogi, kochanie, reż. Andrzej Jerzy Piotrowski; Polska 1971 --- Mieszkając w Polsce lubię czasem jakiś starszy polski film obejrzeć, to trochę tak jak powrót do najwcześniejszego dzieciństwa..

Nieodwracalne (Irréversible), reż. Gaspar Noé; Francja 2002 --- Nie oceniam, nie polecam, oglądanie na własną odpowiedzialnośc, nie żałuję że obejrzałam, ale jestem pozbawiona odczuc... i boli mnie głowa... Uwaga, infradźwięki. I w ogóle...

Zbyt wiele (Two Much), reż. Fernando Trueba; Hiszpania, USA1995 --- Ot, taka sobie, niezbyt głęboka komedyjka. B e z w z g l ę d n i e trzeba zobaczyc napisy końcowe! Najlepsze na deser :) Film nabyty pomyłkowo, chciałam Truebę, ale Davida :) Ale pomyłka wyszła na dobre, nie ze względu na film, a jego końcówkę, nijak nie mającą się do treści. Ten koleś przy fortepianie, porywające....

Ada! To nie wypada!, reż. Konrad Tom; Polska 1936 --- "Cud miód ultramaryna", "Teatr to moja żywioła :)" Taki trochę jakby zbyt ubogi, ale zawsze to kawałeczek przedwojennej Polski, bezcenne.

Don Juan DeMarco, reż. Jeremy Leven; USA 1995 --- To było interesujące, doprawdy, trochę K-Paxowaty, a właśnie, który był pierwszy? Marlon Brando nadal coś w sobie ma, mimo wszystko.

Nieustające wakacje (Permanent Vacation), reż. Jim Jarmusch; USA 1980 --- No i właśnie o to chodzi, że o nic nie chodzi. I love JJ ...

Pijany anioł (Yoidore tenshi), reż. Akira Kurosawa; Japonia1948 --- Lecę kupic gitarę! Scena w klubie genialna, do wielokrotnego oglądania, nadaje się na niezależny teledysk - "bomba"! To tu pierwszy raz padają słowa: "Do mnie mówisz?" De Niro był drugi. Duet Shimura - Mifune, pychota :))

Ranczo Wilkowyje, reż. Wojciech Adamczyk; Polska 2007 --- całkiem całkiem komedyjka :) --- Szokiem było dla mnie odesłanie z kwitkiem od kasy, musiałam siedzieć na dostawce! Bezbłędna parodia wyścigu rydwanów z Ben Hura :))) Furmanki rządzą!

Brzdąc (The Kid), reż. Charlie Chaplin; USA 1921 --- No właśnie, rozdzierający...

Gorączka złota (The Gold Rush), reż. Charlie Chaplin; USA 1925 --- Chaplin wiecznie żywy :) Kultowy, ot i wszystko.

Trema (Stage Fright), reż. Alfred Hitchcock; Wielka Brytania 1950 ---  Ach, ta Marlene :)

10 minut póżniej: Trąbka (Ten Minutes Older: The Trumpet) --- reż. Wim Wenders, Spike Lee, Víctor Erice, Aki Kaurismäki, Jim Jarmusch, Werner Herzog, Kaige Chen; Chiny, Finlandia, Hiszpania, Holandia, Niemcy, Wielka Brytania 2002 --- No wszystko co lubię, po siedmiokroć, fiński i to na dzień dobry, zawiłości amerykańskich wyborów, 100% Herzoga w Herzogu, odjechana wizja po grzybkach w ciasteczkach (taka miniodyseja kosmiczna), będę tu wracać nie raz. Doskonały koncept, choć do wiolonczeli mnie, sądząc z zestawu reżyserów, już tak nie ciągnie, wszyscy MOI są w trąbce.

Fargo, reż. Ethan Coen, Joel Coen, USA, W. Brytania 1996 --- Film stanowczo wielokrotnego użytku :) O, yeah? O, yeah. Bezbłędna Frances McDormand, ta policjantka w ciąży. A Petera Stormare mogę oglądać i oglądać, niezależnie w jakim filmie występuje...

Światła wielkiego miasta (City Lights), reż. Charles Chaplin, USA 1931 --- Śmiech i łzy, jak to u Chaplina, rewelacyjna walka bokserska! Zawsze warto wrócić.

Seven (Se7en), reż. David Fincher, USA 1995 --- Lata mijały a mnie i Se7en nie było po drodze, ale co się odwlecze... W końcu obejrzałam i dobrze, choć pewnie jednak trochę zbyt późno. Filmy powinno się STANOWCZO oglądać w okolicach ich premiery, kilkanaście lat po odbiera świeżość i "aktualność"..

Rekonstrukcja (Reconstruction), reż. Christoffer Boe, Dania 2003 --- Obejrzałam z ciekawości, głównie dla aktora z Telenoweli, Dawida Dencika, który w filmie był mgnienie oka i to w cieniu... Być może to dobry film, ale kompletnie nie mój, przesadzam, nie kompletnie, ale dużo mu do mojości brakuje.